Żyją dzięki obietnicy

 „Każdy, kto podejmuje duchową adopcję, w czasie przyrzeczeń otrzymuje świecę. Tlący się płomyk ma symbolizować, że dziecko jeszcze żyje. I choć świeczka kiedyś się wypali, to życie tego dziecka ma podtrzymywać modlitwa, do której człowiek się zobowiązuje” – mówią Halina i Czesław Chytrowie, protoplaści dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. O wartości życia, obietnicy złożonej Bogu i świadectwach dotyczących uratowanych od aborcji dzieci opowiadają Karolinie Krawczyk.

 

Liczną macie Państwo rodzinę? Pytam o wszystkie dzieci, również te adoptowane duchowo.

Halina: Mamy cztery córki, a duchowo… Niech policzę… (sięga po kalkulator i po chwili kontynuuje wypowiedź). Od 1990 roku nie było dnia, kiedy nie modliłam się za dzieci zagrożone aborcją. Modliłam się za trzydzieścioro czworo dzieci.

 

To razem z mężem modliliście się o uratowanie sześćdziesięciu ośmiu dzieci! Na czym polega Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego?

Czesław: To bardzo proste. Podejmujemy się zobowiązania, że przez dziewięć miesięcy każdego dnia będziemy odmawiać jedną dziesiątkę różańca oraz króciutką modlitwę w intencji dziecka, którego życie jest zagrożone aborcją. Dobrze jest złożyć takie przyrzeczenie publicznie, ale nie jest to konieczne. Imię takiego dziecka zna tylko Bóg, ale wiele świadectw, jakie do nas docierają, pokazuje, że te modlitwy zostają wysłuchane bardzo blisko nas.

 

Taka krótka modlitwa wystarczy?

Halina: Bóg jest wszechmocny, jest dawcą życia, jest też królem miłosierdzia i nie chce, aby życie, które się poczęło w łonie matki, zostało brutalnie przerwane. Duchowa adopcja jest odpowiedzią na wezwanie Matki Bożej, która objawiła się w Fatimie i prosiła o pokutę i zadośćuczynienie za grzechy, które ranią Jej Serce.

 

Pokazaliście mi Państwo kronikę dzieła duchowej adopcji. Jest kilka zdjęć ze św. Janem Pawłem II. To były pewnie wzruszające spotkania?

Czesław: Znaliśmy go jeszcze z czasów, kiedy był biskupem w Krakowie. Już wtedy był dla nas kimś wyjątkowym.

Halina: Jedno ze zdjęć zrobione zostało w 1999 roku. Byliśmy w Rzymie i wręczaliśmy św. Janowi Pawłowi II księgę duchowej adopcji – zawierała ona tysiące nazwisk osób, które podjęły tę modlitwę w intencji obrony życia. Kiedy ojciec święty zobaczył ją, zapytał: „To dla mnie?”. Odpowiedzieliśmy: „Tak, ojcze święty.” On natychmiast odrzekł: „Nie zapomnijcie mi tego dać!”. Święty Jan Paweł II znał dzieło duchowej adopcji bardzo dobrze, jeszcze z czasów, kiedy mieszkał tutaj [w Krakowie – przyp. red]. Mówił nam nieraz: „Błogosławię temu dziełu! Idźcie i głoście konieczność obrony życia! Gdyby więcej było takich ludzi, odważnych i chętnych do działania, to inaczej wyglądałoby wnętrze człowieka, inaczej wyglądałyby rodziny i ich życie”.

 

Dziś duchową adopcję można podjąć także w sanktuarium Miłosierdzia Bożego w krakowskich Łagiewnikach.

Czesław: Tak. W każdą drugą sobotę miesiąca o godzinie 14.30 moja żona wygłasza konferencję na temat adopcji, obrony życia i dzieli się świadectwami, jakie do nas napływają. O 15.00 rozpoczyna się godzina miłosierdzia – odmawiana jest wtedy Koronka do miłosierdzia Bożego, a później, w czasie Mszy św. o godzinie 15.20, następuje złożenie przyrzeczenia duchowej adopcji. Ale jak już wspomniałem, przyrzeczenie można złożyć w dowolnym miejscu o dowolnej porze. Ważne, żeby postanowienia dotrzymać przez dziewięć miesięcy.

 

Dlaczego zdecydowaliście się zaangażować w to dzieło?

Halina: Kiedy miałam 33 lata, urodziła się nam trzecia córka. Po porodzie okazało się, że mam raka. Kość biodrowa zaczęła pokrywać się naroślą. Mój rodzony brat, cysters z opactwa w Mogile, zawiózł mnie do szpitala, a mąż został z dziećmi w domu. Nie mogłam już wtedy chodzić. Do dziś pamiętam słowa lekarza: „Rak. Żywy, rosnący. Na dwa palce szeroki. Zostały pani najwyżej trzy miesiące życia”. Zawsze byliśmy wierzący, ale wtedy zaczęliśmy się jeszcze bardziej modlić. I ja na tym łóżku szpitalnym powiedziałam tak: „Pozwoliłeś mi, Panie, zobaczyć, jak kruche jest ludzkie życie. Kresem jest zawsze spotkanie z Tobą, gdy nas powołasz do siebie. Jeśli pozwolisz mi żyć, całe życie oddam Tobie na służbę”. Nie wiedziałam, że mój mąż zrobił to samo w kościele. Powiedział wtedy: „Chcemy pełnić Twoją wolę i żyć tylko dla Ciebie”. A mój brat w piątek przed moją operacją prowadził drogę krzyżową na nocnym czuwaniu w opactwie. Modlił się wtedy słowami (łamiący się głos): „Jezu, moja siostra ma odejść, a ja tutaj jestem. Zabierz mnie, a zostaw ją. Niech ona żyje”. Tej nocy wszystko zniknęło! Lekarz mi wtedy powiedział: „Panią stąd powinni wynieść do kostnicy, a pani o własnych siłach wychodzi. To cud! Pani ma iść do Częstochowy i podziękować za życie!”. Ten obraz, który wisi tutaj na ścianie, to nasze wotum dziękczynne. Każdego dnia przypomina nam, komu zawdzięczam życie.

Czesław: Proboszcz z naszej parafii poprosił kiedyś inż. Antoniego Ziębę o prelekcję na temat obrony życia. Ja akurat wtedy pomagałem wyświetlać ten film [Niemy krzyk – przyp. red.]. Tak poznaliśmy dzieło obrony życia.

Halina: Jesteśmy wdzięczni Bogu. Chcieliśmy naszą obietnicę wypełnić, a w krótkim czasie stało się to możliwe. Gdy zobaczyłam ten film, który mój mąż wyświetlał, od razu wiedziałam, że to nasza działka i tym mamy się zająć. Do dziś współpracujemy i przyjaźnimy się z inż. Ziębą.

 

25 marca to dla Was szczególny dzień w roku, prawda?

Czesław: Wielu ludzi podejmuje wtedy zobowiązanie modlitewne. To Dzień Świętości Życia. Zakończenie duchowej adopcji wypada w dzień Bożego Narodzenia.

Halina: To nie przypadek, że 25 marca prawie zawsze wypada w Wielkim Poście. Proszę sobie wyobrazić: Maryja stoi pod krzyżem i patrzy na Syna, który kona, oddaje życie za mnie, za panią, za to jeszcze nienarodzone dziecko. A Maryja wciąż stoi. I po słowach Jezusa: „Matko, oto syn Twój” staje się także naszą Matką, bierze nas wszystkich do siebie. My też możemy razem z Nią stanąć pod krzyżem i wziąć choć jedno dziecko do siebie. Właśnie poprzez tę modlitwę.

 

Mieliście momenty zwątpienia, niepewności, czy warto dalej prowadzić to dzieło?

Halina: Kiedyś prosiłam Boga o znak, czy mamy się dalej zajmować duchową adopcją. Jesteśmy z mężem już wiekowi, coraz ciężej nam niektóre rzeczy robić, szybciej się też męczymy. Odpowiedź dostałam bardzo szybko. Pewnego dnia głosiliśmy prelekcję w sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej. Było wtedy mnóstwo ludzi. Bazylika była pełna, plac przed bazyliką także. To był zjazd różnych grup modlitewnych. Zabrakło nam wtedy deklaracji, ludzie nawzajem odpisywali sobie tę modlitwę do odmawiania. Wtedy mnóstwo osób podjęło się adopcji. To było jesienią. Na wiosnę kolejnego roku znów byliśmy w Kalwarii. Chodziliśmy dróżkami, kiedy nagle przy kaplicy trzeciego upadku usłyszałam, jak pewna grupa dziękowała za dzieło duchowej adopcji. Podeszła do mnie wtedy młoda matka z maluszkiem na rękach i powiedziała: „Poznaję panią! Tak się cieszę, że panią spotkałam. To dziecko, które mam na rękach, żyje dzięki duchowej adopcji. W ubiegłym roku byliśmy z mężem w Kalwarii, akurat na tej Mszy św., na której prowadziła pani konferencję. A myśmy przyjechali prosić, żeby to dziecko… nie zaistniało, żeby się nie urodziło. Wtedy, po pani słowach, serca nam się przemieniły, zaczęliśmy płakać i dziękować Bogu, że trafiliśmy na tę Mszę św., z zupełnie inną intencją… A myśmy wtedy mieli największy skarb pod moim sercem, który chcieliśmy zabić. Baliśmy się, że nie damy rady go wychować, bo mieliśmy już dorastające dzieci. Wróciliśmy do domu, a kiedy nasze dzieci dowiedziały się o dzieciątku pod moim sercem, przeżyły ogromną radość. Krzyczały i śmiały się: «Będziemy mieć maluszka!». Proszę pani, jak urodziłam to dziecko, pomyślałam: «Boże, jaki Ty jesteś wspaniały i dobry. Jak bym się teraz czuła z myślą, że moje łono stało się grobem dla dziecka?». Dziś przyjechaliśmy podziękować za dzieło duchowej adopcji i za to, że mogliśmy podjąć tę modlitwę, bo ona przemienia człowieka i pozwala na to, żeby jakieś dziecko mogło żyć”. Pamiętam, że po tych słowach poszłyśmy obie we łzach do kaplicy dziękować za to dzieło. A ja dodałam: „Boże, do końca naszych dni, dopóki będziemy mogli, będziemy Ci służyć”.

Karolina Krawczyk

Autor: Karolina Krawczyk

Kiedyś kard. Nagy zadziwił się moim wzrostem i nazwał mnie "małą redaktorką". Tak już zostało :) Z CzasemSERCA związana jestem od 2009 roku. Prowadzę także nasze radiowe audycje w Radio Profeto.pl Fascynuje mnie człowiek, dlatego najczęściej przeprowadzam dla Was wywiady. Uważam, że ludzie są Cudem.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *