Wiarygodność Jezusa

 

Czytając uważnie Ewangelię, odkrywamy, że Jezus z Nazaretu uważał się za kogoś wyjątkowego, znającego Boga lepiej niż największy autorytet religijny judaizmu – Mojżesz. Uważał się za Jego Syna, za kogoś, kto w Jego imieniu może odpuszczać grzechy. Czy jednak można Mu wierzyć? Czy nie jest to roszczenie tak nieprawdopodobne i wygórowane, że należałoby sądzić, że jest On albo sprytnym oszustem, albo ofiarą własnej egzaltowanej wyobraźni?

wyznanie przed Kajfaszem

To pytanie z pewnością nie jest nowe. Można powiedzieć, że ma tyle lat, ile dzieli nas od czasu, gdy Rabbi z Nazaretu przemierzał palestyńską ziemię. Zadawali je sobie zarówno Jego przeciwnicy, jak i uczniowie. Co ciekawe, On sam raczej dawał wskazówki, sugerował, ale rzadko mówił wprost. Chyba najmocniejszą sceną, w której otwarcie deklarował, za kogo się uważa, jest ta, w której widzimy Jezusa stojącego przed sądem Kajfasza. „Poprzysięgam cię na Boga żywego – mówi arcykapłan – czy ty jesteś Mesjasz, Syn Błogosławionego?” (por. Mt 26,63). Odpowiedź jest poważna i wstrząsająca, gdyż decyduje o dalszym losie Jezusa. „Tak, jestem nim”. Uczniowie jednak nie słyszą tych słów. Jest to odpowiedź przeznaczona wyłącznie dla przeciwników. Dlatego towarzyszy jej zapowiedź powtórnego przyjścia i sądu. Odrzucony przez żydowską starszyznę, Jezus umiera na krzyżu wśród rechotu oprawców, wołających: „Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!” (Mt 27,40). Nie zszedł. A jednak już wkrótce pójdą za Nim tłumy… Co zatem sprawiło, że, pomimo iż widzieli Go poniżonego do ostateczności, nie wszyscy wprawdzie, ale znacząca grupa mieszkańców Jerozolimy uznała Go za swojego Pana i Zbawiciela?

motywy wiarygodności Jezusa

Chyba najlepsze wyjaśnienie znajdujemy w Dziejach Apostolskich, w słowach, w których św. Piotr mówi o motywach własnej wiary: „Jezusa Nazarejczyka, Męża, którego posłannictwo Bóg potwierdził wam niezwykłymi czynami, cudami i znakami, jakich Bóg przez Niego dokonał (…), Bóg wskrzesił, zerwawszy więzy śmierci” (por. Dz 2,22-24). Czytając dalej cytowaną w poprzednim zdaniu mowę, napotykamy jeszcze jeden ważny dla Piotra argument – w Jezusie wypełniły się zapowiedzi dawnych proroków. Mamy więc trzy motywy, które od samego początku chrześcijaństwa skłaniały ludzi do uwierzenia w prawdziwość posłannictwa Jezusa i zawierzenia Mu swego życia: wypełnienie proroctw, cuda i zmartwychwstanie.

nie tylko proroctwa i cuda

Wydaje się, że nawet ci spośród nas, którzy najsłabiej znają Biblię, kojarzą opis narodzenia Jezusa i komentarz ewangelisty: „A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród miast judzkich…” (Mt 2,6). Skierowana do Żydów Ewangelia wg św. Mateusza, z której pochodzi cytowany fragment Księgi Proroka Ozeasza, cała jest utkana z przykładów ukazujących, w jaki sposób Jezus wypełnił dawne proroctwa. Z kolei skierowana do pogan Ewangelia wg św. Marka podkreśla moc Jezusa i jego panowanie nad prawami przyrody. Jednak ani proroctwa, ani cuda same w sobie nie są tak porażającym argumentem na rzecz prawdziwości Jego misji jak zmartwychwstanie. Dlatego ograniczając się do wspomnienia dwóch pierwszych argumentów, przejdźmy od razu do ostatniego.

wspólnota wiary w żyjącego Jezusa

Kluczowe pytanie, które wiele osób sobie stawia w tym kontekście, brzmi następująco: „Skąd my, żyjący 2000 lat po tym wydarzeniu, możemy mieć pewność, że Jezus prawdziwie zmartwychwstał?”. Zastanówmy się zatem, czego możemy być pewni… Wydaje się, że wątpliwości nie ulega jeden fakt – gromada Galilejczyków, ludzi raczej przeciętnych, nieuczonych i tchórzliwych, która rozproszyła się po śmierci ich lidera, nagle zmieniła się w prężną organizację pozyskującą nowych członków wśród wszystkich grup społecznych. Co mogło być przyczyną tej bezsprzecznej i zastanawiającej przemiany? Oni sami twierdzili, że to dlatego, ponieważ ich Mistrz zmartwychwstał i dał im swego Ducha. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że w imię tej prawdy oddawali swe życie. Byli zatem przekonani, że tak się istotnie stało. Nikt bowiem nie oddaje życia w imię wymyślonego przez siebie kłamstwa. Owszem, zdarza się ludziom umrzeć za jakieś kłamstwo, ale zawsze jest to cudze kłamstwo, w które uwierzyli jako prawdę. Kłamiemy przecież po to, by coś zyskać, by uniknąć cierpienia, nie po to, by być uwięzionym, biczowanym, kamienowanym czy ukrzyżowanym.

uzasadnione wątpliwości, przeciwne hipotezy

Co jednak, jeżeli apostołowie nie kłamali, lecz po prostu byli w błędzie? Może ulegli halucynacji wywołanej żalem i tęsknotą za nieobecnym Mistrzem? Tak postawiona teza brzmi może atrakcyjnie, tyle że… coś takiego, jak jednakowe zbiorowe halucynacje nie istnieje! Skoro tak, powiedzą inni, może Jezus naprawdę nie umarł, lecz wpadł w letarg, z którego obudził się w grobie… I znowu, brzmi to pozornie dobrze, ale gdy lepiej się temu przyjrzymy, okazuje się, że scenariusz taki jest nie mniej nieprawdopodobny niż samo zmartwychwstanie. Rzymianie byli bowiem „fachowcami od krzyżowania”, sama zaś kara – wyjątkowo okrutna. Ten, kto by nawet ją przeżył, byłby na skraju śmierci, o czym świadczy choćby relacja żydowskiego dziejopisarza Józefa Flawiusza. Opowiada on o trzech przyjaciołach, skazanych na śmierć przez ukrzyżowanie. Gdy ich bliskim udało się u władz rzymskich uzyskać kasację wyroków i zdjęcie z krzyża, dwóch z nich, mimo troskliwej opieki, nie przeżyło. W przypadku Jezusa dodatkowym elementem czyniącym możliwość wyjścia z grobu nieprawdopodobnym było przebicie boku, a dokładnie worka osierdziowego, włócznią żołnierza. Nawet jeśli do tej pory by żył (a tak nie było), takie uderzenie z pewnością definitywnie zakończyłoby Jego życie.

wybór: świadectwo albo teorie

Oczywiście można mnożyć inne, hipotetyczne wyjaśnienia. Po bliższym przyjrzeniu okazuje się jednak, że wszystkie mają podstawową wadę – nie da się ich udowodnić. Można przyjąć je „na wiarę”, godząc się na to, że nie oferują lepszych wyjaśnień niż prawda o zmartwychwstaniu, a jedyną ich „zaletą” jest to, że pozwalają to zmartwychwstanie odrzucić. Mamy więc do wyboru – przyjąć okupione krwią świadectwo apostołów lub „wyssane z palca” teorie, za którymi stoi chęć zdyskredytowania chrześcijańskiego orędzia. Czy jednak odrzucając to świadectwo, cokolwiek zyskujemy, czy raczej nie ryzykujemy utraty nadziei, jaką niesie ze sobą Ewangelia?

 

Autor: s. Natalia Tendaj SłNSJ

Imię zakonne Celina, od 1992 r. sercanka (i nie jest to rok urodzenia). Pochodzi z Lublina, ale z zasiedzenia czuje się prawie krakowianką. Katechizuje w V LO w Krakowie i czerpie z tego mnóstwo radości. Od dzieciństwa nie minął jej zwyczaj zadawania pytań, zaczynających się od słówka "dlaczego?" i nie uznaje łatwych odpowiedzi. Ma nadzieję, że kiedyś trafi do nieba, w którym uzyska odpowiedzi na najbardziej nurtujące ją pytania. Lubi podróże i ludzi, z którymi można podyskutować. Mówi, że matematyka to poezja, a nowe technologie są fascynujące, ale na roślinkach i zwierzątkach kompletnie się nie zna. Przy okazji - jest doktorem teologii fundamentalnej, czego jednak nie należy kojarzyć ani z medycyną ani fundamentalistami.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *