Zakochany po… serce

Nad Przemyślem kłębiły się chmury. Powietrze stawało się coraz cięższe, czego jednak większość mieszkańców nie dostrzegała. Miasto było pogrążone we śnie. Minęło już prawie pół godziny od chwili, w której zegar na katedralnej wieży oznajmił pierwszą godzinę nowego dnia 28 marca 1924 roku. Tymczasem nieopodal, w domu biskupim najwyraźniej nie spano, gdyż w oknach odbijał się blask świec, a może lamp naftowych. Tego jednak przywiązani do swego biskupa przemyślanie nie wiedzieli. Miasto spało…

Tymczasem, gdyby ktoś cierpiący na bezsenność przyłożył ucho do drzwi wiodących do  sypialni biskupa, usłyszałby wymawiane z przejęciem wezwania: „Serce Jezusa, dobroci i miłości pełne… Serce Jezusa, królu i zjednoczenie serc wszystkich…” i odpowiedzi zarówno męskich, jak i żeńskich, najwyraźniej bardzo przejętych głosów: „zmiłuj się nad nami”. „Nabożeństwo? O tej porze? Dlaczego nie słychać głosu biskupa?” – mógłby pomyśleć podsłuchiwacz.

Tymczasem słowa litanii padały jedno za drugim: „Serce Jezusa, zbawienie ufających Tobie… Serce Jezusa, nadziejo w Tobie umierających…”. O parapet zaczęły uderzać ciężkie krople wzbierającej od kilku godzin ulewy, a podmuchy wiatru uderzały w szyby.

Za trzy dni nieprzeliczone tłumy, niby wezbrana rzeka, będą podążały do kościoła Najświętszego Serca Jezusowego na uroczystości pogrzebowe. Jednak tej nocy tylko niewielka garstka przyjaciół zgromadzona w sypialni domu biskupów przemyskich wiedziała, że wicher, deszcz i rwące potoki wody spływające ulicami miasta w kierunku Sanu stanowią swoiste pożegnanie, jakie przyroda zgotowała zaledwie kilka dni wcześniej świętującemu swój jubileusz 25-lecia sakry biskupiej Józefowi Sebastianowi Pelczarowi. Wyruszył on bowiem na spotkanie Tego, którego Serce jest – jak mówi litania – rozkoszą wszystkich świętych.

maksymalista

Kim był ten, który w pamięci potomnych zapisał się nie tylko jako gorliwy biskup, pracowity profesor czy twórca nowej rodziny zakonnej, ale przede wszystkim jako dobry człowiek i pasterz według Bożego Serca?

Urodził się przeszło 170 lat temu, 17 stycznia 1842 roku, w Korczynie, małym miasteczku w okolicach Krosna. Od wczesnej młodości był maksymalistą. Imponowali mu wielcy wodzowie, o których uczył się na lekcjach historii. Marzył o karierze naukowca i o tym, że kiedyś przyniesie chlubę pozbawionemu własnej państwowości narodowi. A jeżeli w jego głowie pojawiały się myśli o kapłaństwie, to tylko dlatego, że wiązało się ono z byciem nazywanym „jegomościem” i całowanym w rękę. Gdy jednak na jego drodze stanął Chrystus ze swoją łaską, zapisał w prowadzonym przez siebie pamiętniku: „Ideały ziemskie blednieją. Ideał życia widzę w poświęceniu się, a ideał poświęcenia – w kapłaństwie”.

Na biografię każdego człowieka można patrzeć w sposób znany nam z encyklopedii: urodził się… umarł… dokonał tego i tego… Tak też można opowiedzieć dalszą historię naszego świętego: święcenia kapłańskie w 1864 roku, czas rzymskich studiów, przygoda profesorska na Uniwersytecie Jagiellońskim, a w 1894 roku założenie Zgromadzenia Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego (sercanek), sakra biskupia…

Tak opowiedziana historia jest zasadniczo prawdziwa, lecz ma jedną podstawową wadę – przemienia żywego człowieka z jego marzeniami, poszukiwaniami, wątpliwościami i lękami w zestawienie danych statystycznych, które przecież stanowią jedynie swoistą scenografię dla tego, co rozgrywa się w jego wnętrzu. Jednocześnie takie czysto faktograficzne opowiadanie historii czyjegoś życia stanowi wielką pokusę, gdyż jest po prostu łatwe – wiele razy nie mamy bowiem dostępu nawet do tego, co dzieje się w naszym własnym sercu, a jak opisać życie wewnętrzne kogoś, kto żył wiele lat przed nami.

zakochany w Sercu

Początek pelczarowskiej fascynacji kultem Bożego Serca także był związany z pewną rocznicą: 150 lat temu w Kościele obchodzono 200. rocznicę objawień danych św. Małgorzacie Marii Alacoque. Dla młodego księdza diecezji przemyskiej, jakim był liczący sobie wtedy 31 lat ks. Józef Sebastian Pelczar, był to – z perspektywy duchowej – jeden ze zwrotnych momentów w jego życiu. Przygotowując się do wygłoszenia okolicznościowego kazania w przemyskiej katedrze, odkrył piękno i głębię symboliki zawartej w zwrocie „Serce Jezusa”. Nie była to – jak czas pokazał – jedynie przelotna fascynacja, lecz początek drogi kształtowania własnego serca na wzór Serca Zbawiciela.

Z czasem w duchowości ks. Pelczara nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusowego stopiło się ściśle z kultem eucharystycznym. „Eucharystia – jak mówił – jest niejako wysiłkiem miłości Jezusa, a nic nam jej nie zastąpi, nic z nią w porównanie iść nie może; bo ona nam daje Jezusa rzeczywiście obecnego – Jezusa zostającego z nami w nieprzerwanym stosunku miłości (…). Eucharystia wyszła z Serca Jezusowego i wskazuje nam, gdzie jest to Serce żywe, gdzie Ono bije dla nas, gdzie się ofiaruje za nas, gdzie pragnie być naszym pokarmem, naszym życiem, naszą siłą, naszą pociechą”.

To Boskie Serce nie było jednak dla ks. Pelczara jedynie przedmiotem adoracji, lecz nade wszystko punktem odniesienia w kształtowaniu własnego serca. „Serce Jezusa – pisał św. Józef Sebastian – było całkowicie przepełnione miłością czystą, zupełnie zwróconą do Boga i ludzi; miłością, której jedynym pragnieniem była chwała Ojca i zbawienie dusz. Serce Jezusa to lutnia nastrojona na ton miłości (…), nie było tam tonu – już nie mówię fałszywego, ale niedoskonałego”.

Choć i nasze serce jest spragnione miłości, pragnie kochać i być kochane, to doświadczenie życiowe pokazuje, że miłość czysta, miłość szczera, miłość ofiarna nie jest bynajmniej tym, z czym spotykamy się często w życiu.

„Przeciwnie – mówił dalej ks. Pelczar – serce nasze zamyka się zwykle jak ślimak w skorupie miłości własnej, a gdy się otwiera i wychodzi z siebie, to na to, by przylgnąć do stworzeń, w których szczęścia swego szuka. Lgnie też do nich bez względu, czy są dobre czy złe”. Jest jak bluszcz, który potrafi przywiązać się nawet do spraw dobrych i Bożych, takich jak modlitwa czy dobre uczynki, które przedkłada nad samego Chrystusa. Nasze serca są wciąż niespokojne jak rzucana falami łódź, którą – jak zauważył ów święty – „raz podnosi fala radości, to znowu przygnębia fala smutku, raz popycha fala nadziei i odwagi, to znowu cofa fala bojaźni, to fal tęsknoty, to rozczarowania, a ta łódź krąży po morzu i szuka przystani spokojnej od wiatrów”.

serce takie jak Jego

Trudno powiedzieć, na ile to doświadczenie wewnętrznego miotania się było udziałem naszego świętego – bowiem odnośnie osobistych przeżyć wewnętrznych jest on bardzo dyskretny – na pewno jednak jest ono znane wielu z nas. Dlatego warto wsłuchać się w radę, jaka nam zostawił św. Józef Sebastian: z pragnieniem gorącym uciekać się do Serca Jezusowego, odrywając się od tego wszystkiego, co naszym sercom odbiera polot i swobodę. „Wreszcie prosić Pana Jezusa, by sam przemienił nasze serce; prosić, zwłaszcza gdy Pan Jezus w sakramencie w sercu naszym gości: Panie Jezu, weź serce nasze słabe i nieczułe, niestałe, zmienne, a daj nam Serce Twoje, a przynajmniej nastrój wszystkie uczucia serc naszych na ton miłości ku Tobie”.

Widząc w Sercu Jezusa „szkołę cnót wszelakich”, a szczególnie miłości i pokory, bp Pelczar upatrywał w dobrze rozumianym kulcie Bożego Serca pomoc i nadzieję dla narodu polskiego, umęczonego licznymi klęskami i stającego wobec wielu niebezpieczeństw. Dlatego polecał to nabożeństwo zarówno świeckim, jak i duchownym, w których pragnął rozpalić pragnienie stania się „pasterzami według Serca Jezusa”.

28 marca 1924 roku św. Józef Sebastian wyruszył na spotkanie Tego, którego Serce jest – jak mówi litania – rozkoszą wszystkich świętych. W pozostawionym przez siebie testamencie napisał: „Cały naród polski, wszystkich moich krewnych, całe duchowieństwo i wszystkich wiernych mojej diecezji, wszystkie Siostry Sercanki czy inne, wszystkich moich przyjaciół i znajomych Najsłodszemu Sercu Jezusowemu przez Najświętszą Matkę Bożą polecam”.

Autor: s. Natalia Tendaj SłNSJ

Imię zakonne Celina, od 1992 r. sercanka (i nie jest to rok urodzenia). Pochodzi z Lublina, ale z zasiedzenia czuje się prawie krakowianką. Katechizuje w V LO w Krakowie i czerpie z tego mnóstwo radości. Od dzieciństwa nie minął jej zwyczaj zadawania pytań, zaczynających się od słówka "dlaczego?" i nie uznaje łatwych odpowiedzi. Ma nadzieję, że kiedyś trafi do nieba, w którym uzyska odpowiedzi na najbardziej nurtujące ją pytania. Lubi podróże i ludzi, z którymi można podyskutować. Mówi, że matematyka to poezja, a nowe technologie są fascynujące, ale na roślinkach i zwierzątkach kompletnie się nie zna. Przy okazji - jest doktorem teologii fundamentalnej, czego jednak nie należy kojarzyć ani z medycyną ani fundamentalistami.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *