Ubodzy w duchu

„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (Mt 5,3). Aramejski i grecki termin „ubodzy” oznacza żebraków, ludzi z marginesu społecznego. Żebrak znajduje się na samym dole hierarchii społecznej, chyba że uczynił z żebractwa jedynie sposób” zarabiania”, prowadząc podwójne życie: nie jest człowiekiem ubogim, choć takiego często i skutecznie udaje. Żebractwo ma różne oblicza.

Słusznie więc mamy w polskim tłumaczeniu „ubogich” żebraków. Można sądzić, że to ludzie o ciasnych horyzontach umysłowych, spętani obłudną ideologią, zniewoleni praktycznym materializmem, pozbawieni życia wewnętrznego. Nie takich ludzi miał na myśli Jezus, gdy obiecywał ubogim w duchu szczęście, choć na pewno nie wykluczał ich uczestnictwa w królestwie niebieskim, bo także oni zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boże.

Jezusa od początku Jego publicznej działalności łączyła z ubogimi serdeczna więź. Określenie „prosty lud” jest uproszczeniem, ale język jest niedoskonały – jak wszystko, co ludzkie. Ojciec Niebieski nawiązał za pośrednictwem swego Syna najpierw kontakt z prostaczkami, by oni pierwsi dowiedzieli się, że ich kocha i że oni posiądą królestwo niebieskie. Sam przymiotnik „ubogi” sugeruje, że tacy ludzie cieszą się u Boga szczególnymi względami.

Jezus nie obiecywał ubogim królestwa niebieskiego, by zdobyć ich poparcie. Nie chciał ich również naiwnie pocieszać, żeby pogodniej znosili swoją ziemską niedolę. Jezus zapewniał ubogich, że Ojciec Niebieski stoi po ich stronie, choć w oczach mędrców tego świata, polityków i możnych nie są nic warci. Jezus dał ubogim do zrozumienia, że podziały wymyślone przez ludzi nie mają dla Niego najmniejszego znaczenia. Dla Niego liczy się każdy człowiek.

Jezus nie obiecywał ubogim poprawy ich sytuacji socjalnej. Nie wiązał obietnicy królestwa niebieskiego z warunkiem ich przemiany moralnej. Chodziło Mu o przemianę serca, która czyni z człowieka przyjaciela Boga i obywatela królestwa niebieskiego. Królestwo niebieskie nie jest bowiem owocem czysto ludzkich wysiłków. Nie można Pana Boga za pomocą ludzkich działań zmusić do tego, by ono zaistniało.
Jezus stał się ucieleśnieniem królestwa Bożego. Przez Niego Ojciec Niebieski zaprasza wszystkich do udziału w królestwie, które jest darem Boga. Słowa Syna Bożego o królestwie niebieskim są dobrą nowiną, która mówi nie tylko o określonym czasie czy grupie społecznej, ale dotyczy bez wyjątku wszystkich, co Jezus mocno podkreślił, kierując Dobrą Nowinę najpierw do ubogich. Gdyby zaczął od możnych, byliby przekonani, że są tak samo ważni w oczach Jezusa, jak we własnych, co byłoby wielkim nieporozumieniem.

Postawa Jezusa stała się zarzewiem konfliktu z grupami społecznymi, które miały o sobie wysokie mniemanie. „Pobożni” i „sprawiedliwi” nie mogli pojąć, że Mesjasz zadaje się z celnikami i grzesznikami, o nich zaś wyraża się krytycznie, czasem bardzo krytycznie. Nie mogli zrozumieć, że królestwo niebieskie jest darem i każdy człowiek, niezależnie od kondycji społecznej, może je przyjąć. Każdy człowiek. Tylko Bóg może człowieka wybawić od zła, w jakie został on wplątany przez grzech pierworodny. Człowiek zupełnie naturalnie musi przyznać, że to, kim jest, zawdzięcza Bogu; że jego życie jest bardziej łaską niż czymkolwiek innym; bardziej Bożą wolą niż osobistą zasługą.

Człowiek prawdziwie ubogi w duchu potrafi zdystansować się do wszystkich posiadłości, przywilejów i innych zasług dających powód do prestiżu i chwały. Ubogi w duchu poznaje siebie takim, jakim w istocie jest przed Bogiem; wie, że Bóg jest wszystkim, człowiek zaś nie ma powodu do chwały, a już zupełnie do samochwały. Człowiek ubogi w duchu otwiera serce, czyniąc je wrażliwym na miłość Boga. Człowiek ubogi w duchu rozumie, że najgłębszy sens jego życia polega na przyjęciu królestwa Bożego, dla którego jest stworzony i przeznaczony. Człowiek ubogi w duchu jest człowiekiem pokornym, przekonanym, że tylko dzięki Bogu może zamienić własną mizerię na owoce miłości. Człowiek ubogi w duchu pokłada całą ufność w Bogu, bo wie, że wszystkie inne gwarancje zawodzą.

Warto przywołać tutaj fragment kazania J. Taulera, który mówił o konieczności całkowitego zawierzenia Bogu, jeśli chcemy własną marność zamienić na owoce miłe Bogu: „Koń produkuje nawóz w stajni. Nawóz pachnie nieładnie. Potem ten sam koń ciągnie z wielkim wysiłkiem własny nawóz na pole. Gdyby tego nie zrobił, nic by tam dobrego nie wyrosło. W ten sposób jednak powstaje szlachetne wino i pachnąca pszenica z tego nawozu. Nawozem są twoje własne grzechy, których nie możesz się pozbyć. Zanoś je cierpliwie i pilnie na rolę kochającego Boga. W ten sposób bez wątpienia zamienią się w upojne owoce”.

Georges Bernanos (Dialogi karmelitanek, Warszawa 1985) tak scharakteryzował ubogich w duchu: „Jedno tylko ma znaczenie: abyśmy odważni czy tchórzliwi, znajdowali się zawsze tam, gdzie Bóg chce nas mieć, zdając się na Niego co do reszty. Tak, nie ma innego lekarstwa na trwogę, jak rzucić się na oślep w wolę Bożą, tak jak jeleń ścigany przez psy rzuca się na wodę zimną i czarną”.

Autor: ks. Zygmunt Podlejski SCJ

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *