Samotność płynie po polskiej krainie

Samotność jest jak deszcz.

Z morza powstaje, aby spotkać zmierzch;

z równin niezmiernie szerokich, dalekich,

w rozległe niebo nieustannie wrasta.

Dopiero z nieba opada na miasta.

Mży nieuchwytnie w godzinach przedświtu,

kiedy ulice biegną witać ranek,

i kiedy ciała, nie znalazłszy nic,

od siebie odsuwają się rozczarowane;

i kiedy ludzie, co się nienawidzą,

spać muszą razem – bardziej jeszcze sami:

samotność płynie całymi rzekami.

Samotność

Rainer Maria Rilke

(tłum. Janina Brzostowska)

potop

Deszczu spadło już dosyć. Czas zauważyć, że dłużej tak nie pociągniemy. A nawet jeśli, tony przelanej bratniej goryczy powinny dać do myślenia. Czy naprawdę o to chodziło? Poza tym arka odpływa, to znaczy z dnia na dzień coraz mniej można ją uchwycić wzrokiem na nadwiślańskim horyzoncie, a przy tym jej ocaleni pasażerowie spoglądają wstecz coraz rzadziej i z coraz większym politowaniem. Kto właściwie się na nią załapał? Ci, którzy nie ignorowali intensywnie kłębiących się chmur nad polskim niebem i nie wyśmiewali ludzi przewidujących dni pełne trwogi. To zatem ci, którzy nie ulegli pokusie bycia depozytariuszami woli bogów. W gruncie rzeczy są oni nieliczni, w mniejszości. Tak jak wówczas, za dni Noego. Zarówno wtedy, jak i dzisiaj widać całą większość ochoczo taplających się w błocie i przekonujących siebie oraz innych, że padało od zawsze. Że taki już mamy klimat. I że to nie nasza wina, że władza, to znaczy również racja jest po naszej stronie. Ale nie chodzi wcale o to, by wskazywać winnych albo uświadamiać im winy. Co da takie rozliczenie? Lepiej powróćmy do początku. W nim ludzie wypracowali standardy, które miały im pomóc organizować życie publiczne, to znaczy to, co nazwali res publica. Chodziło o to, by możliwie nikogo nie wykluczać, a własną siłę demos kratos objawiać przede wszystkim w trosce o najbardziej wykluczanych. Czy to w Polsce przetrwało? Trudno o jednoznaczną odpowiedź. Krzyk najmniejszych powraca co prawda okresowo na miejskie rynki, jednak głośniejszy od niego jest jakiś nowy ekskluzywizm, który wyrasta w miejscu jeszcze nie tak dawnego egalitaryzmu. Jego atrybutem jest podobno dumne obnoszenie się własną polską swojskością i niezależnością od wszystkich wokół. Umiejętnie kreuje on też modę na wzniosłe słowa, co w uszach innych, tak zwanych zdrajców ojczyzny, jest więcej niż żenujące. Tak czy siak podział stał się bardziej niż wyraźny. Trzeba tylko przy tym pamiętać, że wykluczanie nie zawsze odbywa się według wzniosłych standardów. Łatwo się bowiem pomylić, kiedy w biegu próbuje się zrobić „wszystkim” dobrze. Trochę jak w Ewangelii. Żeby tylko zdążyć przed żniwami! Ale w ten sposób można przez niezrozumienie z kąkolem wyciąć również jeszcze niezbyt ekstrawagancko kiełkującą pszenicę.

Hiob i jego nieprzyjaciele

Co ciekawe, po obu stronach podziału panują absolutnie zbieżne przekonania o słuszności własnych argumentów i nonsensie przemyśleń tych drugich. Nikt nie chce ustąpić i nikt już nie chce rozmawiać. Każdy ma przecież własną rację i stojących za jej słusznością specjalistów. To prawda, zawsze się kogoś skrzywdzi. Idąc radykalnie w prawo, zignoruje tych po lewej stronie, zaś wybierając lewo, rozpali do czerwoności tych z prawego łoża. Krzywda jest zatem nieunikniona. Problem, że coraz bardziej ochoczo zadawana z premedytacją, a przy tym z wypiętą piersią parodiująca chrześcijaństwo, okraszając własne tezy bardzo wątpliwą zgodnością z tak zwanymi chrześcijańskimi wartościami. Krzywda zadawana innym ma ponadto to do siebie, że wraca po jakimś czasie do adresata i wyrządza w nim jeszcze głębsze spustoszenie niż to, które ten projektował na innych. Kamienie rzucane zawsze powracają. Taki już los owych, którzy nie potrafią żyć bez żądzy krwi, a każdy głos przeciwny traktują jako paliwo armatnie i potwierdzenie słuszności własnych tez. W tym wzajemnym sponiewieraniu trudno oczywiście o budowę czegoś dobrego, to ma bowiem zawsze wymiar wspólnotowy. Poza tym na sponiewieranie najłatwiej odpowiedzieć innym sponiewieraniem. Chodzi przecież o to, żeby wyrównać winy. Wy nam tak w ostatnich latach, to teraz nie dziwcie się odwetowi. W niemal każdą dumną z własnej tożsamości grupę wkrada się osobliwe przekonanie, że wystarczy być razem, żeby być wspólnie. Tragicznie zmarły aktor Robin Williams też tak kiedyś uważał. Dopiero później wyznał: „Myślałem, że najgorsze w życiu, to być samotnym. Tak nie jest. Najgorsze w życiu, to być z ludźmi, którzy sprawiają, że czujesz się samotny”. Pierwszy odruch osieroconego to szukanie winowajców. Są oni właściwie wszędzie, bo nie pomogli, nie zareagowali, odpowiednio nie uczcili. Krzywdziciele są zatem wokół, a skoro tak, trzeba się przed nimi zbroić i to jak najszybciej. Dlatego szkolą się coraz młodsi obrońcy granic. Bawią się oni w póki co niewinną wojnę, bo na szczęście, i nieszczęście zarazem, nie pamiętają, co przyniosła chociaż jedna z tych prawdziwych.

wyrok Salomona

Polskę toczy wielka zbiorowa samotność. Jest ona wielka wielkością wzajemnych agresji i odrzucenia drugiego punktu widzenia. Podobno w imię obrony oczywistej słuszności. Tylko czy tą ostatnią nie powinien być oby dialog i porozumienie ponad podziałami w sprawach zasadniczych? Co to jest dialog? To przede wszystkim umiejętność usłyszenia drugiego. Właśnie „usłyszenia”, a nie tylko słyszenia. Co to jest porozumienie? Ono wynika z dialogu, a polega na rozumieniu po obu stronach (po-rozumieniu), czyli wzajemności w dostrzeganiu racji drugiej strony nawet wówczas, gdy według mnie nie jest ona słuszna. I w końcu są sprawy zasadnicze. One dotyczą zasad, czyli ustalonych reguł, których nie wolno zmieniać w trakcie gry, nawet jeśli uda nam się do tego przekonać jakąś większość. Większość rzadko bywa elitą, dlatego łatwiej jej wpaść w błąd. To z pewnością jedna ze słabości demokracji. Poza słusznością i błędem znajduje się jednak coś, co jest absolutnie zasadnicze i czego trzeba się trzymać zarówno wtedy, kiedy ma się poczucie racji, jak i wówczas, kiedy się z tym poczuciem przegrywa. Tym „czymś” jest dobro. Ono jest zawsze solidarne, to znaczy ma otwarte oczy na inny punkt widzenia, nie taranuje odmiennych racji. Jest bowiem większe niż wszelkie racje. Jeśli nie może niektórych akceptować, to przynajmniej toleruje, czyli pozwala im żyć obok siebie.

Podobnie jak wizji Polski i polskości jest tak wiele jak Polaków, również grzechów polskich jest bezliku. Można się ich wstydzić, próbować je wyznać lub zrzucać odpowiedzialność na wszystkich obcych z zewnątrz. Podczas gdy pierwsze dwie postawy oznaczają jakąś próbę zmierzenia się z własną ułomnością, ostatnia stanowi odwagę tchórza. To resentymentalny paradoks, ale jakże kojący potrzebę „sprawiedliwości”. Tak dumnie bowiem przekonany, że „w rozległe niebo nieustannie wrasta”, nie widzi, że od razu obnażone, nagie „z nieba opada na miasta”. A wtedy ludzie, co się nienawidzą, wzajemnie rozczarowani, choć „spać muszą razem”, w jednym polskim domu, są „bardziej jeszcze sami”.

confessiones

Polska potrzebuje dzisiaj spowiedzi. Żeby do niej jednak doszło, niezbędne jest nawrócenie, czyli uznanie win i postanowienie poprawy. Jedno i drugie oznacza próbę spojrzenia na siebie z perspektywy tego, kogo się skrzywdziło. I co ważne, musi do tego dojść po obu stronach. Stosunkowo łatwo oceniać innych z własnej perspektywy. Zdecydowanie trudniej spojrzeć na siebie oczami drugiego. Bez tego nie ma jednak autentycznego nawrócenia. Uznać winę to jest zapewne jakaś słabość, ale w tej słabości jest ogromna siła polegająca na ocaleniu tego, co niezniszczalne. To, co niezniszczalne, nie jest jednak nieśmiertelne. Wyraźnie pokazuje to historia palestyńskiej Golgoty. Można to zatem zabić, ale się go nie unicestwi.

Jest w Biblii takie zdanie: „miłość zakrywa wiele grzechów” (1 P 4,8). Oznacza to, że tam, gdzie ludzie się kochają, ich wzajemne ułomności nie są tak istotne. One jakby przegrywają z siłą wyższą. Z kolei tam, gdzie panuje nienawiść, słabości urastają do rangi nieprzekraczalnych rubikonów. Wówczas właściwie tylko one się liczą. Nie ma jasnych stron, są tylko ciemne noce i przekonanie o słuszności „oko za oko”. Oczywiście Polska jeszcze nie zginęła i nie zginie, póki my żyjemy. W życiu nie chodzi jednak o samo życie, ale jego jakość i sens. Kiedy te ostatnie opływają bratnią krwią, chociaż bezkrwawo, życie staje się martwe. Nadal żyje, ale znienawidzone i rozczarowane, samotne, jakby już nie żyło.

I na koniec rzecz o miłości do własnej ojczyzny, czyli patriotyzmie. Bywa on często profanowany i poniewierany. Że wystarczy flagę wywiesić, wziąć udział w pochodzie, na baczność odśpiewać hymn czy być świadomym historycznych glorii. Tymczasem patriotyzm to codzienna walka ze sobą w imię dobra innych. To praca, która czyni lepszym jakiś mały kawałek polskiego świata. To takie odczytywanie historii, które niepotrzebnie nie rozdrapuje zabliźnionych ran, ale buduje przyszłość, w której każdy może mieć własny dom. I w końcu patriotyzm, jak sama nazwa wskazuje, to traktowanie tych obok, jakby byli częścią mojej własnej rodziny. W niej są różni ludzie, z różnymi preferencjami, wyobrażeniami, a jednak ponad tymi różnicami łączy ich coś, czego nie potrafią do końca nazwać. To jakaś więź, religio, metafizyczna podstawa. Chyba dlatego patrioci najmniej mówią o patriotyzmie. Podobnie jak zakochani nie deliberują o miłości. To wszystko cicho płynie w ich żyłach, kształtując jakość oraz sens ich życia.

ks. Przemysław Bukowski SCJ

Autor: ks. Przemysław Bukowski SCJ

Pochodzę z Bełchatowa, choć nie wszystko się tam zaczęło. Na księdza wychowali mnie sercanie. Lubię myśleć, że potrafię myśleć. Dlatego od kilku lat, najpierw w niemieckim Freiburgu, a obecnie na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie, inspirowany głównie myślami Józefa Tischnera i tych, którzy jego inspirowali, uczę się bycia filozofem człowieka. Nic mnie bowiem tak nie kręci, jak pytania zadawane pytającym.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *