Szlachetna pomoc

Najbardziej znany jako twórca Szlachetnej Paczki, ale jest też założycielem Stowarzyszenia Wiosna i Akademii Przyszłości. Ksiądz Jacek Stryczek nie mieści się w utartych schematach, odważny, czasem wręcz buntowniczy. Rozkręcił projekt pomagania potrzebującym na wielką skalę, ale pomagania sensownego i przemyślanego. Rozmawia kl. Dariusz Trzebuniak SCJ.

 

Skąd Ksiądz czerpie inspirację do życia, jakiś power, siłę do tego, żeby iść do świata pełny pozytywnej energii i zarażać nią innych?

To jest proste – ja obcuję ze swoją duszą. Charakterystycznym przejawem działania duszy jest to, że pojawia się we mnie pragnienie nieskończoności. Właściwie wszystko sprowadza się do takiego oddziaływania duszy, że inspiruje człowieka do tego, żeby żył „bardziej”. I na pytanie, skąd mam tyle chęci, odpowiadam, że mam kontakt z własną duszą. To dusza mnie wysyła do tego typu nieskończoności, do innego świata, do oddania życia.

Ksiądz ma 53 lata – patrząc na księdza, trudno w to uwierzyć. Jakie są Księdza sekrety utrzymania tak dobrej kondycji?

Nie istnieje możliwość praktykowania życia duchowego bez równoczesnego zaangażowania swojego ciała. Psychofizycznie jesteśmy całością i jeżeli w duchu jestem uduchowiony, to też moje ciało jest w dyscyplinie. Dlatego czymś naturalnym jest uprawianie sportu w sensie dyscyplinowania swojego ciała, jego sprawności. Jeśli nie uprawiam sportu, to choruję, a poza tym najlepsze pomysły wpadają mi do głowy właśnie wtedy, gdy jeżdżę na rowerze. Wydaje mi się, że w naturze bycia księdzem leży chęć oddania życia, ale żeby to było możliwe, trzeba być sprawnym. Tak jak św. Paweł w podróży misyjnej: gdy statek tonął, potrafił dopłynąć do brzegu. Musiał być sprawny fizycznie.

Jaki sport Ksiądz uprawia? Słyszeliśmy, że jeździ Ksiądz do pracy rowerem…

To prawda. W ogóle jestem związany z siatkówką, ale mam niestety liczne kontuzje, więc z dyscyplin, które mi jeszcze pozostały, to jazda na rowerze, pływanie i narty. Dodatkowo regularnie chodzę na siłownię i od pewnego czasu na kung-fu.

Uprawianie sportu jest związane z kontuzjami, stłuczeniami. W wymiarze duchowym człowiek również potyka się o codzienność. Jak radzić sobie w życiu z przeciwnościami?

Uważam, że życie jest brutalne i z pewnością napotkamy na swojej drodze wiele trudności. Przeświadczenie, że mogę znaleźć świat, w którym nic złego się ze mną nie wydarzy, to wielki fałsz. Nie ma więc pytania, jak sobie z tym radzę, bo mam świadomość, że tak jest i w takim świecie funkcjonuję. Dodatkowo mam skłonność chodzenia na skróty. Na przykład, gdy jeżdżę na rowerze, a ostatnio jeżdżę po górach, to wciągam ten rower na górę i zjeżdżam; w efekcie za każdym razem mam dużo ran, stłuczeń i strupów. Na dodatek nie wiem sam (mając 53 lata), jak to jest, że ciągle muszę wejść w jakąś dziurę! Mam to chyba w naturze.

Kiedyś wyraził Ksiądz przekonanie, że każdy może stać się kimś. Kim chciałby się Ksiądz jeszcze stać?

To, gdzie już doszedłem i tak przekracza moje wyobrażenie. Ja tego nie planowałem, to jakby zew Boży mnie kieruje, gdzieś tam, w nieskończoność. Obecnie zacząłem zwracać uwagę nie tyle na to, ile zrobię, ale raczej na to, kim jestem, jaki jest mój format. Tak samo jak ci ludzie, którzy tu ze mną pracują, którzy chcą dużo pracować. Staram się, żeby pracowali mniej, ale lepiej, i żeby przy tym stawali się „kimś”. „Format człowieka” to coś bardzo mierzalnego. Miarą wielkości człowieka jest największe wyzwanie, którego się podjął i wygrał. Jeżeli ja wchodzę na górę, to góra się nie zmienia, ale ja się zmieniam.

Jak sobie radzić z opinią innych na nasz temat? Zapewne są i głosy przeciwne temu, co Ksiądz robi.

Jeżeli coś robię, to wszystko mierzę, sprawdzam, a informacja zwrotna pozwala mi robić to lepiej. Jeśli po kursie przedmałżeńskim rozdaję ankiety, to jest to normalne, ale jeśli po Mszy Świętej w niedzielę, na której głoszę kazania, proszę ludzi, żeby odpowiadali na pytania, jak oceniają tę Mszę czy moje kazania, to już może dziwić. Z drugiej strony, jeżeli ktoś ma ochotę wyrazić inne zdanie od mojego, to ja to przyjmuję, ale nie muszę się tym kierować. Trzeba mieć poczucie własnej wartości i wartości tego, co się robi.

Ksiądz nie pozostaje obojętny na środki masowego przekazu…

Miłość do mediów zrodziła się u mnie dawno temu i jest oparta na solidnych podstawach. Przede wszystkim, czymże jest Dobra Nowina, jeśli nie pozytywną komunikacją? Uważam, że dla każdego chrześcijanina wszystkie aspekty komunikacyjne, w tym media, powinny być pasją – przede wszystkim księża powinni się na tym znać. To jest głoszenie Dobrej Nowiny.

Z kolei gdy zostałem duszpasterzem akademickim u św. Anny, w Centralnym Ośrodku Akademickim, zastanawiałem się, co zrobić, aby ściągnąć do kościoła młodych ludzi. Dlatego zająłem się mediami. Odkryłem, że w reklamie jest więcej prawdy o człowieku niż w niejednym kazaniu. Przez studiowanie reklamy zacząłem poznawać człowieka. W praktyce czuję się teraz człowiekiem mediów, znam się na nich całkiem nieźle.

Angażuje się Ksiądz w wiele obszarów, nie ma czasu na nudę. Niektórzy jednak narzekają, że mają tego czasu za dużo…

Tu właśnie jest potrzebny ten kontakt z duszą, z tą wewnętrzną siłą, która chce, żebyśmy osiągnęli coś niezwykłego. To jest tak, jak z naszymi dziećmi w Akademii Przyszłości: często są zdołowane, nie wiedzą same, czego chcą, ale przy kontakcie z naszymi wolontariuszami ulegają transformacji. Siłą nie jest to, co im oferujemy, ale siłą staje się to, co my w tych dzieciach odkrywamy – ich wewnętrzną siłę. My mamy w nich tę siłę tylko obudzić, a one sobie już później same poradzą w życiu.

Po co są marzenia? Czy po to, by je spełniać?

Marzenia się rodzą ze środka człowieka i potem są konfrontowane z przeciwnościami losu. Są ludzie, którzy ciągle sobie wyobrażają, jak mogłoby być dobrze, ale nigdy nie realizują swoich marzeń, nic nie osiągają, bo świat zewnętrzny im mówi, że to jest za trudne. Fakt, że Szlachetna Paczka dzisiaj działa na tak szeroką skalę jest normalny, ale przed laty wszystko pokazywało, że jest to niemożliwe. Tak samo wymyśliłem sobie, że będę duszpasterzem ludzi biznesu i do tego celu główną metodą były happeningi, z których dwudziestosekundowa migawka pokazywała się w „Teleekspresie”. Było to jednak na tyle silne oddziaływanie, że ludzie biznesu, którzy mają przecież mało czasu, już byli zainspirowani do jakiejś zmiany. Wymarzyłem sobie to i to marzenie się spełniło, chociaż było nieprawdopodobne, że zauważy mnie jeden człowiek, media, cały kraj, gdzie wszystko wydawało się ustawione, zablokowane.

Kiedy ma Ksiądz w tym wszystkim święty spokój? Czy jest w ogóle taki czas – również na milczenie?

Raczej więcej czasu spędzam w samotności i na pewno się nie poczuwam do tego, że jestem działaczem. Choć potrafię i dużo pracować. Niedawno mieliśmy taki tour od dziewiątej rano do jedenastej w nocy: non-stop spotkania, które prowadziłem, którymi zarządzałem, jakieś prelekcje, odczyty; niektórzy byli już zmęczeni, a ja potrafiłem jeszcze wytrwać. Jestem w stanie długo pracować – ale to nie jest moją ambicją. Natomiast milczenie bardzo sobie cenię. Przede wszystkim, żeby ze mną pracować, trzeba umieć słuchać. Sam przebywam często ze sobą w ciszy, w milczeniu. Nie lubię gadatliwości.

A pomaganie innym, to dla Księdza frajda?

Zgodnie z tym, co Jezus powiedział, że „więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu”, to faktycznie uważam, i sam tego doświadczam, że jeżeli potrafimy pomóc komuś bezinteresownie, to z natury uwalnia się w nas takie doznanie szczęścia. I to jest dla mnie jedna kategoria pomocy. Ale drugą kategorią jest to, że kiedy już komuś pomogę, to ten człowiek staje się fajniejszy. I ja mam wtedy fajniejszych znajomych. Dzięki nim świat, w którym żyję, również staje się fajniejszy. Ja w ogóle lubię świat pozytywnych ludzi. Uwielbiam osoby, którzy podejmują wyzwania i są otwarte, chcą przyjmować nowy rodzaj informacji; ludzi, z którymi można zrobić w związku z tym nowe, wspaniałe rzeczy.

Ma Ksiądz jakieś wzory, osoby, które Księdza pasjonują i które Księdza zarażają? Może nam je Ksiądz zdradzić?

Planowałem być dobrym kaznodzieją, więc wybrałem sobie dwa autorytety: ks. Tischnera i ks. Stańka. Bardzo dokładnie studiowałem to, co piszą i to, jak mówią. Jestem w stanie w dużej mierze odtworzyć ich metody, robić to tak jak oni. Natomiast w wielu obszarach poszedłem już swoją drogą, w nieznane. Nie ma przewodników w tym obszarze, w którym ja jestem. Jeżeli podejmę dobre decyzje, to będą dobre owoce.

W jaki sposób zachęciłby Ksiądz czytelników „Czasu Serca” do wzięcia udziału w Szlachetnej Paczce?

Skąd się w ogóle wzięło słowo „szlachetny”? Wyobraźmy sobie, że człowiek tonie i ludzie stoją na brzegu. Jedni mówią: „Popatrz, on tonie!”, inni z kolei krzyczą: „Przypłyń do brzegu!”. Dla mnie pomoc polega na tym, że ktoś skacze, by tę osobę uratować. I to jest dla mnie szlachetność. Czyli człowiek wchodzi w świat tego biednego człowieka i bierze jego ciężar na siebie. Najpierw liczy się ten człowiek, którego ratujemy i to my skaczemy do świata tego człowieka. I to jest Szlachetna Paczka. My jesteśmy z tymi ludźmi, którzy są w biedzie.

Dziękuję za rozmowę.

Autor: kl. Dariusz Trzebuniak SCJ

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *