Sieroty w rodzinie

Emigracja zarobkowa na trwałe odmienia człowieka. Już nic nie będzie takie jak dawnej, bo potencjalnie wspólny czas zdążył przelecieć przez palce.

„Co najbardziej zabolało? Prośba córki, by to babcia, a nie ja, usiadła przy niej na weselu. I jej słowa: «To babci, a nie tobie wszystko zawdzięczam»”. Z oczu Joli płyną łzy jak grochy. Gdy wyjeżdżała do Włoch, córka miała cztery latka, a syn sześć. Gdy wróciła, oboje byli już po studiach. Dobrych studiach, bo na to szły m.in. przesyłane przez nią pieniądze. Najpierw liry (przelicznik był wtedy bajeczny i standard życia znacząco podskoczył), a potem euro. Wyjechała, bo na wsi nie szło się utrzymać z niewielkiego gospodarstwa. Decyzję podjęli wspólnie z mężem. Wybudowała piękny dom, doskonale go urządziła. Nawet ogrodzenie świadczyło o tym, że dobrze im się powodzi. Przez te lata przyjeżdżała do domu trzy razy do roku – po tydzień na święta i miesiąc na wakacje. Dzieci wychowywała jej mama. To jej opowiadały o swych sukcesach i porażkach, czy wtulały się w jej ramiona wieczorem. „Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęły patrzeć na mnie, jak na maszynkę do robienia pieniędzy. Początkowo cieszyłam się, kiedy mówiły przez telefon: «Mamo, przyślij nam…» i w tym miejscu następowała lista mniejszych oraz większych zachcianek. Gdy zrozumiałam, że nie ma między nami żadnej więzi poza pieniędzmi, było zbyt późno, by ją odbudować” – wyznaje. Podobnie było z mężem – oboje stali się sobie obcy. „Próbuję nadrobić stracone lata, ale nie jest to łatwe. Naszą relację budujemy praktycznie od zera” – podkreśla. „Nie chcę oceniać decyzji mojej mamy, bo wiem, że był to dla niej trudny wybór i także ona za tę decyzję zapłaciła. Moje dzieciństwo było jednak jednym wielkim czekaniem na to, kiedy znów przyjedzie. Zazdrościłem tym kolegom, których mamy były na miejscu” – mówi jej syn. I dodaje: „Czuliśmy się z siostrą opuszczeni. Tylko babcia i tata sprawili, że pieniądze nie uderzyły nam do głowy i w sumie wyrośliśmy na porządnych ludzi. Tych lat samotności bez matki nikt nam jednak nie wróci. Gdy się pobierałem, obiecaliśmy sobie z żoną, że jeśli kiedykolwiek wyjedziemy do pracy za granicę, to tylko całą rodziną”.

stracone lata

Rozwój nowoczesnych technologii komunikowania i tanich linii lotniczych oraz otwarcie granic wraz z wejściem Polski do UE sprawiły, że dystans między osobą, która wyjechała za chlebem, a jej rodziną znacznie się zmniejszył, a i wzajemne odwiedziny stały się bardziej możliwe. To nie zastępuje jednak codziennej obecności i tworzonych wówczas relacji. W każdej polskiej szkole mamy obecnie eurosieroty. Rodziny, w których się wychowują, w wyniku podjęcia przez jednego z rodziców pracy zarobkowej za granicą, cierpią z powodu rozłąki. Socjologowie szacują, że ponad 5 proc. małżeństw w Polsce żyje na odległość. Raport „Dziecko, rodzina i szkoła wobec migracji rodzicielskich: 10 lat po akcesji do Unii Europejskiej” informuje, że jedna piąta wszystkich polskich uczniów doświadczyła rozłąki z przynajmniej jednym z rodziców. Badanie wykazało, że siedem na dziesięć migracji rodzicielskich to wyjazd samego ojca, 14,8 proc. to migracja matki, 17,2 proc. wyjazd obydwojga rodziców, w dwóch trzecich przypadków o charakterze naprzemiennym. Zmienia się tendencja – wieloletnie wyjazdy za chlebem zastępują wyjazdy krótkotrwałe. Na rozłąkę przekraczającą jeden rok kalendarzowy decyduje się obecnie co dziesiąta migrująca matka i co piąty ojciec. Naukowcy apelują, by nie używać określenia „eurosieroty”, ponieważ ma ono negatywne, stygmatyzujące konotacje. „Pierwszy raz ten termin usłyszałam w telewizji i nagle zdałam sobie sprawę, że mowa jest także o mnie. Byłam przerażona” – mówi siedemnastoletnia Kasia. Jej mama wyjechała pięć lat temu do Anglii. Pieniądze przysyła regularnie, jednak coraz rzadziej pojawia się w domu. W nowym miejscu stworzyła sobie nowe życie. Tym bardziej, że ojciec Kasi nie wytrzymał rozłąki i odszedł z inną kobietą, która zapewniła mu ciepły dom. „Babcia, która się mną opiekuje, cały czas mi powtarza, bym pamiętała, że pieniądze to nie wszystko” – wyznaje nastolatka. W jej klasie w podobnej sytuacji jest kilka koleżanek. „Tylko w ich gronie mogę powiedzieć o tym, co naprawdę czuję i przyznać się, jak wielką cenę płacę za nieobecność mamy. To, że posiadam najnowszy laptop czy wypasiony smartfon, to nie wszystko” – przyznaje. Małżonkowie, decydując się na czasową rozłąkę, tłumaczą to dobrem rodziny. Czy ich życie jest na pewno lepsze? Sieroty w rodzinie z przypadków sporadycznych stały się zjawiskiem społecznym. Dzieci dorastające bez ojca, a coraz częściej i bez matki, doświadczają często osłabienia norm. Rozłączona rodzina słabiej kontroluje patologiczne zachowania dzieci. Mają one wtedy subiektywne poczucie osamotnienia i płacą za to wysoką cenę. „To, że rodzic wyjechał, nie musi automatycznie nieść dla dziecka traumatycznych konsekwencji. Jeśli więź między rodzicami była przed wyjazdem silna, relacja z dzieckiem prawidłowa, sposób przygotowania do rozłąki właściwy, a rodzic jest w stanie odpowiednio utrzymać kontakt z dzieckiem, to okresowe rozstania są trudne, ale nie traumatyczne. Inaczej się czeka na powrót rodzica w przekonaniu, że mnie kocha i tak samo tęskni, jak ja za nim, a inaczej, gdy się myśli, że o nas zapomniał” – zauważa psycholog dr Justyna Korzeniewska.

z psem zamiast ojca na kanapie

Trzydzieści lat temu pokazano film. Nastolatek z psem na kanapie. Tata w Anglii. Kupił synowi owczarka, by miał się do kogo przytulić. Na zjawiska wyniszczające współczesne rodziny często wskazuje papież Franciszek. Mówi wręcz, że „poczucie osierocenia przeżywane przez wielu młodych jest znacznie głębsze, niż to sobie wyobrażamy. Są oni sierotami, ale w rodzinie, bo ojcowie są często w domu nieobecni, nawet fizycznie, ale nade wszystko dlatego, że kiedy są obecni, nie zachowują się jak ojcowie, nie podejmują dialogu z dziećmi, nie wypełniają swojego zadania edukacyjnego, nie dają dzieciom swoim przykładem wspartym słowami tych zasad, tych wartości, tych reguł życia, których potrzebują oni jak chleba”. Już w latach 90. Henri Nouwen pisał o pokoleniu bez rodziców. Jego analiza nie straciła na aktualności: „Kiedy upada autorytet dorosłych, młodzi stają się coraz bardziej niewolnikami siebie. Kiedy znika kontrola dorosłych, nasila się wzajemna kontrola młodych. Zamiast ojca normę tworzą rówieśnicy. Jeśli młodzież nie dąży do tego, by być dorosła, zająć miejsce ojców, i jeśli główną motywacją do zachowań jest konformizm względem rówieśników, to możemy stać się świadkami śmierci kultury zorientowanej ku przyszłości albo – używając języka teologii – końca eschatologii”.

Beata Zajączkowska

Autor: Beata Zajączkowska

Dziennikarka Radia Watykańskiego, publicystka Gościa Niedzielnego. Współpracująca z portalami Wiara.pl i Stacja7.pl oraz Misyjnymi Drogami i Pastores. Pracując w sercu chrześcijaństwa u boku już trzeciego papieża fascynuje się odkrywaniem bogatej mozaiki Kościoła powszechnego. Zakochana po uszy w Afryce, gdzie kiedy tylko może ucieka. Czarny Ląd to dla niej bijące serce Kościoła, a przede wszystkim ląd gdzie ludzie relacje mają jeszcze znaczenie. Teren gdzie mimo nędzy, wojen i prześladowań można się uczyć radości życia i mocy wiary.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *