Tylko mnie kochaj!

 

Czy uda się jeszcze ocalić to, co najważniejsze? Czy istnieje antidotum na wszystkie pęknięcia i zranienia, jakie nosimy i jakie inni zadają nam, a my im? Czy naprawdę chodzi o to, żeby zrozumieć? Bo przecież bez zrozumienia nie możemy nic zrobić. A my chcemy zrobić wszystko, co w naszej mocy. Przynajmniej tak deklarujemy. Czy w końcu ospałość i pesymizm to wszystko, na co nas stać? Pytań jest wiele. Niektóre są nawet ważne. I dobrze, że są. Nawet jeśli nie doczekają się „racjonalnych” odpowiedzi.

wiem, czego nie wiem

Niewątpliwie najpiękniejsze i najbardziej prawdziwe prawdy wyrażają słowa najprostsze, za którymi idą jeszcze prostsze od słów ich potwierdzenia. Żeby je jednak zrozumieć i przyjąć, trzeba czasem przedrzeć się przez myśli niekoniecznie idealnie komponujące się z tym przekonaniem. Dlatego najprostsze rzeczy często się przeocza. To nieprawda bowiem, że wiara jest zbyt skomplikowana i że skomplikowany jest Bóg czy człowiek. To, co najważniejsze, jest najprostsze. To my mamy zdolność komplikowania rzeczywistości. Może trochę dlatego, żeby udowodnić sobie i innym, że wcale tak prosto nie jest.

Przypominam sobie scenę z nakręconej przed kilkoma laty polskiej komedii romantycznej. Fakt, scenariusz banalny i obsada z „łapanki” chwilowo atrakcyjnych gwiazd ekranu. Ale nie o to chodzi. Nie chodzi też o to, że bohaterowie pierwszego planu nie do końca żyją tak, „jak Pan Bóg przykazał”. Wątkiem przewodnim fabuły jest historia tajemniczego dziecka, które pewnego dnia puka do drzwi apartamentu, podając się za córkę jego mieszkańca, właściciela firmy architektonicznej. Któregoś dnia, po uwiarygodnieniu ich pokrewieństwa, mężczyzna wyznaje, że dziewczynka już zawsze będzie jego córką i zrobi dla niej wszystko. Dziecko odpowiada wtedy ojcu: „Nie trzeba wszystko, tylko mnie kochaj!”.

Nic prostszego. Dla nas, wierzących, właściwie jakby wyjęte z Ewangelii czy z ust św. Augustyna. Wystarczy kochać i nie komplikować. Tak jak równie dobitnie stwierdził na piśmie przed kilkoma laty mój były uczeń, drugoklasista, któremu widocznie niektóre słowa Dekalogu wydały się nazbyt zawiłe. Dlatego w miejscu szóstego przykazania, miast kanonicznego „Nie cudzołóż!”, wpisał po prostu „Nie cuduj!”. Trzeba przyznać, że miał słuszną intuicję. Cudowanie, takie czy inne, powinno być poza naszymi ludzkimi kompetencjami.

rewanż za śmierć Boga

Ale jak tu nie cudować? Jak w końcu nie ściągać ognia gniewu Pańskiego, kiedy dokoła tyle zła, tylu zepsutych ludzi, taki bezbożny świat spróchniałych resztek przyzwoitości i coraz płytszej – jeśli jeszcze w ogóle jakiejkolwiek – moralności?

Można załamać ręce. Można nawet wiarę stracić. Nie rozumiemy przecież tego, co się dzieje. Dlaczego tak się dzieje? Powoli dajemy sobie wmówić, że Pan Bóg nie dał rady, a świat wypadł Mu z rąk i teraz toczy się w nikomu nieznaną stronę. W jakąś kosmiczną przepaść. Zaczynamy zatem współczuć Panu Bogu. Że Mu się nie udało dzieło stworzenia, a może nawet co gorsza, że stworzenie przechytrzyło Stwórcę i ogłosiło śmierć swego Kreatora. Skoro zatem Bóg umarł, trzeba pomścić tę śmierć. Ta śmierć jako jedyna przecież warta jest pomsty.

A zatem lepiej zawczasu zabić tych, których nie rozumiemy i którzy uśmiercają Boga. I wcale nie musi lać się krew. Można bezkrwawo. Boli podobnie, ale my odchodzimy z lepszym samopoczuciem. „To przecież dla ich dobra. Kiedyś zrozumieją, jak przyjdzie czas”. W imię Ewangelii wolno wszystko. W imię obrony Kościoła i wiary również. Święte alibi gładzi wszystkie grzechy. I nawet pokuty nie wyznacza. Takich ukrytych agresorów, podających się za piewców Bożej miłości, wciąż pełne rynki.

Kiedy jednak zabijemy owych innowierców oraz wszystkich obcych myślicieli, milkną nasze dyskusje. Okazuje się bowiem, że już nie ma z kim dyskutować, spierać się czy dochodzić swych racji. I – co gorsza – nie ma też, niestety, komu wybaczyć. A świat bez wybaczenia jest piekłem. „Podano do stołu, Panie Boże”.

prawda zmęczona i dobro ocalone

W czym tkwi problem? Ano chyba w sporej części w tym, że bronimy jakichś absolutnych prawd, które w ogóle nie istnieją. Prawdą bowiem nie jest nigdy to, czego się dowiem lub co – uchowaj, Boże! – wydaje mi się, że zrozumiałem, ile raczej ten, kto właśnie przede mną stoi. Ze swoim dramatem, pustką, potrzebą przebaczenia. Może nim być drugi człowiek, ale może też być – chociaż aż ciężko przechodzi to przez gardło – Bóg. Ja zresztą stoję przed nim z podobną „prawdą” i podobnymi pragnieniami.

Papież Franciszek powtarza od czasu do czasu, że Bóg nie męczy się przebaczeniem. Szkopuł w tym, że my się męczymy. „No, żeby chociaż przyznał się do ewidentnej winy”. „Prawda was wyzwoli” (J 8,32). No przecież. Niech skruszeje, ukorzy się i przyjdzie poprosić o przebaczenie. „Może wówczas nawet zgodzę się na jego powrót do świętej wspólnoty Kościoła”. Niespecjalnie dziwią mnie zatem ci, dla których Kościół jest celem samym w sobie. To tutaj jest prawda. Każdego, kto nie dorasta do tej prawdy, trzeba co prawda szanować, ale żeby od razu kochać… Łatwiej anatema sit (niech będzie wykluczony, wyklęty)! „Niech wie, co go czeka po drugiej stronie. Bo my już to wiemy”. Takie myślenie nie dziwi, skoro od początku oparte jest na błędnych założeniach. Dziwić może jednak to, że 50 lat od ostatniego soboru istnieją jeszcze tacy, którzy sądzą, że to Kościół jest drogą człowieka, a nie odwrotnie.

A zatem mamy w sobie moc niszczenia. To niby nic odkrywczego. Przy tym wydaje nam się, że dobro i zło są od siebie na tyle daleko, iż można do nich podchodzić z bezpiecznego dystansu. Nie sposób ich nigdy skonfrontować. Sytuacja zmienia się dopiero wtedy, kiedy przed moimi oczami staje konkretny drugi człowiek. Mogę z nim zrobić wszystko. Mogę mu nieba przybliżyć, ale i wrzucić do piekła. Choćbym to tylko przez telewizor zrobił czy w myślach. Mogę. A wtedy owo dobro i zło stają się już nie takie zdystansowane i odległe. Są na zawołanie, między nami. Pytanie zatem, którymi kartami rozegram w tym rozdaniu. Bo że łatwiej czasem zostać partnerem Sartre’a w jego podejrzeniu, że „drugi to piekło” niż Chrystusa z Jego: „drugi to bliźni”, to rzecz oczywista.

Jest w nas zatem coś, co może niszczyć. Ale na szczęście jest i to, co może naprawić. Ma zbawczą moc. To znaczy, ze zła może wydobyć dobro. Czy nadstawię karku za tych, których jeszcze wczoraj wrzuciłbym do piekła? Nawet za tzw. wrogów Kościoła czy raczej własnych iluzji Kościoła? Bez widzenia tych iluzji zdradza się człowieka. Zamiast bowiem ciosać iluzje, bije się w samego człowieka. A człowieka nie wolno bić! Kto bowiem bije człowieka, nie tylko człowieka bije. Wystarczy popatrzeć na Chrystusa. On ratuje w człowieku to, co jest najważniejsze. To, czego zło nie zdołało jeszcze zniszczyć. To, co sprawia, że pustoszeje piekło, a otwiera się niebo.

Może zatem faktycznie jeszcze nie wszystko do końca stracone? Może to wcale nie Bóg umarł, tylko nasza wiara w Niego ma się nie najlepiej? Może zdążymy jeszcze język: „musimy chcieć” zamienić na ewangeliczne: „jeśli chcesz”? I może nasze wewnętrzne rozdarcia coś jeszcze odsłonią? Może nawet coś lub kogoś ocalą, zbawią?

lepszy od gorszego

Biskup Jan Pietraszko mówił niegdyś o trudnym optymizmie. Dziś również ewangelicznego optymizmu nie ma na liście hitów. Dlatego dla wielu łatwiej bać się diabła, niż wierzyć w Boga. Można oczywiście z lęku przed diabłem uciec do Kościoła. Ale to jeszcze nie jest optymizm. Nie jest to też chrześcijaństwo, o jakie chodzi. Lęk jest bowiem wrogiem jakiejkolwiek relacji. Optymiści zatem dostają za swoje. Że w ogóle mają czelność mieć nadzieję w czasach beznadziei. Że zbyt jasno błyszczą ich oczy. Bo wierzą jeszcze w dobro, które nie musi się złem zasłaniać, żeby być dobre. Kto zresztą nie wierzy, niech przeczyta pierwszą stronę Biblii! I zwróci uwagę na fragment, kiedy jeszcze zła nie było. A dobro już było sobie w najlepsze. To zło, chcąc zaistnieć, potrzebowało żywej tkanki dobra, w którą mogło się weżreć i wmówić wszystkim, że od teraz są chorzy. Odtąd każdy jest chory. A może – idąc za Gabrielem Marcelem – lepiej powiedzieć, że każdy jest senny. Sennością przyzwyczajeń, dogmatyzmów, uprzedzeń. Nikt już nie chce czuwać. Wystarczy być sennym z innymi sennymi. Ale owo „z innymi” oznacza też niestety przeciwko tym, którzy chcą pozostać wrażliwi, czujni. Czy uda się uniknąć senności? Jest ona bowiem chodzeniem po iluzjach, w które wprowadza nas zło. A w iluzjach nic nie jest takie, jakie jest i jakie powinno być. Nawet piękno nie jest piękne. A nawet jeśli jeszcze jakoś jest, to tylko dzięki brzydocie. Bo jest od niej „piękniejsze”.

nadzieja zakazana

Zdecydowaliśmy zatem, że będziemy senni, chorzy. Zgodziliśmy się na senność. Nie jest już ważne, czy zachowamy czujność. Ta decyzja już nas nie dotyczy. Kłócimy się być może o to, kto jest bardziej senny czy chory. O to, „z kim” ja jestem chory. Ale zasadniczy wybór już jest poza nami. Szkoda. Bo wtedy nikt nie ma prawa inaczej, jak ja.

Optymizm jest zatem trudny. Bo żeby dzisiaj mieć nadzieję, trzeba wcześniej żyć w beznadziei. Żeby być dobrym, trzeba wprzód doświadczyć zła. Żeby potrzebować Boga, trzeba mieć bezbożnych za sąsiadów. Ba, nawet Bóg, żeby był dobry na tym świecie, musi być „lepszy” od diabła. Zatem wbrew tym, którzy sądzą, że populiści pozostają płytko zadowoleni, a ci, którzy poszli głębiej w rozumieniu życia, muszą się zgodzić na smutek, łatwiej jednak dzisiaj być pesymistą. To on chce sobie zawłaszczyć przekonanie, że głębiej zawędrował w rozumieniu zepsutego świata i upadłego człowieka. Dlatego pesymizm gładko wchodzi do głowy. Bez wyszukanych argumentów czy próby walk o ostatniego sprawiedliwego. Ot tak, świat jest zły i nie powinien istnieć. I nawet niespecjalnie musi się ten pesymizm rozpychać i zachęcać. Bo chętnie otworzą mu drzwi, także świątyń ze śpiewem: „To prawda, Panie, żeśmy zgrzeszyli, żeśmy Ci wiele zadali ran. Żeśmy na litość nie zasłużyli. (…) Tyś niezgłębioną przepaścią łask. A naszą nędzę tak dobrze znasz, my bardzo biedni, o Panie nasz!” (Z tej biednej ziemi).

z bandażem na mecie

Co ma dzisiaj począć ten popękany, rozdarty – a jednak mimo wszystko dziwnie ambitny – człowiek? Ja? Może niech się nie boi! Niech nie siedzi w domu! Tylko wyjdzie na spotkanie. Prawda, w spotkaniu więcej się ryzykuje. Siedząc samotnie w domu, mogę bowiem uniknąć wielu ciosów, ale i wielu niepotrzebnych sam nie zadać. Nie ryzykując jednak spotkania, nie doznam także przebaczenia i sam go nikomu nie zaoferuję. A już na pewno nie usłyszę w samotności, że wcale nie wszystko trzeba zrobić. Zresztą i tak się nie da. Bo wystarczy… Przepraszam, dla wielu ponownie zabrzmi to banalnie. Wystarczy kochać. Robić to, co się kocha, i do tego dążyć. Nawet wtedy, kiedy ta miłość będzie bolała. Bo gdzie jest miłość, nawet bardzo kulawa i oszpecona, tam jest już jakoś Bóg. Również tam, gdzie się Go najmniej spodziewamy. Choćby w ludziach ze zupełnie innej bajki.

ks. Przemysław Bukowski SCJ

Autor: ks. Przemysław Bukowski SCJ

Pochodzę z Bełchatowa, choć nie wszystko się tam zaczęło. Na księdza wychowali mnie sercanie. Lubię myśleć, że potrafię myśleć. Dlatego od kilku lat, najpierw w niemieckim Freiburgu, a obecnie na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie, inspirowany głównie myślami Józefa Tischnera i tych, którzy jego inspirowali, uczę się bycia filozofem człowieka. Nic mnie bowiem tak nie kręci, jak pytania zadawane pytającym.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *