Przepustka do lepszego życia

 

Adopcja serca to coś więcej niż opłacona szkoła i codzienna strawa. Rodzą się więzy. I choć nie są to więzy krwi, niejednokrotnie okazują się one bardzo mocne.

„Na łożu śmierci tato wezwał nas, dwóch synów, do siebie. Powiedział, że pieniądze, które są na jego koncie, mamy podzielić na trzy równe części, bo mamy przecież trzeciego brata w Indiach”. List opisujący to wydarzenie otrzymała odpowiedzialna za Sekretariat Misyjny Jeevodaya. Mężczyzna przez lata wspierał edukację chłopca pochodzącego z rodziny trędowatych. Choć nigdy go osobiście nie poznał, w sercu uznał za syna. W polskiej rodzinie pamiętano o nim w modlitwie, śledzono jego rozwój i postępy w nauce, a także wieści, które przychodziły o całej hinduskiej rodzinie. Polscy bracia uszanowali wolę ojca.

„Kiedy ponad ćwierć wieku temu inicjowałam adopcję serca na naszych afrykańskich misjach, nie spodziewałam się, że wyda ona tak wielkie owoce” – opowiada s. Maria. I wylicza: tysiące dzieci, które skończyły szkołę podstawową, średnią, zawodową, a niektóre nawet studia; maluchy, które zostały poddane drogiemu, specjalistycznemu leczeniu; wybudowane domy dla sierot, przedszkola i szkoły (inicjatywy oddolne podejmowane przez adopcyjnych rodziców, gdy zobaczyli, w jakich warunkach uczą się ich dzieci), a także codzienny posiłek dla najbardziej potrzebujących. Do tego niezliczona ilość przekazanych zabawek, piórników, tornistrów oraz… góry słodyczy. I najważniejsze: pamięć. „Kiedy jedna z naszych podopiecznych dostała pierwsze zdjęcie swej adopcyjnej mamy, chodziła z nim na okrągło przez kilka tygodni. Potem zawisło na honorowym miejscu w glinianej chacie i choć ta dziewczyna sama jest już matką, naruszona zębem czasu fotografia ciągle tam wisi” – opowiada misjonarka.

podróż życia i niezjedzony batonik

Postępujący rozwój technologiczny i komunikacyjny sprawiają, że w ostatnich latach znacząco zmienia się także forma kontaktu dzieci z ich adopcyjnymi rodzicami. Na początku na list z informacją o dziecku czekało się nawet rok. Teraz misjonarze korzystają z Internetu, portali społecznościowych i wzajemne kontakty stają się coraz częstsze. Coraz więcej rodziców wybiera się także w podróż życia i odwiedza swe dzieci w Ameryce, Afryce, Azji. W Rwandzie poznałam emerytowaną polską nauczycielkę, która odkładała na ten wyjazd kilka lat. „Kiedy po dwugodzinnej wspinaczce dotarłam do przykrytej bananowymi liśćmi chaty, zamieszkałej przez rodzeństwo, które wspieraliśmy z przyjaciółmi od lat, zrozumiałam, jak wielki sens ma nasze wyrzeczenie” – opowiadała ze ściśniętym gardłem pani Jolanta. Po powrocie stała się prawdziwą ambasadorką misyjnej adopcji w swym środowisku.

Kamil jest studentem medycyny. Swą adopcyjną siostrę Sarojini poznał osobiście dopiero w czasie wolontariatu w Indiach. „Moi rodzice adoptowali dziewczynkę z rodziny trędowatych. Uczyli mnie, że powinienem włączyć się – jak mówili – do opieki nad siostrą. Moja pierwsza pomoc misyjna polegała na cotygodniowym rezygnowaniu z batonika i oddawaniu części kieszonkowego. Na początku buntowałem się, nie chciałem się dzielić. Dzięki cierpliwemu tłumaczeniu rodziców zaczęło to do mnie przemawiać. Jednak naprawdę sens tej «ofiary» zrozumiałem, gdy po kilkunastu latach osobiście poznałem swą siostrę” – opowiada. I choć jak na mężczyznę przystało, próbuje ukryć wzruszenie, przychodzi mu to z trudem. Poznał też prawdziwe Indie, tak odległe od atrakcji proponowanych turystom w folderach biur podróży. Widok matki żyjącej na chodniku z trójką brudnych, wychudzonych i nagich dzieci oraz równie chudego psa był dla niego szokujący i zostawił głęboki ślad w umyśle. Spotkał ich, gdy szedł na pierwsze spotkanie z Sarojini. „Pamiętam moje zaskoczenie, gdy wszedłem do domu mojej siostry. Praktycznie tworzyła go maleńka izba. Żadnych okien, dwa łóżka, na których spały cztery osoby (wcześniej było ich sześć), stare walizki na «półkach», w których trzymane były rzeczy, mały telewizorek, naczynia, wiatrak na suficie i… koniec. Brakowało bieżącej wody, nie mówiąc już o kuchni, toalecie, choćby minimum prywatności. Ale mimo tej ciasnoty i biedy miałem poczucie, że… jestem w domu. Moim domu. Że mam swoje zaciszne i przytulne miejsce w tych dalekich Indiach. Poczułem się bezpiecznie” – wspomina Kamil. Wtedy też zrozumiał, że ta rezygnacja z batonika sprawiła, iż jego siostra jest jedną z nielicznych w jej środowisku, która nie tylko umie czytać i pisać, ale także zdobyła dyplom.

wymagające serce

Nie chcę idealizować adopcji serca, ale bez wątpienia może ona tworzyć trwałe więzy. Dzieje się tak również dzięki misjonarzom, którzy potrafią zmobilizować dzieci do pamięci i wdzięczności. Uczą też odpowiedzialności. W wielu zakątkach globu wciąż bardziej oczywiste jest to, że coś mi się należy, niż to, że powinienem być wdzięczny za otrzymane dobro. Każde. I działa to w dwie strony. Muszę przyznać, że gdy przed ciężką operacją mojej mamy dostałam informację, iż moje adopcyjne dzieci codziennie się za nią modlą i zmobilizowały do tego swych przyjaciół, byłam niesamowicie wzruszona. Podobnie było, gdy z dziećmi z Polski remontowaliśmy za grosze szkołę w Rwandzie. Wówczas maluchy codziennie przychodziły do kościoła na różaniec w intencji swych polskich rówieśników. Moje doświadczenie adopcyjnej mamy jest jeszcze jedno. Od tych dzieci trzeba tak samo wymagać i tak samo pomagać im realizować ich marzenia, jak robimy to wobec naszych dzieci w Europie. Co więcej, te dzieci musimy uczyć, że można mieć marzenia. Kiedy spytamy polskiego sześciolatka, kim chciałby zostać, gdy dorośnie, usłyszymy cały wachlarz pragnień, a w Afryce często odpowiedzią jest jedynie cisza i zdziwione spojrzenie mówiące: Czego ona ode mnie chce?

Pamiętam spotkanie z pracującym w Botswanie o. Markiem Marciniakiem. Na terenie, gdzie AIDS zbiera najbardziej śmiertelne żniwo w całej Afryce, prowadzi on szkołę finansowaną przez adopcyjnych rodziców z Niemiec. Za płotem szaro, brudno, a na przykościelnym terenie barwnie i radośnie. Dwa zupełnie inne światy. „Te dzieci żyją w jednym z najpiękniejszych zakątków globu, a nawet o tym nie wiedzą. Wiele z nich nie wysunęło nigdy nosa poza miasteczko, w którym mieszka, i nie wie, że tuż obok znajduje się jeden z najpiękniejszych parków Afryki, do którego przyjeżdżają turyści z całego świata, płacąc grube pieniądze” – opowiada polski werbista. Dlatego by obudzić dziecięcy świat i rozbudzić marzenia, organizuje wyprawy do kina. Zabiera też dzieciaki na wycieczki, by zobaczyły żyjące na wolności słonie, z których słynie Botswana. O wspólnym czytaniu książek i tworzeniu zespołu muzycznego już nie wspomnę.

W wielu zakątkach świata siłą adopcji serca jest właśnie to, że objęte nią dzieci zaczynają tworzyć środowisko. Spotykają się, wspólnie bawią, modlą, odrabiają lekcje itp. To jest nieoceniony skarb. Adopcja serca jest przepustką do szkolnej ławy, ale dobrze wykorzystana daje też szansę na lepsze życie.

Beata Zajączkowska

Autor: Beata Zajączkowska

Dziennikarka Radia Watykańskiego, publicystka Gościa Niedzielnego. Współpracująca z portalami Wiara.pl i Stacja7.pl oraz Misyjnymi Drogami i Pastores. Pracując w sercu chrześcijaństwa u boku już trzeciego papieża fascynuje się odkrywaniem bogatej mozaiki Kościoła powszechnego. Zakochana po uszy w Afryce, gdzie kiedy tylko może ucieka. Czarny Ląd to dla niej bijące serce Kościoła, a przede wszystkim ląd gdzie ludzie relacje mają jeszcze znaczenie. Teren gdzie mimo nędzy, wojen i prześladowań można się uczyć radości życia i mocy wiary.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *