Powinniśmy się cieszyć, że żyjemy w wolnej Polsce

Był w historii Polski taki czas, kiedy nawet małe dzieci narażały swoje życie, by walczyć za ojczyznę. Dziś od tych chwil mija już kilkadziesiąt lat, lecz wciąż w pamięci wielu osób żyją wydarzenia, które zabrały im beztroskie dzieciństwo i spokojną młodość. Jednym z nich jest Zdzisław Stangel, który jako nastolatek w czasie II wojny światowej walczył w Szarych Szeregach.

 

Wszystko zaczęło się dość prosto. Brat pana Zdzisława służył w Armii Krajowej i również jego chciał zainteresować taką służbą. Próbował nawet uczyć go posługiwania się pistoletem, kiedy nikogo nie było w domu. „Pamiętam, jak pewnego razu pokazywał mi broń w kuchni i kiedy chciał zademonstrować, jak ona działa, wymierzył w piec i wystrzelił. Okazało się, że w pistolecie został jeden nabój, ale na szczęście nikomu nic się nie stało” – wspomina pan Zdzisław.

 

życie za pocztówki

Wróćmy jednak do początku tej historii. Był marzec 1932 roku, kiedy Zdzisław Stangel pojawił się na świecie. Dzieciństwo spędził z rodzicami w Krakowie. Od marca 1943 do stycznia 1945 roku brał udział w przekazywaniu informacji o transportach kolejowych wojsk i wojskowego sprzętu niemieckiego, odjeżdżających ze stacji Kraków-Podgórze. Pozyskiwał je, sprzedając pocztówki z widokiem miasta i znaczki pocztowe jadącym na wschodni front niemieckim i włoskim żołnierzom. Wypełnione przez nich kartki zabierał, aby wysłać do ich rodzin. Zanim jednak kartki trafiały do skrzynek, łącznicy odczytywali z nich informacje o nastrojach panujących wśród żołnierzy, ich stanie psychicznym oraz świadomości sytuacji, w której się aktualnie znajdowali. Było to zadanie, które dla młodego chłopca mogło skończyć się utratą życia. „Raz jeden z oficerów, widząc, że zbieram te kartki, zażądał, żebym mu je dał. Zażartowałem, mówiąc że nic nie mam, a on wyciągnął pistolet i kazał mi je oddać. Nie miałem wyjścia – oddałem mu te listy. Może to drobna sprawa, ale mogła się dla mnie bardzo źle skończyć” – mówi pan Zdzisław.

„Zdzich” z drużyny „Zawiszy”

Wszystkie tak pozyskane informacje pan Zdzisław przekazywał mężczyźnie, który wówczas posługiwał się pseudonimem „Strzała”. Spotykali się raz w miesiącu w kościele na Dębnikach, gdzie wymieniali niezbędne informacje. To on przyjął od pana Zdzisława przyrzeczenie harcerskie, złożone właśnie w dębnickim kościele. Od tego momentu młody harcerz posługiwał się pseudonimem „Zdzich”. Na początku służył w drużynie „Zawiszy”, w której działali chłopcy w wieku od 11 do 14 lat. Sam miał wtedy niecałe 11. Z czasem ich grupa stała się częścią Szarych Szeregów, choć początkowo mogli w nich służyć tylko starsi chłopcy, którzy działali w Bojowych Szkołach czy w Grupach Szturmowych. W tym samym dębnickim kościele, co ze „Strzałą”, „Zdzich” co dwa tygodnie spotykał się z dziewczyną, która przekazywała mu tajne informacje oraz konspiracyjne ulotki. Po wojnie okazało się, że była nią Zofia Socha, członek Armii Krajowej. Część tego, co pan Zdzisław od niej dostawał, przekazywał łącznikowi – Leszkowi Chrząszczowi, pozostałą część zostawiał w bramach domów w Podgórzu, Zabłociu czy Zakrzówku. Pojedyncze ulotki zostawiał też na ulicach, co w tamtym czasie było bardzo niebezpieczne, ponieważ nigdy nie wiedziano, kogo spotka się na swojej drodze. „Musieliśmy się pilnować, żeby nas nikt nie przyłapał” – zaznacza „Zdzich”.

 

bryczką do Nowego Sącza

Miłość do ojczyzny, która pchnęła młodych ludzi do służby, była trudna i wymagała od nich wielu poświęceń. Dla młodzieży i dzieci była to bardzo wymagająca decyzja, ryzykowali przecież własne życie dla dobra kraju. „Pamiętam taką historię, związaną z grupą młodzieży działającą w Podgórzu. Był wśród nich jeden harcerz, który pod wpływem przesłuchań zdecydował się wydać służbom swoich kolegów. Jadąc samochodem z gestapowcem, wskazywał na konkretne osoby. W ten sposób aresztowano prawie 40 chłopców, których później torturowano w czasie przesłuchań. Wielu z nich oddało wtedy życie za Polskę” – opowiada Zdzisław Stangel. Sam niejeden raz niemal otarł się o śmierć. I choć historia z niemieckim oficerem zakończyła się dla „Zdzicha” szczęśliwie, zdarzyło się, że omal go nie aresztowano, podejrzewając, że ma żydowskie pochodzenie. Miało to miejsce w czasie jego podróży w okolice Nowego Sącza, gdzie ze stacji kolejowej miał go odebrać jego krewny. Gdy pociąg dotarł do celu, „Zdzich” widział już przez okno skromną bryczkę wuja. Kiedy się z nim witał, podszedł do nich mężczyzna i grożąc pistoletem, rozkazał, aby obaj pojechali z nim do oddalonego o ponad 20 km sądeckiego oddziału policji. Tam lekarz miał sprawdzić, czy mężczyźni nie byli obrzezani. „Ten człowiek, który nas tam zaciągnął, był bardzo niezadowolony, kiedy się okazało, że nie jestem Żydem, bo nic na nas wtedy nie zarobił” – opowiada mój rozmówca.

wilczy list i inne przeciwności

Choć czas niemieckiej okupacji minął, młodzieńcze wybory pana Zdzisława znacząco wpłynęły również na jego przyszłość. Problemy zaczęły się już w szkole średniej, gdzie przez pewien czas był prezesem Związku Młodzieży Polskiej. Za wrogi stosunek do niego i sabotowanie jego pracy został wyrzucony, a raport o tym wydarzeniu odczytano we wszystkich szkołach średnich. Przez swoją działalność w czasie wojny i po tzw. wyzwoleniu pan Zdzisław otrzymał wilczy list. To uniemożliwiło mu podjęcie studiów w Krakowie, mimo zaliczenia egzaminów wstępnych. Dopiero po wyjeździe z Krakowa do Szczecina w 1952 roku rozpoczął studia w Pomorskiej Akademii Medycznej, po ukończeniu której otrzymał tytuł lekarza medycyny. I choć znów mogłoby się wydawać, że od tego czasu wszystko powinno układać się już dobrze, okazało się, że los miał swój własny plan na życie Zdzisława Stangela. Kiedy wrócił do rodzinnego miasta, mężczyzna nie mógł znaleźć pracy. Wyjechał więc do Chorzowa, gdzie znalazł pracę w szpitalu miejskim. Równocześnie został zatrudniony w kopalni węgla, jako lekarz zakładowy. Po 2 latach powołano go do czynnej służby wojskowej, którą ukończył ze stopniem porucznika Wojska Polskiego. Kiedy po powrocie do Krakowa chciał się dalej kształcić, spotkał się ze sprzeciwem rektora tutejszej Akademii Medycznej. W wyniku wieloletnich starań, mimo kolejnych przeciwności, otrzymał stopień majora.

obowiązek wypływający z miłości

Dziś pan Zdzisław jest obecny na wszystkich państwowych uroczystościach i rocznicach. Jak podkreśla, patriotyzm jest dla niego nie tylko miłością do ojczyzny, ale również obowiązkiem, jaki z niej wypływa. „Na moim domu zawsze wisi chorągiew. To dla mnie bardzo ważny znak. Spotykałem się ze zdaniem kolegów, którzy przechodząc, dziwili się, że ten symbol jest tak wyeksponowany bez szczególnej okazji. Myślę jednak, że wszyscy powinniśmy się cieszyć, że żyjemy w wolej Polsce” – podsumowuje „Zdzich”.

 

 

Autor: Paulina Smoroń

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *