Uporczywe wybudzanie nadziei

 

Jako ludzie piszemy życiem nasze dzieje. One rozciągają się pomiędzy naszą przeszłością a przyszłością. Wyrastają z czegoś, co wydarzyło się nam wczoraj i prowadzą w stronę naszego nie do końca pewnego jutra. Są nieodłączne od nas. My sami – jakby powiedział Wilhelm Dilthey – jesteśmy dziejami. Nie da się z nich uwolnić. W dziejach rozgrywa się bowiem całe nasze życie, a zatem wszystko, co się z nim wiąże: nasza wolność, marzenia, aktywność na rozmaitych obszarach. Nasze dzieje wiele o nas mówią, ale i wiele nam obiecują. Przeżyta historia dekonspiruje to, jacy byliśmy. Odsłania nasze cnoty, ale i wady, zło, z którym nie uporaliśmy się w taki sposób, by z niego zrodziło się tylko czyste dobro. Ale historia nie kończy się na wczoraj, nie zniewala w przeszłości. Ona nie zatrzymuje się na sobie samej. Nie przewiązuje nas węzłem, z którego nie da się wyswobodzić. Historia rozgrywa się także w tym momencie i nieśmiało wychyla w stronę jutra. Pokazuje, że nasze dzieje są skierowane w przyszłość. Odsłania kierunki, w których zmierzamy, oraz nowe perspektywy, które pozwalają odkleić się od starego myślenia z wczoraj. Historia uczy, że w świecie wielu zdeterminowań człowiek może być wolny, a to znaczy, że może coś ofiarować, mieć nadzieję na złożenie daru.

historia przejaskrawiona

Być może czasy, w których żyjemy, nie różnią się wcale w tym, co stanowi ich najbardziej wewnętrzną strukturę od epok uznawanych przez nas za zamierzchłe, dawno minione. Czyż jako ludzie nie jesteśmy rozdzierani tymi samymi wątpliwościami, co nasi przodkowie, narażonymi na bliźniacze błędy, nękani analogicznymi lękami, pociągani tymi samymi wartościami, inspirowani pokrewnymi myślami? Życie współczesnego człowieka wkręcone jest oczywiście w wydarzenia oraz przedmioty karuzeli teraźniejszości. Jednak owa karuzela ludzkich emocji, sądów, nadziei nakręcona została już dawno. To nie my przecież stworzyliśmy świat, w którym żyjemy. Nie my nadaliśmy nazwy wartościom, które określają naszą codzienność, nie my wymyśliliśmy dobro i zło. Tylko czy taka świadomość płynięcia w nurcie starej rzeki, wiecznego powrotu historii oraz zaktualizowanych dzisiaj archiwalnych biografii zaspokaja w jakiejkolwiek mierze apetyt konkretnej i indywidualnej odpowiedzialności człowieka współczesnego za własne życie? Zapotrzebowanie na naśladowanie bohaterów, kult świętych oraz celebracje uświęconych tradycją obrzędów określa współcześnie, tak jak określał zawsze, pewien establishment. Aktualna swoista moda na coraz bardziej zbrojny patriotyzm, deklarowaną niezłomność właściwą Danucie Siedzikównej (pseudonim „Inka”) czy Zdzisławowi Badosze (pseudonim „Żelazny”) wyrasta z oczywistego, jednak interpretowanego w rozmaity sposób Herbertowskiego apelu: „Nie dajmy zginąć poległym”. Gloryfikacja mitycznych triumfów nie musi bowiem oznaczać autentycznej szlachetności naszej patriotycznej duszy. Uwielbienie oddawane historii i jej herosom może stanowić zakamuflowaną ucieczkę od własnego, przeżywanego dzisiaj życia i zmierzenia się z niezrozumiałą coraz bardziej wolnością. Może być ono również wyrazem zamaskowanej hipokryzji, usprawiedliwianiem i nazywaniem cnotą własnego upokorzenia oraz niemocy. Czy nie ma wtedy racji Max Scheler, twierdząc, że frustracja z poczucia własnej bezsilności rodzi najbardziej przedziwną z wszystkich rodzajów agresji, która nawet świadomie nie chce być agresją? Wybiera za to twarz lizusa, który z płaskim zewnętrznym uśmiechem oraz duszą pełną głębokiej zatuszowanej goryczy mści się na silniejszych od siebie w imię wmówionego sobie przekonania o wyższym dobru, które jedynie jemu zostało objawione adekwatnie. Kto nie odczuwa głęboko w sobie swojej własnej wartości, ten nigdy też jej nie zrozumie, a tym samym będzie próbował odmówić jej również innym, zwłaszcza tym, których uważa za zbyt wysoko noszących głowę. Wszystko po to, aby w ten sposób udowodnić, że ma nad nimi jakąkolwiek władzę. Taki rodzaj zatrutej resentymentem duchowości czyni zarówno z każdej religii, jak i z każdego patriotyzmu przedziwną karykaturę. Nie ma zaś nic śmieszniejszego od parodii spraw dla człowieka najważniejszych.

dzieje historycznych lęków

Historia nie jest wyłącznie pamięcią. Jest ona czasem, który minął, mija w danej chwili, a zarazem czasem, który zawsze niepewnie wychyla się ku przyszłości. Historia to dzieje, życie ludzi. To czas, który przeżyli i nadal przeżywają, a także to, co z nim w swoim życiu robią. Ewangelia jest również takim zapamiętanym czasem, dziejami przeżytymi we wspólnocie z Bogiem. Dziejami, które nie chcą jednak pozostać wyłącznie w przeszłości. To dzieje, które mają nadzieję na lepszy od wczorajszego zmierzchu grzechu nowy świt łaski. Historia nie potrzebuje zatrzymania się wyłącznie na poziomie samej pamięci. Świadomość pamięci jest oczywiście ważna. Rozpościera się ona zresztą na wielu poziomach życia człowieka. Właściwie nie da się nawet z niej zrezygnować czy radykalnie jej zaprzeczyć. Jeśli ktoś chciałby bowiem zadeklarować koniec obowiązywania od jutra testamentów ojców i rozpoczęcie wszystkiego od nowa, to sama entuzjastyczna rezolucja niczego nie zmieni. Być może tylko poza efemeryczną poprawą samopoczucia ustawodawców dzierżących akurat władzę. Z historii korzeni czerpią siły witalne wszystkie gałęzie drzewa. Bez względu na to, czy akceptują taki stan rzeczy, czy też nie. Deficyt pamięci niczego tutaj w istocie nie modyfikuje. W tym sensie każda przyszłość jest z konieczności budowaniem na przeszłości. Właściwie nieakceptacja pamięci wyrządza jej samej podobną przysługę, jaką kłamca wyrządza prawdzie, której musi zaprzeczyć, by kłamstwo mogło w ogóle powstać. Kłamstwo nie potrafi bowiem żyć w pojedynkę. Ono żeruje na prawdzie, jest jej swoistym pasożytem. Bez punktu odniesienia do prawdy kłamstwo nie istnieje. Ono w istocie potrzebuje prawdy, by w ogóle się pojawić. W podobnym sensie walka z pamięcią, mimo odmiennych zamierzeń, jest w gruncie rzeczy oddawaniem honorów pamięci. Nieakceptacja odwołuje się bowiem zawsze do tego, co uznane. W jakiejś mierze sami spostrzegamy w końcu, że stajemy się własnymi wrogami. „Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie”. Walczymy przeciwko temu, co stanowi nasz własny wewnętrzny wyrzut. Nasze lęki przed innymi, wyrażające się choćby we wznoszeniu zewnętrznych murów przed zagrażającym cudzoziemcem, odsłaniają nasz głęboki strach przed tym, co w nas samych nieobliczalne i zamurowane. Lęk jest bowiem nie do końca dostrzegalnym wyrazem potrzeby władzy, czy to nad sobą, czy nad innymi. „Strach sprzyja władzy” (Niccolò Machiavelli). Przy czym paradoksalnie, im mniejsza władza, tym większy jej lęk. Dlatego najbardziej o władzę boją się najmniejsi ludzie. Pamięć również lęka się o władzę nad historią. Ona chce zagrabić wszystko. Mówi: „Masz przede wszystkim pamiętać, skąd wyszedłeś!”. Taka pamięć jest oznaką lęków starości, starzenia się. Starość jest z każdym dniem coraz bardziej zabarwiona taką pamięcią, lękiem o to, by zdążyć zaistnieć w historii. Starości coraz trudniej patrzeć z nadzieją w jutro. Dlatego coraz mniej w niej prawdziwego życia. Sama pamięć nie wystarczy bowiem, by przeżyć. Tak jak pamięć dokonanego zła nie wystarczy, by zostać z niego uratowanym, ocalonym.

między racją pamięci a obietnicą prawdy

Być może faktycznie jest tak, że nic nowego w istocie nie wymyślimy. Nowe wynalazki, współczesne polityczne rewolucje będą stanowiły wówczas wyłącznie świeże imiona zaktualizowanych odwiecznych pragnień i potrzeb człowieka. Być może w tych nowościach nie potrzeba wcale dążeń arbitralnego narzucania ich mającym odmienne od naszego zdanie. Im więcej bowiem siły wkładamy w przekonanie naszych oponentów, że to, co nowe ma prawo zmienić, zastąpić wszystko stare, tym bardziej nie wierzymy w moc prawdy, którą agresywnie chcemy udowodnić. Rzetelna prawda nie potrzebuje siły, by się uwierzytelnić. Jej nie narzuca się przemocą. Im większa prawda, tym większa bowiem wolność w jej przyjęciu. Ciągle aktualnym jest rozróżnienie argumentu siły oraz siły prawdy. Tymczasem potrzebujemy prawdy, a nie tylko argumentów. Prawda zaś to coś więcej niż uargumentowana racja, do której jesteśmy kurczowo przywiązani. Każda władza, która potrzebuje siły racji bądź racji siły nieświadomie rezygnuje z poszukiwania prawdy. Jej „prawdą” staje się siła, jaką wydaje się mieć nad innymi. Siła to jest jej władza, racja. Ale prawda ma większą władzę niż siła. Można powiedzieć, że ma ona [!] władzę nad władzą, nawet wbrew niej samej. Prawda leży głębiej niż racja, pamięć o własnej racji. Istnieją sprawy ważniejsze od siły pamięci oraz ważniejsze od racji władzy. To one nadają dopiero pamięci oraz władzy głębszy sens. Sama pamięć czy racja władzy mogą wręcz uśpić czujność na poziomie tego, co mniej istotne. Dlatego ci, którzy redukują patriotyzm do wywieszenia flagi i dumnego odśpiewania hymnu, nie zawsze są w stanie kochać ojczyznę w taki sposób, by jednocześnie nie nienawidzić obcych w tej ojczyźnie. Podobnie jak ci mający gębę pełną religii i wartości chrześcijańskich najczęściej nie rozumieją sensu ofiary, która stanowi ich najgłębszy rdzeń. Władzą nad własną siłą jest ofiara. Prawda ma coś z ofiary. Ofiarować znaczy poświęcić. Prawdziwie poświęcić się może tylko ten, kto naprawdę wierzy, że nie straci tego, co jest jego najważniejszą wartością. Być może straci wszystko inne, ale nie straci tego, czego nie może stracić. W tym sensie ofiara nie jest zwyczajną rezygnacją. Może ona przypominać rezygnację, ale nie jest nią u źródła. Chrystus nie zrezygnował ze swojego życia, ale je poświęcił. Ono stało się Jego ofiarą. Ofiara jest w pewnym stopniu poświęceniem tego, z czego nie da się zrezygnować. Jest wymianą darów nieutracalnych. Im większa wartość ofiary, tym prawdziwsze poświęcenie. Ważne jest zatem nie to, że wierzymy w pamięć, rację pamięci czy też pamięć racji, ale to, co z nią robimy na jutro. A zatem, czy pamięć stanie się darem. Historia bez przyszłości jest beznadziejna, nie wierzy bowiem w żaden dar, który chce ją przeżyć. Dar jest ofiarą, łaską jutra, niepewną, ale jednak łaską z prawdziwą nadzieją. Jest nadzieją na odrodzenie się tego, co zło przeszłości chciało zabrać. Jest uratowaniem od wiecznego potępienia. Dar jest złożeniem obietnicy, że najważniejsze przetrwa mimo wszystko. Każdy dar jest składaniem wobec kogoś pewnej obietnicy. W obietnicy jest więcej przyszłości niż przeszłości. Jest w niej wiara, że to, co istniało, może żyć dzisiaj i jutro tylko dzięki nam. Człowiek żyje wprawdzie dzięki pamięci, ale żyje bardziej dla jakiejś obietnicy. Ona jest jego prawdą. Obietnica jest niepewną pewnością, nadzieją, że każdy koniec jest nowym początkiem, że poświęcając coś, tracimy, żeby znowu odzyskać.

 

ks. Przemysław Bukowski SCJ

Autor: ks. Przemysław Bukowski SCJ

Pochodzę z Bełchatowa, choć nie wszystko się tam zaczęło. Na księdza wychowali mnie sercanie. Lubię myśleć, że potrafię myśleć. Dlatego od kilku lat, najpierw w niemieckim Freiburgu, a obecnie na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie, inspirowany głównie myślami Józefa Tischnera i tych, którzy jego inspirowali, uczę się bycia filozofem człowieka. Nic mnie bowiem tak nie kręci, jak pytania zadawane pytającym.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *