Urodzony na nowo

 

Nigdy nie jest za późno, by zacząć na nowo żyć. Ale tak naprawdę jest to możliwe tylko dzięki zbawczej mocy Jezusa. On potrafi uzdrowić, wyzwolić od zła natychmiast, jeśli tylko szczerze Go o to poprosisz. Tak stało się w życiu pana Wiesława, który przez wiele lat cierpiał na uzależnienie od narkotyków. Rozmawia Natalia Kulawiak.

Proszę się krótko przedstawić naszym czytelnikom.

Nazywam się Wiesław Jindraczek, mam 55 lat. Jestem narkomanem. Mówię o sobie, że jestem narkomanem, ponieważ jest się nim do końca życia, podobnie jak alkoholikiem. Od 15 lat nie biorę narkotyków. Uzależniony byłem 20 lat, przede wszystkim od heroiny, od polskiego kompotu, ale tak naprawdę brałem każdy dostępny rodzaj narkotyku – nie ważne co, byleby zakręciło w głowie.

Jak wyglądało Pana życie przed nawróceniem?

Mimo że urodziłem się w katolickiej rodzinie, w wieku 15 lat odrzuciłem wiarę, odrzuciłem Boga. To był okres buntu, fascynacja subkulturą hipisowską. Powiedziałem wtedy po prostu Panu Bogu, że Go nie potrzebuję. Istotne jest, że nie zanegowałem Jego istnienia, nie stałem się ateistą, tylko odrzuciłem Go jako takiego. Zaczęły się problemy. Powstała życiowa pustka, którą trzeba było czymś wypełnić. Już w szkole średniej pojawił się alkohol, a po maturze sięgnąłem po narkotyki. Następne 20 lat to już była jazda w dół. Im bardziej pogrążałem się w nałogu, tym bardziej zanikały wszelkie hamulce moralne, zasady, które mi wpojono w dzieciństwie, pewne wartości… Liczyło się tylko jedno – zdobyć kolejną porcję heroiny, za wszelką cenę. Nie czułem wyrzutów sumienia, czyniąc rzeczy bardzo złe. Stałem się człowiekiem bez zasad moralnych, a nawet, można powiedzieć, bez sumienia. Nałóg był tak silny, strach przed głodem narkotykowym był tak mocny, że praktycznie stałem się desperatem, który za „działkę” był zdolny zrobić wszystko.

Czy podejmował Pan próby wyzwolenia się z nałogu?

Wielokrotnie. Cztery czy pięć razy leczyłem się w ośrodkach Monaru, ostatecznie zostałem nawet uznany neofitą – człowiekiem wyleczonym. Po kilku miesiącach uległem jednak pokusie i wróciłem do nałogu. Później znowu był zjazd po równi pochyłej, powrót do uzależnienia. Oprócz terapii kilkakrotnie przebywałem również w szpitalach na odtruciu organizmu, to jednak tylko oczyszczenie z toksyn, a nie leczenie. Nałóg nie jest chorobą ciała, jest chorobą duszy. Jest to walka, najtrudniejsza walka, bo walka z samym sobą – najsilniejszym przeciwnikiem. Walka ta trwa wiele lat i, niestety, nie zawsze kończy się sukcesem.

Po 20 latach uzależnienia, kiedy myślałem, że nie potrafię już żyć bez narkotyków, wszystko się zmieniło. Zaczęło się od tego, że spotkałem „przypadkowo” na ulicy proboszcza ze swojej parafii i on mnie skierował do Wspólnoty Cenacolo, w której leczą narkomanię. W tamtych czasach nie było jeszcze w Polsce takiego ośrodka, więc proboszcz wysłał mnie do Medjugorie. Mówiąc szczerze, nie miałem najmniejszej ochoty tam jechać. Moja mama postawiła mi jednak ultimatum – albo będę się leczyć, albo mam się wynieść z domu. Nie chciałem wylądować na ulicy, więc postanowiłem na krótko wyjechać, a potem spokojnie wrócić do Polski i oczywiście brać dalej. W ten sposób pod koniec kwietnia 2000 roku trafiłem do Medjugorie. Pojechałem autobusem z grupą pielgrzymów z Warszawy, a po kilku dniach zacząłem uczęszczać do Wspólnoty Cenacolo na okres próbny. Wytrzymałem sześć dni. Stwierdziłem jednak, że rygor, który tam panuje i życie we wspólnocie jest zbyt trudne, że nie nadaję się do tego i wycofałem się. Postanowiłem, że wrócę do Polski. Autokar, którym przyjechałem, odjechał już jednak do kraju, musiałem też opuścić pensjonat, wylądowałem więc na ulicy i wałęsałem się bez celu. Po kilku dniach skończył mi się zapas heroiny. Wtedy zaczął się kryzys – głód narkotykowy. Zaczęło się potworne cierpienie fizyczne i psychiczne. Żeby jakoś sobie ulżyć, sięgałem po alkohol. Byłem u kresu wytrzymałości i chciałem z sobą skończyć. Na szczęście Bóg nade mną czuwał, bo kiedy już podjąłem taką decyzję, natknąłem się na człowieka, który zaoferował, że zabierze mnie za kilka dni do Polski. Te kilka dni muszę jednak sam jakoś przeżyć. Wtedy los postawił na mojej drodze franciszkanina pracującego w Medjugorie od wielu lat. Okazało się, że prowadzi on małą grupkę ludzi podobnych do mnie – takich „połamańców życiowych”. Dogadałem się z nim, że zostanę u niego kilka dni, odpracuję swój pobyt, a on mi zapewni dach nad głową i jedzenie. W ten sposób trafiłem do Wspólnoty Miłosiernego Ojca. Początkowo miałem tam być tylko kilka dni, ale okazało się, że Pan Bóg miał inne plany.

Co stało się podczas adoracji Najświętszego Sakramentu w Medjugorie, gdy wydawało się, że Pana życie dosięgło granic bezradności i beznadziei?

Jedną z zasad panujących we Wspólnocie Miłosiernego Ojca było obowiązkowe uczestniczenie w wieczornym, trzygodzinnym programie modlitewnym. Składa się on z różańca, Mszy Świętej oraz modlitwy o uzdrowienie duszy i ciała. W niektóre dni odbywa się adoracja Najświętszego Sakramentu. Pierwszego dnia mojego pobytu, w sobotę po pracy wszyscy wybierali się na wieczorną modlitwę, na którą nie chciałem iść. Po pierwsze byłem u kresu wytrzymałości, a po drugie zupełnie mnie nie interesowało, co dzieje się w kościele, bo nie wierzyłem już w Boga. Z drugiej jednak strony chciałem dostosować się do ich zasad, więc poszedłem. Właśnie wtedy odbywała się adoracja Najświętszego Sakramentu. Chciałbym podkreślić, że adoracje w Medjugorie mają specyficzny przebieg i oprawę. Wielu pielgrzymów mówi, że nigdy wcześniej nie przeżyło czegoś takiego. Kiedy rozpoczęła się adoracja, ludzie zaczęli się modlić i śpiewać, ja jednak nic nie czułem – zero reakcji, zero przeżycia, jakbym był otoczony murem. W trakcie adoracji poczułem, że ten mur się rozpadł i doświadczyłem wielkiej ciemności. Ostatnia iskierka nadziei na dnie mojej duszy zgasła. Opanowała mnie rozpacz, bezgraniczna, czarna, bezdenna rozpacz. I ta rozpacz weszła w moją chorą duszę i zaczęła tę duszę rozrywać na kawałki. Pojawił się paniczny strach. Zrozumiałem, że jeśli czegoś nie zrobię, to nie zniosę dalej tego, co się ze mną dzieje. Wtedy całkowicie opadłem z sił. Pomyślałem, że jestem zupełnie sam. Zwróciłem się wówczas do Tego, w którego nie wierzyłem. Powiedziałem: „Panie Boże, jeżeli istniejesz, to zrób coś ze mną, bo ja już tego nie wytrzymam dłużej. Albo mnie stąd zabierz, albo zmień moje życie”. W tym momencie stał się cud. Być może jest to za duże słowo, ale nie waham się go użyć. Nie potrafię tego inaczej określić. Nagle wszystko się zmieniło. Zniknęła rozpacz, zniknął strach, ból, nie tylko ten duchowy, ale także fizyczny. Stał się więc cud – Bóg wysłuchał mojej prośby i zmienił moje życie. Najważniejsze było jednak to, że nagle poczułem wewnętrzny spokój, którego nie odczuwałem od 20 lat. Chciałbym jednak podkreślić, że w tym momencie Pan Bóg wysłuchał nie tylko mojej prośby, ale także próśb mojej mamy i nieżyjącej już babci. One modliły się od lat o moją przemianę.

Jak wygląda Pana życie od tamtej pory?

Po kilku dniach od tego wydarzenia poszedłem do spowiedzi, czego nie robiłem przez 25 lat. Kiedy wyszedłem z konfesjonału, byłem już innym człowiekiem. Bóg mi wybaczył, a ja wybaczyłem sobie. Potem nastąpił najcudowniejszy moment w moim życiu, czyli moja druga „pierwsza komunia” – jak to określiłem – pierwsza komunia po 25 latach. A potem już krok po kroku jakoś moje życie się układało, czy raczej Pan Bóg je układał. Od 15 lat staram się słuchać, czego On ode mnie oczekuje i wypełniać Jego wolę. Mieszkam w Medjugorie, ale od kilku lat zimy spędzam w Polsce. Przez 10 lat pracowałem jako stajenny w ogrodzie św. Franciszka, przez kilka następnych w zakrystii; w tej chwili jestem tam tylko wolontariuszem. Staram się pracować na chwałę Bożą. Spotykam się z pielgrzymami, opowiadam im o swoim życiu. Kiedy pytają o mój wiek, odpowiadam, że mam 15 lat, bo dopiero 15 lat temu tak naprawdę zacząłem żyć. Przez poprzednie 40 lat to była wegetacja, jedno wielkie cierpienie. Jakbym narodził się ponownie 15 lat temu. Czuję się jak Łazarz, który został wskrzeszony przez Jezusa. Kiedy jestem w Polsce, bywam zapraszany do szkół, do parafii. Mówię wtedy przede wszystkim o Bogu. Chcę przekazać młodzieży, że z Panem Bogiem jest łatwiej przejść przez życie. Ludziom się wydaje, że Bóg to taki dobry wujek, który będzie spełniał moje prośby i będzie mi w życiu lekko, łatwo i przyjemnie. Tłumaczę młodym ludziom, że Jezus nigdy nikomu tego nie obiecywał. Staram się im wyjaśnić, że z Bogiem jest łatwiej, że Bóg daje oparcie w trudnych chwilach. Ale to przede wszystkim my mamy otworzyć serce na Niego, bo Bóg jest na tyle dyskretny, że nie pcha się do naszego życia, po prostu czeka. Dopóki serce jest zamknięte, to On nie zadziała.

Natalia Kulawiak

Autor: Natalia Kulawiak

Pochodzę z Podhala. W 2015 roku ukończyłam studia na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie, na kierunku filologia polska. Od tego czasu pracuję w Wydawnictwie DEHON, jako korektorka. W czasie wolnym lubię, mimo wszystko nadal, czytać książki, spotkać się z przyjaciółmi, a także wędrować po górach.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *