Wychować dzieci, czyli dać się przez nie wychować

Dzieci nie są dodatkiem do życia małżeńskiego. Nie stanowią opcji, ale najcenniejszy dar wpisany w samą naturę małżeństwa.

jak to zrobić?

Czy wychowuję dzieci we właściwy sposób? Czy dzięki temu, jak postępuję, moje dziecko stanie się wolne i również będzie postępować mądrze? Czy wreszcie będzie mieć szczęśliwe życie? Te i podobne pytania zadajemy sobie co dnia, starając się ukształtować naszych potomków. Łapię się jednak na tym, że paradoksalnie to moim dzieciom zdarza się bardzo często wychowywać mnie do bycia ojcem.

tata? obecny!

Nowe technologie, inne tempo i zasady życia, to wszystko może sprawić, że bycie tatą (mamą oczywiście też!) jest zadaniem niezwykle trudnym. Dość powiedzieć, że – biję się w pierś – zdarzają się momenty, w których przebywając z dzieckiem, tak naprawdę mnie z nim nie ma. Pół biedy, kiedy praca, pasja, czy ogarnianie ogólnożyciowych spraw utrudnia nam budowanie relacji na linii rodzic – dziecko. Niestety, otwarcie musimy przyznać, że jak dla naszym ojców wrogiem numer jeden w misji wychowawczej była telewizja, tak dla współczesnego ojca przeciwnikami w walce o dobro rodziny stały się: telefon, komputer czy Internet.

Choć u początków mojego ojcostwa bywało z tym różnie, zresztą nadal bywa źle, po niespełna dwóch latach, już z dwójką dzieci, wiem na pewno, że tata obecny to taki rodzic, który razem z dziećmi się bawi, wygłupia, dużo im czyta, często śpiewa, inicjuje gry, opowiada historie, modli się, angażuje. Korzystając z nomenklatury współczesnych „trenerów”, obecny tata jest w stosunku do dzieci „proaktywny”. Dlatego nie wystarczy mu i jego dziecku bycie razem w jednym pomieszczeniu. Takie przebywanie nigdy nie zastąpi obecności emocjonalnej, bliskości, aktywnego słuchania czy – w późniejszym okresie – wspólnych rozmów na każdy temat.

jak w obrazek

Ciągle się uczę – empirycznie, a jakże – że jeśli chcę stać się wzorem do naśladowania dla swoich pociech, powinienem wyćwiczyć w sobie umiejętność przyznawania się do błędów i przepraszania za nie. Najpierw w sumieniu, przed sobą samym, następnie przed żoną, a w konsekwencji przed dziećmi. W przeciwnym razie bardzo realne jest ryzyko, że wychowankowie wpatrzeni w tatusia jak w obrazek dla ich zguby zobaczą i zaczną naśladować jedynie karykaturę prawdziwego ojca.

Do dzieci można mówić. Można im nawet wydawać polecenia. Na dłuższą metę będą one jednak robić nie to, co usłyszą, ale co zaobserwują. Na nic wykłady, pogadanki i kazania, nawet bardzo rzeczowa, nienaszpikowana emocjami rozmowa, jeśli w ślad za tym nie pójdzie osobisty przykład rodzica. Dzieci widzą o wiele więcej, niż nam się wydaje i na nic zda się, przykład pierwszy z brzegu, przekonywanie o wyższości wody nad sokiem, kiedy rodzic na oczach dziecka będzie pił słodziutki, kolorowy napój. Przy czym potencjalna nadwaga czy próchnica są oczywiście niczym w porównaniu z wykrzywionym obrazem relacji międzyludzkich.

dar i zadanie

Obserwując relacje, jakie zachodzą pomiędzy mamą i tatą, dziecko realizuje je we własnym życiu. Jeśli są one zakorzenione w miłości, syn pokocha kiedyś swoją dziewczynę (później żonę), córka z kolei nie zaakceptuje niedojrzałych zachowań kolegów i będzie zabiegać o relację z mężczyzną, który potrafi kochać.

Dzieci nie są dodatkiem do życia małżeńskiego. Tak naucza Kościół. Nie stanowią opcji, ale najcenniejszy dar, wpisany w samą naturę związku małżeńskiego. Są przez to wielkim zadaniem na całe życie rodziców. Bardzo podoba mi się pewna metafora, ukuta przez Kena Canfielda, doktora psychologii i autora książek o ojcostwie. Porównuje on bycie tatą do biegu maratońskiego. Faktycznie, ojcostwo ma coś z maratonu. Podobnie jak w jego przypadku stanowi bowiem bieg bez przerw i odpoczynków.

Tak jak jednym z najgorszych pomysłów w trakcie długodystansowego wysiłku jest podjęcie decyzji o zatrzymaniu się, podobnie rzecz ma się z ojcostwem. Przyjęcie tego daru stanowi pracę 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. To naprawdę trudne zadanie kształtowania siebie i pracy nad relacjami. Dlatego tak często od tego daru i zadania uciekamy.

gdzie skarb twój, tam serce twoje

Odnoszę wrażenie, że współczesny lęk przed ojcostwem sprowadzany jest często do technikaliów: nocnego wstawania, przewijania, zapewnienia bezpieczeństwa rodzinie. Tymczasem walka toczy się zupełnie gdzie indziej. Jak we wszystkich sferach życia, również w ojcostwie, czy szerzej – w byciu rodzicem, chodzi o budowanie więzi, wartościowej relacji na całe życie, bezwarunkową, a przy tym wymagającą miłość.

W powołaniu do ojcostwa (rodzicielstwa) otrzymujemy ogromny dar – diament, który możemy oddać światu i Bogu jako brylant. Jak to zrobić? W Ewangelii Jezus podpowiada: „Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi (…), gromadźcie sobie skarby w niebie” (Mt 6,19-20). Tymi słowami zachęca, abyśmy zwrócili uwagę naszych serc na skarby prawdziwe. Do nieba możemy zabrać tylko miłość. Chciejmy w niej wzrastać, najpierw w relacji do Boga i współmałżonka, a w konsekwencji do tych, których wychowujemy i którzy nas wychowują, czyli powierzonych nam potomków.

Autor: Monika i Marcin Gomułkowie

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *