Ze względu na Chrystusa

 

„Nie mamy monopolu na duszpasterstwo osób niepełnosprawnych. Zresztą nie tego chciał nasz założyciel. Mamy być raczej taką iskierką, która rozpala tych, którzy są najbliżej nas. Oni zaś przekazują tę iskrę dalej” – mówi ks. Antoni Wita, orionista. O działalności zgromadzenia, Drabinie Jakubowej i chrześcijaństwie, które wydaje się być skandalem, rozmawia z Karoliną Krawczyk.

Wasze zgromadzenie zakonne, Zgromadzenie Małego Dzieła Boskiej Opatrzności powstało w dość przewrotny sposób. Mógłby Ksiądz o tym opowiedzieć?

Pierwszym wychowankiem (wtedy jeszcze) kl. Alojzego Orione był młody chłopak, który za złe zachowanie został wyrzucony z lekcji religii. Można rzec, że była to „błogosławiona wina”. Orione szybko zrozumiał, na czym polega skandal chrześcijaństwa – Bóg ze zła zawsze wyciąga dobro. To działo się na przełomie XIX i XX wieku. Alojzy wkrótce po tym wydarzeniu zaczął głosić Dobrą Nowinę pośród odrzuconych. On nie głosił polemiki ze światem, skupił się na czymś o wiele, wiele ważniejszym.

Działania charytatywne, wyjście do ubogich i odrzuconych, to raczej znak szczególny chrześcijaństwa. Gdzie zatem wyjątkowość założyciela i zgromadzenia?

Alojzy Orione zaczął działać w czasie wyjątkowo agresywnej walki z Kościołem instytucjonalnym. Papież był wtedy bardzo mocno atakowany, chociażby za dogmat o nieomylności w sprawach wiary i moralności. Orione chciał bronić ojca świętego i wielokrotnie podkreślał swoje oddanie i wierność Stolicy Apostolskiej. Mawiał, że papież jest „słodkim namiestnikiem Chrystusa na ziemi”. Dziś w naszym zgromadzeniu ciągle poddajemy te słowa refleksji – co dla nas oznacza prymat papieża? Ja sam od kilkunastu lat jestem zaangażowany w działalność ekumeniczną. Dzięki temu wiem, że wiele wspólnot, chociażby protestanckich, jakby zazdrości nam „znaku” papieża. Dla nich to znak jedności naszej wiary, odbierają to jako ogromne bogactwo. A my jak to odbieramy? Ponadto Orione wychowywał się w środowisku dość ubogim. Zauważał także wiele osób niepełnosprawnych. Jego otoczenie było miejscem, gdzie bardzo mocno działali komuniści. Alojzy wiedział, że istnieją dwie możliwości – albo ludzie zostaną „skomunizowani”, albo schrystianizowani. Walczył o każdego, głosząc Dobrą Nowinę. Zaczął organizować miejsca, w których opiekowano się tymi najbardziej potrzebującymi. Dzieło Kościoła nazywał „wielkim dziełem”, natomiast to, co on robił, nazwał małym dziełem. Stąd też i nazwa naszego zgromadzenia zakonnego – Małe Dzieło Boskiej Opatrzności. Dziś jest nas niespełna 900 na całym świecie.

Jak zatem wygląda Wasza działalność, szczególnie w prowincji polskiej?

Tutaj, gdzie jesteśmy [Brańszczyk nad Bugiem – przyp. red.], prowadzimy całoroczny Dom Emeryta. Natomiast przez trzy miesiące w roku, od lipca do września, organizujemy specjalne turnusy dla osób niepełnosprawnych, chorych, samotnych, starszych, zmęczonych wiekiem, które nazywamy Drabiną Jakubową. To sześć turnusów trwających po 10 dni każdy. W Łaźniewie prowadzimy Zakład Opiekuńczo-Leczniczy. Mamy tam prawie 90 miejsc dla potrzebujących. W domu dla bezdomnych natomiast przyjmujemy tych, którzy są chorzy i niepełnosprawni. To dom specjalistyczny, chyba można rzec, że jedyny taki w Polsce. Opiekujemy się tymi, którzy nie mają żadnych szans na powrót do normalnego życia, do pracy… Mamy też inne, „zwykłe” domy dla bezdomnych, np. w Czarnej zimą przyjmujemy ponad 100 osób. Jest tam też możliwość terapii dla potrzebujących, którą prowadzi wykwalifikowana kadra. W październiku 2014 roku w schronisku w Henrykowie koło Zduńskiej Woli bracia na skutek pożaru stracili kolejny raz dom. Obecnie trwa jego odbudowa. W Warszawie znajduje się nasz Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy – poprawczak dla chłopaków od 13. roku życia. Za każdym z nich stoi trudna historia. W Izbicy Kujawskiej prowadzimy Dom Pomocy Społecznej dla mężczyzn, którzy są niepełnosprawni intelektualnie. Co ciekawe – to jedyny dom, który nie został zagrabiony przez komunistów. W Wołominie natomiast mamy hospicjum Opatrzności Bożej. To jedno z pierwszych hospicjów w Polsce. Oczywiście to tylko niektóre z naszych dzieł. O każdym można mówić dużo, dużo więcej.

Czytałam o Drabinie Jakubowej. Co więcej mógłby Ksiądz powiedzieć na ten temat?

To niesamowite dzieło, bo pozornie wydaje się, że tylko niepełnosprawni są tymi, którzy coś dostają. A tak naprawdę jest zupełnie inaczej. Dlaczego w ogóle nazwa Drabina Jakubowa? W Piśmie Świętym jest taki fragment, gdzie Jakub ma sen, widzi aniołów wchodzących i schodzących po drabinie. Oni zanoszą modlitwy do Boga, ale przynoszą też nadzieję. I to niemal dosłownie dzieje się w Brańszczyku na każdym turnusie, każdego dnia. Raz aniołem jest wolontariusz, a za chwilę niepełnosprawny. To nieustanna wymiana dobra i miłości. A w tym wszystkim jest Bóg, który przemienia serca. Jeden turnus to średnio około stu osób, mniej więcej sześćdziesięciu podopiecznych, z czego ponad dwadziestu jest na wózkach, i czterdziestu wolontariuszy. Niepełnosprawnymi na wózkach opiekuje się jeden wolontariusz, a jeśli jest potrzeba, to nawet dwóch. Drabina Jakubowa to przede wszystkim rekolekcje, są one jednak tak zorganizowane, żeby ci, którzy mogą, skorzystali także z rehabilitacji. Tutaj, w Brańszczyku, w naszym Centrum Księdza Orione istnieje taka możliwość. Podjęliśmy współpracę z podmiotem zewnętrznym, w wyniku czego stworzono centrum rehabilitacji. W maju zostało ono uroczyście poświęcone i służy przez cały rok tym, którzy tego potrzebują.

To centrum rehabilitacji wygląda imponująco.

I powstało w równie imponujący sposób (śmiech). Przyjeżdżała tutaj na turnus Drabiny pani Edyta ze swoją niepełnosprawną córką Eweliną. Od słowa do słowa, kiedy zobaczyła niewykorzystane możliwości naszego Centrum (dostaliśmy mnóstwo sprzętu do rehabilitacji, z którego nie mogliśmy korzystać), nawiązała się współpraca i tak powstał projekt „Rehabilitacja+”, który ona prowadzi. Niedawno skończyliśmy wszystkie remonty, uruchomiony został sprzęt, poświęcona została tablica pamiątkowa. Kilkanaście osób znalazło pracę. I dzieło się ciągle rozwija.

A co z tymi, którzy podczas turnusu nie mogą sobie pozwolić na rehabilitację? Jest ona pełnopłatna, nie każdego na to stać, zresztą pewnie nie wszyscy też mają potrzebę…

Tak jak mówiłem, Drabina Jakubowa to przede wszystkim rekolekcje. Mogę powiedzieć, że dla wielu stają się one sposobem na życie. Są wolontariusze, dla których jeden turnus to za mało, zostają na drugi. Tu się doświadcza niesamowitej łaski i miłości, nikt nie wyjeżdża stąd obojętny. Brańszczyk można albo pokochać, albo już tu nigdy nie wrócić. Jeśli jednak pokochasz, to będziesz tu wracać już stale.

Gdzie znajdujecie aż tylu wolontariuszy?

Tak naprawdę pochodzą z całej Polski. Bywają również z Ukrainy i Białorusi. Z doświadczenia wiem, że najbardziej skuteczną „akcją” jest ta, kiedy wolontariusz opowiada swoim znajomym o tym, co tu przeżył. Zachęca bliskich, by przyjechali razem z nim. Prowadzona jest także akcja internetowa, mamy profil na Facebooku, organizowane są promocje na uczelniach. Stoi za tym mój współbrat, ks. Łukasz Mikołajczyk, który jest nie tylko dyrektorem naszego Domu Emeryta, ale także duszpasterzem wolontariuszy i niepełnosprawnych. Głosi także rekolekcje, gdzie opowiada o Brańszczyku, o Drabinie. Co ciekawe, na niektóre rekolekcje nie jeździ sam, ale razem z niepełnosprawnym Łukaszem, który ma bardzo mocno porażony aparat mowy, ciężko go zrozumieć. A jednak w Brańszczyku doświadczył niesamowitej łaski podczas adoracji, zapragnął głosić Chrystusa i mówić ludziom Dobrą Nowinę!

Jak to robi, skoro nie potrafi nawet dobrze mówić? Okazuje się, że oni się świetnie dogadują – ks. Łukasz tłumaczy Łukasza, przekazuje to, co nasz niepełnosprawny chce powiedzieć.

Powiedział Ksiądz, że Brańszczyk można albo pokochać, albo znienawidzić. Co zatem jest najtrudniejsze dla wolontariuszy podczas turnusów?

Oni się tutaj dowiadują prawdy o sobie. A ta czasem jest bardzo bolesna. Drabina Jakubowa to miejsce wzajemnego oddziaływania. Burzą się schematy, w których to wolontariusz jest tym, który działa z miłosierdziem. Szybko się odkrywa, że ten, komu służę, służy także mi. Sytuacji jest całe mnóstwo. Ktoś np. przyjeżdża z ogromnym zapałem, a jednak po trzech dniach chce zrezygnować, bo nie daje rady z pełną pielęgnacją chorego. Wtedy odsyłamy go do lżejszych posług. Chociażby na zmywak. Tam też są potrzebni ludzie. Są sytuacje, w których niepełnosprawny odrzuca wolontariusza. To też jest w pewnym sensie bolesne, ale cały czas czegoś uczy. Jako duszpasterze staramy się umocnić naszych podopiecznych w wierze. W ciągu roku na terenie naszej parafii w Warszawie przy ul. Lindleya jest formacja dla chętnych (tzw. Duszpasterstwo Drabiny Jakubowej), a na dwa dni przed turnusem odbywa się szkolenie wszystkich wolontariuszy.

Pośród wolontariuszy jest więcej kobiet czy mężczyzn?

Zwyczajowo więcej kobiet. Koordynatorzy jednak doskonale wiedzą, jak podzielić wolontariuszy i niepełnosprawnych. Nie zawsze ktoś będzie w stanie sobie fizycznie poradzić, np. z przeniesieniem chorego. Wtedy jedną osobą opiekują się dwie albo jedna pomaga dorywczo. Kiedy są lżej niepełnosprawni, wtedy wolontariusz ma pod opieką nawet cztery osoby. Przekrój wieku chętnych do pomocy jest bardzo różny, ale najwięcej osób to maturzyści i studenci. Najmłodsi, za zgodą rodziców, to szesnastolatkowie. Są też osoby dojrzałe wiekiem. Niesamowite są jednak świadectwa tych osób. Wolontariuszka np. przychodzi i mówi, że widzi w podopiecznym Chrystusa, że pielęgnuje Zbawiciela. I to jest piękne. I o to tak naprawdę chodzi. Są też świadectwa niepełnosprawnych, chociażby wspomnianego wcześniej Łukasza. Były także osoby, które w czasie adoracji, zupełnie niepełnosprawne, uruchamiające swój wózek za pomocą joysticka, nagle zaczynały wielbić Boga i dziękować za swoją historię życia. To zupełnie niedorzeczne na pierwszy rzut oka. Ale Bóg widzi więcej i zna nas doskonale. Takie spotkania kształtują nasze życie. Nas wszystkich, kapłanów, świeckich, zakonników obowiązuje formacja. Musimy się starać, by nie tylko być dobrymi ludźmi, ale czynić dobro ze względu na Chrystusa.

Przez człowieka do Chrystusa?

Można tak powiedzieć. To Ewangelia. Mamy żyć tak, żeby ci, którzy nas zobaczą, zaczęli chwalić Ojca, który jest w niebie. Mamy żyć tak, żeby nas zaczęli pytać o Chrystusa. O to chodziło Alojzemu Orione – nasze domy mają być ośrodkami, które będą latarniami wiary i cywilizacji chrześcijańskiej. Mają być domami, w których codziennie objawia się Bóg.

www.branszczyk.orione.pl

Karolina Krawczyk

Autor: Karolina Krawczyk

Kiedyś kard. Nagy zadziwił się moim wzrostem i nazwał mnie „małą redaktorką”. Tak już zostało :) Z CzasemSERCA związana jestem od 2009 roku. Prowadzę także nasze radiowe audycje w Radio Profeto.pl

Fascynuje mnie człowiek, dlatego najczęściej przeprowadzam dla Was wywiady.
Uważam, że ludzie są Cudem.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *