Życie dziećmi pisane, cz. V

Jako młoda dziewczyna wiele czasu spędzałam u koleżanek z klasy w domu dziecka, prowadzonym przez siostry józefitki. Znam więc dobrze plusy i minusy takiej placówki. Z tym większą ciekawością szłam w odwiedziny do tzw. rodzinnego domu dziecka. To, co zobaczyłam, już na samym początku zrobiło na mnie duże wrażenie: niewielki parterowy dom z poddaszem, duży (!) ogród, sad, boiska, miejsce na ognisko, a co najważniejsze: śmiech dzieci dochodzący z wnętrza domu…

Zadzwoniłam do bramki i po chwili otworzył mi mężczyzna. Zaproszona do środka weszłam i usiadłam przy wielkim, nakrytym białym obrusem stole wraz z dużą grupą dzieci. Od razu dostałam szklaneczkę soku i ciastko z truskawkami. Okazało się, że trafiłam na pożegnanie nauczycielki, która przez kilka miesięcy udzielała dzieciom korepetycji z języka angielskiego. Po krótkiej rozmowie, przerywanej głośnym śmiechem, przy stole pozostali dorośli, a dzieciaki po chóralnym „dziękujemy” poszły pograć w piłkę.

to było moje marzenie…
Rodzinny dom dziecka prowadzony przez panią Basię powstał kilka lat temu. – Już jako młoda dziewczyna marzyłam o tym, że kiedyś będę prowadziła rodzinny dom dziecka. Chcę podkreślić, że wtedy nie było to w ogóle możliwe i chyba mało kto o tym myślał. Potem jednak wyszłam za mąż, urodziłam dwóch synów i marzenia poszły w zapomnienie. Kiedy jednak chłopcy dorośli, powróciły i – co więcej – z dnia na dzień zostały zrealizowane – opowiada pani Barbara.
Pani Basia otrzymała domek, który miał stać się rodzinnym domem dziecka. – Nie wahałam się ani chwili. Pracowałam w państwowym domu dziecka i wiedziałam, jak tam jest. Chciałam stworzyć choć dla kilkorga dzieci prawdziwy dom. Wiedziałam jednak, że muszę porozmawiać z mężem i dziećmi.
Rodzina jednak nie miała wątpliwości: – Całe niemal dzieciństwo spędziłem w domu dziecka, więc jaka to różnica tu czy tam? Nie mam nic przeciwko dużej rodzinie, więc bez wahania się zgodziłem – mówi pan Paweł – starszy syn pani Basi, a jego brat ze śmiechem dodaje: – Co ja mogłem powiedzieć? Przecież u nas rządzi Ciocia (tak wszystkie dzieci, łącznie z jej własnymi synami, zwracają się do pani Barbary).
I tak w czasie dwóch miesięcy do domu przyszło siedmioro dzieci, a potem jeszcze troje (oczywiście nie licząc Piotra i Pawła, czyli dorosłych synów pani Barbary).

jak w domu
Dom prowadzony przez panią Basię w niczym nie przypomina tradycyjnego domu dziecka. Dzieci mają swoje pokoje (2-3-osobowe) na poddaszu. Aż miło do nich wejść, taki tam ład i porządek. Na dole znajduje się duża kuchnia, pokój z komputerem i telewizorem, a na zewnątrz jest dużo miejsca do biegania. – Właściwie żyjemy tu, tak jak żyje się w normalnych domach. Wstajemy, modlimy się, myjemy, jemy śniadanie, które zawsze przygotowuje nam Wujek, idziemy do szkoły (a tam nikt oprócz wychowawcy nie wie, że mieszkamy w domu dziecka – koledzy wiedzą, że mamy dużą rodzinę!), wracamy, jemy obiad, odrabiamy lekcje, potem przy ładnej pogodzie przebywamy na zewnątrz, gdzie gramy np. w piłkę. Codziennością są również dyżury: mycie naczyń, sprzątanie czy prasownie – tłumaczy Dominika.
Pan Paweł podkreśla, że dobra atmosfera w domu wynika z tego, że właściwie zawsze ktoś z dorosłych jest do dyspozycji dzieci, ale miłość, którą otrzymują, jest wymagająca. – U nas panuje dyscyplina. Każdy wie, na co może sobie pozwolić. Kiedy ktoś chce wyjść, musi powiedzieć: dokąd, kiedy, z kim i kiedy wróci. Dzieciaki są wychowywane w duchu katolickim. Wiedziały o tym od początku i zdecydowały się na to. Dlatego są wspólne wyjścia na mszę św., modlitwa, czytanie Pisma św. – mówi jeden z synów pani Barbary.

tu jest inna atmosfera
W tym szczególnym domu panuje wspaniała atmosfera, choć problemów nie brakuje. – Jest z nami chłopiec, który gdy tu przyszedł, bał się niemal wszystkiego. Dziś w swojej klasie jest „orłem”. Na jego przykładzie bardzo dobrze widać, jak kojąco działa dobra, rodzinna atmosfera – opowiada Ciocia.
To samo mówią dziewczęta: – Kiedy byłyśmy w domu dziecka, wagarowałyśmy, z dnia na dzień się staczałyśmy. Kiedy Ciocia zaproponowała nam ten dom, bez wahania podjęłyśmy decyzję. Tu jest inna atmosfera, ludzie są dla siebie bardziej przyjaźni, to jest jak rodzina – mówią siostry Dominika i Agnieszka, które dalej wyjaśniają, skąd bierze się tak wielka różnica: – Kiedy byłyśmy w państwowym domu dziecka, wychowawca o godz. 22.00 gasił światło, mówił „dobranoc” i wychodził. Tu Ciocia, Wujek, kuzyni są z nami cały czas. A tam dopiero w nocy zaczynało się życie, które demoralizowało.

grunt to dobre wychowanie
Wszystkie przybrane dzieci pani Basi mają swoich rodziców. Tylko czwórka jest półsierotami. Historia ich życia tak jednak się pogmatwała, że muszą przebywać w domu dziecka. – Zawsze dobrze mówię dzieciom o rodzicach, staramy się, by rodzice czy dziadkowie ich odwiedzali. Mówię im, że najpierw mają kochać swoich rodziców, a dopiero jeśli zechcą, to nas wszystkich – podkreśla pani Basia i opowiada bardzo wzruszającą historię – Kiedyś pewna pani robiła u nas ankiety do pracy magisterskiej. Jedno ze stwierdzeń brzmiało: „Kocham Ciocię, ale…”. I wychowanka napisała: „…ale nie bardziej niż moją mamę’. To był dla mnie znak, że dobrze pracuję, że idę we właściwym kierunku.

szczęśliwa Ciocia
W domu pani Basi przebywają dzieci w różnym wieku. Całym sercem zarówno Ciocia, Wujek, jak i kuzynowie Paweł i Piotr starają się zapewnić im wszystko, czego tylko potrzebują. – Udało się nam załatwić korepetycje z języka angielskiego i z matematyki, a z pozostałych przedmiotów pomagają dzieciakom moim najstarsi chłopcy – mówi pani Barbara.
Na pytanie, jak dziś z perspektywy tych czterech lat patrzy na swoje dzieło, odpowiada, że jest bardzo zadowolona, szczęśliwa. – Postawiłam przed sobą i swoją najbliższą rodziną cel: chcę moim małym dzieciom dać szansę na ukończenie studiów, zdobycie zawodu. Chcę im pomóc dobrze żyć. Teraz potrzeba ich dobrej woli, a jak na razie jej nie brakuje. Dzieciaki przez kilka lat zgrały się i dziś każdy wie, co ma robić, jakie ma obowiązki, kiedy może siąść do komputera czy przed telewizorem, a kiedy do nauki. Wszyscy jesteśmy szczęśliwi, choć jak w każdej rodzinie czasami przychodzą ciężkie chwile – kończy pani Basia.

Autor: Małgorzata Pabis

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *