Życie dziećmi pisane, cz. II

Pani Dorota fizycznie urodziła pięcioro dzieci. Śmiało jednak można powiedzieć, że jest matką wielu pociech… Przed laty zdobyła zawód położnej i to pomogło jej zrozumieć, jak ważne jest życie każdego człowieka, szczególnie tego najbardziej bezbronnego, bo nienarodzonego…

Całe życie p. Doroty jest związane z krzyżem. Niektórzy nawet porównują ją do biblijnego Hioba. Już na samym początku swojej drogi spotkała się z ogromnym cierpieniem, urodziła się bowiem w czasie II wojny światowej w obozie pod Berlinem, dokąd jej matka była wywieziona na roboty przymusowe. – Wróciłyśmy do kraju, chociaż mama miała możliwość wyjazdu na Zachód. Niedługo jednak mogłam cieszyć się przebywaniem z nią, gdyż w 1956 r. zmarła. Miałam wtedy 11 lat – opowiada p. Dorota.

położna z przypadku
W klasie maturalnej jeden z nauczycieli pytał swoje uczennice, gdzie dalej chcą zdobywać wykształcenie. Kiedy doszedł do p. Doroty powiedział: Ty będziesz położną. I tak zostało, choć, jak wspomina dziś po latach p. Dorota, wtedy nie bardzo wiedziała, na co się godzi. – Najgorzej było za pierwszym razem na sali porodowej. Inne koleżanki zrezygnowały ze szkoły, a mnie po prostu było wstyd wrócić na wieś i powiedzieć, że uciekłam ze szkoły – opowiada. I tak została położną…
We wspomnieniach p. Doroty zachowało się spotkanie z młodym księdzem. – Ten kapłan bardzo bolał nad moim przyszłym zawodem. Jakoś tego nie mogłam wtedy zrozumieć. Wiedziałam, że ma to być piękny zawód, nie zdawałam sobie sprawy, że wiązał się z jakimiś zagrożeniami.
Pani Dorota wyszła za mąż, a ponieważ w rodzinnym mieście nie znalazła pracy, wyjechali z mężem na Podkarpacie, gdzie zaczęła pracować w jednym ze szpitali. – Było nam bardzo ciężko: małe dziecko, brak mieszkania, pomocy, bliskich. W dodatku stało się tak, jak przepowiedział młody ksiądz: praca na oddziale ginekologicznym, pierwsze zetknięcie się z codziennym zabijaniem nienarodzonych. Tam przeżywałam szok, trzeba było asystować przy zabiegu, co było nie do pogodzenia z moim sumieniem. Doszło do tego, że nie dostałam rozgrzeszenia i ze wszystkich sił dążyłam do tego, by się przenieść – opowiada p. Dorota.
Udało się i młoda położna zaczęła pracować na oddziale położniczym.

w środowisku
Kiedy p. Dorota opowiada o swojej pracy na tym oddziale, na jej twarzy pojawia się uśmiech. Położnictwo to było ciężkie, ale wdzięczne zajęcie. – Pomagałam przyjść na świat kolejnemu dziecku, stałam obok cierpiącej i niosłam jej pomoc, nie tylko fizyczną. Czasem wystarczyło dobre słowo i kobieta cieszyła się z przyjścia na świat nowego, kochanego człowieka – podkreśla p. Dorota.
Po trzech latach pracy w szpitalu urodził się drugi syn, a niemal wraz z nim przyszła ciężka choroba jego mamy. – Wtedy wzięłam urlop bezpłatny i to był koniec mojej pracy na porodówce. Z bólem opuszczałam szpital – wspomina.
Wtedy rozpoczął się kolejny etap pracy – tym razem w środowisku. Pojawiły się przed nią możliwości, gdyż miała bezpośredni kontakt z ludźmi. I tak p. Dorota pouczała młode matki, a czasem organizowała dla nich pomoc materialną.
– W tym czasie sama się dokształcałam, czytałam artykuły prof. Włodzimierza Fijałkowskiego, z których też korzystałam we własnym małżeństwie. Dzięki zdobytej wiedzy mogłam udzielać cennych porad z metod naturalnego planowania rodziny koleżankom czy spotykanym kobietom – dzieli się swoimi wspomnieniami p. Dorota.
Czas pracy w środowisku dał jej możliwość uratowania kilkorga dzieci, którym groziła śmierć. Zdarzało się, że do matki, która w swoim sercu powzięła taki zamiar i prosiła już lekarza o bestialski zabieg, podchodziła położna – kobieta i dobrym słowem wpływała na zmianę decyzji matki. Kiedy słyszała, że ta nie ma pieniędzy, warunków na przyjęcie dziecka, oferowała, że ona po urodzeniu weźmie niemowlę. To pomagało…
– W mojej pracy spotykałam różnych lekarzy, ale nie zapomnę jednego. Kiedyś przyszła do niego kobieta w stanie błogosławionym, a drugie dziecko trzymała za rękę. Poprosiła o skierowanie na zabieg, a lekarz odpowiedział jej, że owszem, da jej takie skierowanie, jeśli ona najpierw pójdzie i utopi w rzece starsze dziecko. Nie utopiła i nie zabiła – opowiada emerytowana położna.

w obronie dziecka
Minęły 4 lata i mama dwóch chłopców urodziła wymarzoną córeczkę.
– Dwa lata później okazało się, że znowu jestem w stanie błogosławionym. Z córką mieliśmy trochę problemów zdrowotnych i nie wiedząc, że jestem w ciąży, trzymałam ją na rękach podczas prześwietlenia RTG. Jak by tego było mało, w tym stanie byłam szczepiona przeciw tężcowi. Razem z mężem poszliśmy prywatnie do ginekologa, a ten po badaniu napisał kartkę i powiedział, że jutro spotykamy się na oddziale, gdzie wszystko załatwimy. Wtedy mu odpowiedziałam, że przecież nie po to do niego przyszłam – opowiada o trudnym czasie w swoim życiu p. Dorota.
Po drodze do domu wstąpiła do kościoła i poszła do spowiedzi. Gdy przedstawiła swoją sytuację kapłanowi, ten powiedział: Masz sumienie i tak postępuj, jak ono ci mówi. Nie mogła zrobić inaczej: stanęła w obronie swojego dziecka, choć miała wciąż w uszach słowa lekarza, że jeśli urodzi, to będzie to dziecko z dużą wadą.
Najpierw były miesiące w łóżku, a potem bardzo ciężki poród. Urodził się chłopczyk, który miał „dużą wadę”: ważył 4300 g.

a miała być dziewczynka
Po długiej, bo 8-letniej przerwie p. Dorota ogłosiła na wieczornej modlitwie swoim dzieciom, że po raz piąty jest w stanie błogosławionym. – By dziecko donosić, musiałam iść na zwolnienie. Tym razem moja doktor była bardzo przychylna i zawsze podnosiła mnie na duchu. Urodził się syn, a miała być dziewczynka upragniona przez starszą córkę. Chciałam chłopca zamienić, ale jakoś go zaakceptowali – mówi półżartem p. Dorota.
Na piątym dziecku skończyło się w życiu p. Doroty rodzenie fizyczne. Wtedy to z dużą mocą zaangażowała się w duchową adopcję dzieci. – Nie ma dnia, bym nie modliła się za te bezbronne istoty. Kiedy kończę modlitwę w intencji jednego dziecka, rozpoczynam modły za kolejne. Mam już w taki sposób zaadoptowane dziewięcioro dzieci. Ja po prostu wiem, co to znaczy aborcja, tragedia dziecka i matki. Robię, co mogę, by do tego nie dopuścić – mówi p. Dorota.
W tym miejscu trzeba podkreślić to, że każde dziecko, które przychodzi na świat, jest wielką radością p. Doroty, szczególnie zawsze czeka na swoje wnuki. Kiedy dowiaduje się, że będzie po raz kolejny babcią, klęka i bierze do ręki różaniec. Córka czy synowe mogą być spokojni, że dopóki dziecko się nie urodzi, babcia będzie „bombardować” niebo, by wszystko było w porządku.

zapracowana babcia
Dzieci wyfrunęły już z domu p. Doroty. Ukończyły studia, założyły rodziny. Tylko najmłodszy jest jeszcze studentem. – Dziś tak sobie myślę, że najpiękniejsze były właśnie te lata, gdy dzieciaki były w domu. Wokół słychać było ich szczebiot, ruch. Człowiek wiedział, że jest potrzebny i kochany. Dziś tęsknię się do tamtych chwil. Zostaliśmy z mężem sami – mówi p. Dorota.
Każdego dnia dziadkowie pomagają swoim dzieciom. – Jak to tylko możliwe, na każde wezwanie jestem gotowa. Kocham swoje dzieci i wnuki. Jest ich tylko 8, a ja liczyłam, że będzie 25. Jeszcze mam nadzieję – z uśmiechem mówi p. Dorota, która choć zapracowana, zmęczona, bo każdego dnia jeździ od domu do domu i czasem 12 godzin spędza poza własnym, znajduje czas na modlitwę, dobrą książkę katolicką, na studiowanie Pisma św. Codziennie za każde dziecko odmawia dziesiątkę różańca, by dziś w tym trudnym czasie nie zatraciły wiary…

Autor: Małgorzata Pabis

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *