Wiara w biznesie

 

O tym, że dla wiary jest miejsce w biznesie, choć często okupione poświęceniem jakichś zysków, różnicach w prowadzeniu firmy przez osobę wierzącą, a także wierności wartościom z Czesławem Bogdańskim, współwłaścicielem firmy Bogdański, rozmawia ks. Radosław Warenda SCJ.

Jest takie powiedzenie, że pierwszy milion trzeba ukraść. Czy firma Bogdański też pierwszy milion ukradła?

Słyszałem też takie powiedzenie, że pierwszy milion trzeba zarobić, żeby następny można było ukraść. My mieliśmy z bratem o tyle łatwiej, że zaraz przed zmianą ustroju w 1989 roku ojciec był kierownikiem złomu w rejonowej spółdzielni zaopatrzenia i zbytu i to przynosiło tej spółdzielni dosyć spore dochody. Firma konkurencyjna zaprosiła raz ojca na rozmowę w obecności mojego młodszego brata, czy by nie przeszedł do nich i taki punkt uruchomił. Ojciec był jednak niezdecydowany, ale brat stwierdził, że on to weźmie. Nie było trzeba wkładu własnego, bo to funkcjonowało na zasadach ajencyjnych – środki obrotowe dawała spółdzielnia, a 25% prowizji zostawało dla nas i to dawało możliwości rozwojowe. Muszę dodać, że decyzja ta wynikała też z posiadania przez nas już wtedy około 10-letniego doświadczenia! Znaczną część ferii i wakacji spędzaliśmy bowiem, pracując u taty na złomie. Zaczynaliśmy od przynoszenia na śniadanie chleba i napojów pracownikom i tacie, następnie sortowaliśmy makulaturę .W miarę upływu lat wykonywaliśmy coraz cięższe i odpowiedzialniejsze prace, takie jak: obsługa wagi, ładowarki, przyjmowanie złomu według klas. Dla nas była to wspaniała zabawa. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że to nas przygotuje do odpowiedzialnego prowadzenia firmy. Jesteśmy wdzięczni rodzicom, że w pewnym momencie mama ustąpiła ojcu i to on przejął główną pieczę nad naszym kształtowaniem.Takim decydującym momentem był 1990 rok: nowy ustrój, brat miał jakieś sześć ton miedzi na składzie zakupionych po kilkaset złotych, galopująca inflacja plus ustalenie cen miedzi według tych na świecie, co dało kilka tysięcy procent przebicia. Były środki na inwestycje, na rozwój. W międzyczasie trafiłem do marynarki wojskowej, ale po zmianie ustroju wróciłem. Myślałem na początku, żeby pójść na studia, ale brat już zaczął interes, więc do niego dołączyłem. Założyłem z nim spółkę handlującą materiałami budowlanymi, bo zauważyłem, że jest zapotrzebowanie na stolarkę. Wydzierżawiliśmy magazyn przy stacji kolejowej w Nowym Sączu i tam zaczęliśmy handel materiałami budowlanymi. Gdy brat wyszedł z wojska w 1991 roku (tam zrobił prawo jazdy na ciężarówkę), kupił starszy samochód od spółdzielni, która upadała. I to już nam dało takiego wiatru w żagle. Były już własne środki transportu, jakiś wózek widłowy i inne rzeczy. Po prostu zaczęło się to rozwijać. Zatem nie trzeba było kraść tego pierwszego miliona, bo akurat był łatwy okres.

A jak było z wiarą?

Pochodzimy z tradycyjnej rodziny, obydwaj byliśmy ministrantami. To była taka wiara ludowa – do kościoła się chodziło, ale różnie się postępowało. Natomiast pamiętam takie pierwsze pociągnięcie w stronę ducha. Zatrudniliśmy pierwszego stałego pracownika – kolegę brata z podstawówki, który przeszedł do nas z dobrej firmy na stanowisko magazyniera i kierowcy. Tymczasem pewien człowiek, posiadający flotę środków transportu, przed Świętami Wielkanocnymi podpisał umowę z inną firmą i do kierowcy ze Stolbudu Włoszczowa powiedział: „No to z Bogdańskimi już koniec, teraz do mnie będziecie wozić”. Pomyślałem sobie wtedy: „Boże, co ja zrobiłem, kolega brata miał dobrą pracę, będzie brał ślub, a tutaj przecież ten mnie wykończy”. Towarzyszył mi straszny niepokój. I to był Wielki Tydzień. W tym ferworze rozwożenia cementu itp. poszedłem do spowiedzi i powiedziałem kapłanowi, że nawet nie potrafię spać z tego powodu. A on tak spokojnie mi odpowiedział: „Słuchaj, jest miejsce dla każdego na ziemi. I dla ciebie, i dla tego człowieka, którego przyjąłeś. Jeśli wszystko będziesz robił, jak należy, to nie masz się, o co martwić”. I autentycznie w to uwierzyłem. Pamiętam, że te święta były niezwykle spokojne. A po świętach zlecono nam wymianę okien we wszystkich blokach w Nowym Sączu.

Dzisiaj jest to firma zatrudniająca 100 osób. Zajmujecie się stolarką.

Tak, produkujemy okna i drzwi. Eksportujemy, mamy własne salony sprzedaży i nieruchomości, które wynajmujemy w Nowym Sączu. Myślę, że to jest jednak łaska, że ta firma trwa już ponad 20 lat, pewne procedury są przećwiczone, ludzie pracują mniej więcej ci sami od kilku, kilkunastu, nawet i 20 lat.

Działacie na Nowosądecczyźnie, tak?

W Nowym Sączu, Tarnowie, Krynicy, na terenie Małopolski, jak również w Bratysławie na Słowacji.

W Internecie na swojej stronie reklamujecie się hasłem „Ciepło, spokój i bezpieczeństwo”. Czy jedynie dobry biznes daje państwu Bogdańskim ciepło, spokój i bezpieczeństwo?

Mam 47 lat. Wiele rzeczy jest już za mną, więc dostrzegam teraz ich marność. Mógłbym powiedzieć młodym ludziom, którzy myślą, że jak się dorobią, to będzie taki high life i po prostu pokój, bezpieczeństwo i cisza, że nie o to chodzi. Ważne, by iść w kierunku osobowości integralnej, czyli utrzymywać na każdym polu równowagę – na polu biznesu, rodziny, wiary, religii, działań społecznych.

A czy nie istnieje taka zasada, że do biznesu nie miesza się ani Boga, ani polityki? Czy mówienie o wierze wpływa w pewien sposób na biznes?

Wpływa, i to w różny sposób – możemy coś zyskać bądź stracić. Dla mnie stratą były imprezy integracyjne, bo bardzo lubię jeździć na nartach, ale kiedyś trzeba było nadstawić policzek. Firma niemiecka, która jest naszym strategicznym partnerem dostawcą, organizuje te wyjazdy w Wielkim Poście. Pewnego razu rozmawiałem z szefem tej firmy i wywiązała się taka dobra atmosfera, dlatego poprosiłem go, by wyjazd zorganizować w karnawale, a nie w Wielkim Poście. Stwierdził, że nie ma problemu. Natomiast po pewnym czasie przyszło zaproszenie i okazało się, że impreza jest w Wielki Poście. Stwierdziłem wówczas, że nie jadę, bo się po prostu źle z tym czuję. Z czasem namówiłem również brata: „Powodzi ci się, stać cię, możesz jechać w okresie karnawału”. Wiem, że niektórzy patrzą na mnie jak na świra. I to nie jest miłe, bo człowiek chciałby być akceptowany, ale mam świadomość, że to jest cena wiary.

Ciebie można rozpoznać po krzyżyku i różańcu na ręce, a jak można rozpoznać, że firma Bogdański jest prowadzona przez człowieka autentycznie wierzącego?

Różne są sytuacje z naszymi klientami, dostawcami, odbiorcami, np. reklamacje, których się nie da rozwiązać w sposób bezkonfliktowy. Od dłuższego czasu mam tę łaskę i staram się nie kłamać. Na przykład, gdy spóźnia się jakaś dostawa, to mówię, jak się sprawy mają, że popełniłem błąd. I dobrze na tym wychodzę. W firmie wszyscy starają się to praktykować. Podobnie jeżeli dane rozwiązanie konstrukcyjne się nie sprawdza, to wtedy trzeba stanąć na wysokości zadania i wymienić, a nie iść w zaparte, że tak ma być i nie ma tematu.

W jaki sposób twoi pracownicy dostrzegają to, że jesteś kimś, komu na wierze i życiu duchowym zależy?

Jako szefowi jest mi to trudno ocenić, bo nie z każdym mam taki dobry, personalny, indywidualny kontakt. Na pewno różnie jestem postrzegany, bo nie jestem aniołem ani świętym człowiekiem. Przez niejedną osobę mogę być często odbierany jako dewot, bo ludzie oczekują wyższego wynagrodzenia. Natomiast są pracownicy, którzy wespół ze mną biorą udział w spotkaniach duszpasterstwa, są po prostu z podobnych środowisk.

Czy firma człowieka wierzącego jest także gwarantem solidności produktu?

Myślę, że są w Polsce firmy, które na pewno są lepiej zarządzane, mają lepszy produkt niż ja, a ich właściciele są osobami niewierzącymi czy może niepraktykującymi, bo jak tam jest, to tego nikt do końca nie wie. Natomiast jako ojciec rodziny i człowiek 47-letni sam sobie jakoś tę poprzeczkę podnoszę, staram się nie iść na skróty w tym, co robię czy mówię, żeby to współgrało, ale nie zawsze się to udaje.

Mówi się, że wiara w firmie nie przekłada się wprost na zyski finansowe, ale jest to zarządzanie poprzez wartości. Jakie wartości są najważniejsze dla Ciebie jako pracodawcy, przedsiębiorcy?

Przede wszystkim prawda. Często negocjuję i nie posuwam się do takich czynów, że np. preparuję dokumenty, ale po prostu mówię, że dana oferta nie jest korzystna i oczekuję niższej ceny. Staram się też nie oszukiwać państwa, jeśli chodzi o sprawy podatkowe, bo przecież idziemy do szpitala, korzystamy z różnych usług, a wszędzie tych środków brakuje. Nie mamy tych odruchów społeczeństwa obywatelskiego, a przecież to jest nasz kraj, nasza ojczyzna. Jeżeli zaczniemy płacić podatki, staniemy w prawdzie, to ta ojczyzna rzeczywiście będzie wolna. W ten sposób możemy ten patriotyzm potwierdzić. Nie twierdzić, że w sejmie robią to i tamto, ale samemu na tym naszym małym podwóreczku zrobić to, co do nas należy. W te działania staram się wciągnąć dzieci, żeby mi pomagały, interesowały się, widziały, jak to funkcjonuje, po prostu zakosztowały tej pracy.

W Twoim życiu dużą rolę odegrało Medjugorje.

O Medjugorje usłyszałem dość wcześnie – gdzieś na początku objawień w 1981 roku i tak od razu uderzyło mnie to w serce, że chciałem tam być. Jednak dopiero pod koniec lat 90. pojawiła się możliwość wyjazdu do Medjugorje, ale wówczas pojechała moja żona. I to od niej zaczęła się ta przemiana w rodzinie. Gdy ja pojechałem, spotkaliśmy się z o. Jozo Zovko, który był proboszczem, wówczas gdy te objawienia się zaczęły. Pomodlił się wtedy nad nami wstawienniczo i w taki namacalny sposób poczułem tego ducha Bożego. Po powrocie do autobusu zaintonowano pieśń Uwielbiajmy Jezusa. Dobrze, że miałem ciemne okulary. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wtedy przyszedł Jezus. Uświadomiłem sobie Jego świętość i swoje grzechy oraz zacząłem za nie żałować. A po chwili poczułem przebaczenie i miłość. Tego nie da się określić. Potem wiele złych nawyków zostało mi po prostu zabranych i zacząłem inaczej patrzyć na świat i ludzi. Mogłem zastartować w jakąś nową drogę, w nową rzeczywistość. Natomiast największą porażką w moim spotkaniu z Jezusem było to, że miałem tak duże możliwości, a tak mało zrobiłem dobrego. Zrozumiałem słowa św. Pawła z Pierwszego Listu do Koryntian: ,,Biada mi bowiem, gdybym nie głosił Ewangelii!” (9,16).

Podczas „Forum katolików w biznesie” w krakowskim Domus Mater – wydarzenie organizowane przez Duszpasterstwo Przedsiębiorców i Pracodawców „Talent” – każdy prezentował swoją działalność, Ty natomiast rozwiesiłeś baner z wizerunkiem Matki Bożej i datą pielgrzymki do Medjugorje.

Miałem problem, co wystawić na tych targach – sacrum czy profanum. Jeżeli chodzi o moje produkty, to jestem znany wśród znacznej części uczestników i nie czułem takiej potrzeby, żebym musiał prezentować swoje okna czy drzwi. Natomiast bardzo mi zależało na tym aspekcie ewangelizacyjnym. W zeszłym roku przy wsparciu księży sercanów, którzy poinformowali, że jest taka inicjatywa, by z rodziną Bogdańskich pojechać do Medjugorje, kilkadziesiąt osób skorzystało z tej możliwości. Kolejny wyjazd planujemy na tegoroczny weekend majowy (30.04-6.05.2014).

Prawdziwym szczęściem człowieka jest możliwość dzielenia się nim z innymi.

Chociaż ze 20 lat temu też wspieraliśmy różne akcje, jednak nie było to robione z serca. Natomiast od dłuższego czasu czerpię z tego radość i faktycznie mogę powiedzieć, że większa jest radość, gdy się człowieka obdarowuje, a szczególnie, gdy obdarowuje się sobą.

ks. Radosław Warenda SCJ

Autor: ks. Radosław Warenda SCJ

Człowiek, chrześcijanin, sercanin, ksiądz. W takiej, a nie odwrotnej kolejności, choć to ostatnie przenika aż do początku. Dzieciństwo spędziłem w Sosnowcu, młodość zakonną w Stopnicy i Stadnikach. A pierwsze kapłańskie kroki w lubelskiej parafii Dobrego Pasterza i Społecznych Szkołach im. Klonowica, też w Lublinie. Niegdyś studiowałem na Gregorianie, a później w latach 2011-2015 byłem redaktorem naczelnym "Czasu Serca". Dziś pracuję w kurii generalnej w Rzymie. Z zabranych ze sobą książek wziąłem wszystkie Tomáša Halíka.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *