Polki w krainie Pigmejów

 „W wielu wypadkach mają nas albo pewną śmierć. To nie są górnolotne słowa, ale nasza codzienność” – mówi Elżbieta Wryk. Ta świecka misjonarka zarządza szpitalem w Republice Środkowoafrykańskiej. Działał nawet wtedy, gdy przez kraj przetaczała się krwawa rebelia. Chronili go wówczas pielęgniarze, mówiąc, że wolą umrzeć niż oddać SWÓJ szpital.

 

Ceglastoczerwona droga niknie w gąszczu. Obmyte deszczem liście drzew biją po oczach soczystą zielenią. Z daleka dostrzegam dzieci, które słysząc dźwięk zbliżającego się samochodu, momentalnie giną w buszu. To odruch podyktowany wojną. Rebelianci nie patrzyli kto staje się ich celem, gdy z pędzących samochodów ostrzeliwali przydrożne krzaki i domy. Po drodze mijamy wioski i pigmejskie osady, które na wiele miesięcy kompletnie opustoszały. Ludzie uciekli do buszu, licząc, że ten uchroni ich przed śmiercią. Rebelia przyniosła ze sobą ogromne cierpienie i straszliwy głód. Pokój powoli wraca. Warunki życia w tym południowym regionie kraju są jednak bardzo trudne. Powszechne niedożywienie, malaria, pasożyty i… czary wciąż zbierają swe śmiertelne żniwo. Przy jednej z osad zatrzymuje nas grupa pigmejskich kobiet, prosząc o podwiezienie. Gdy wchodzą na pakę terenowego samochodu, widzę z jakim trudem podnoszą plecione kosze wypełnione drewnem na opał i owocami palmy, z której później wycisną olej. Zaoszczędzamy im kilkunastu kilometrów marszu. Kruche Pigmejki bardzo ciężko pracują, dźwigając z lasu kilkudziesięciokilogramowe ciężary. Towarzyszą im dzieci niosące na plecach młodsze rodzeństwo. Wypłowiałe włosy świadczą o ich chronicznym niedożywieniu. „Gdyby nie było naszego szpitala, śmiertelność byłaby dużo wyższa” – słyszę od Eli, gdy dojeżdżamy do Bagandou. W miejscu, gdzie wznosi się szpital, ufundowany i wciąż utrzymywany przez diecezję tarnowską, wcześniej była dżungla. Polscy księża fidei donum, gdy otworzyli misję, od razu dostrzegli problem tutejszych mieszkańców, którzy w większości są Pigmejami. Nie mając środków na opłacenie państwowych szpitali, leczyli się ziołami i naparem z kory; w przypadku poważniejszych chorób byli jednak skazani na pewną śmierć. Tylko w ubiegłym roku do szpitala przyjęto ponad 3200 pacjentów, przeprowadzono 200 transfuzji i 50 operacji. Bez szpitala ci ludzie by umarli. 60 proc. pacjentów stanowią dzieci poniżej piątego roku życia. Przez 10 lat z pomocy skorzystało ponad 32 tys. ludzi.

 

ludzie lasu

Z Pigmejami po raz pierwszy spotkałam się przed laty w Rwandzie. Wówczas poznałam tylko jedną rodzinę, która stworzyła okresowe obozowisko na czas poszukiwania miodu. Pamiętam, że już wtedy uderzyła mnie nędza tych ludzi, dużo większa niż „normalna” bieda afrykańska. Teraz przechodzę wśród kilkuset maleńkich chat z liści. Kobiety, siedząc na ziemi, wyciskają ręcznie olej i ubijają liście manioku, przygotowując wieczorny posiłek, przeważnie jedyny w ciągu dnia. Jeśli się powie, że oni naprawdę niczego nie mają, nie będzie to przesada. Wysłużony garnek, pojemnik na wodę, drewniany moździerz do ubijania manioku – to cały ich dobytek, nie licząc zużytego do granic możliwości łachmanu na grzbiecie; maluchy często „ubrane” są tylko w różaniec. Wszędzie pełno jest dzieci, wśród których nadmuchiwane przez nas balony wzbudzają falę euforii. Mężczyzn prawie nie widać. Są w dżungli. Wrócą przed zmrokiem. Polują, łowią ryby, zbierają będące źródłem białka gąsienice i termity oraz dziki miód. Ten lud, który ma wciąż najprymitywniejszą jeśli chodzi o ludzkość gospodarkę zbieracko-łowiecką, powoli skazany jest na wyginięcie. W kraju, w którym instytucja państwa praktycznie nie istnieje, prowadzona jest na straszliwą skalę rabunkowa gospodarka. Z każdym rokiem giną całe połaci lasu, a tym samym teren na którym Pigmeje mogą żyć. Jeśli nie przystosują się do osiadłego trybu życia, do hodowli i rolnictwa, to wkrótce w lesie nie będą mieli czego szukać. Są naprawdę zagrożoną rasą. „Staramy się ich zatrzymać na danym terenie, nie tylko oferując opiekę medyczną, ale także podstawowe wykształcenie dla dzieci” – mówi Izabela Cywa, gdy stoimy przed pigmejską szkołą. Dach pleciony z liści bambusa, ściany z patyków i gliny. Mimo tych „luksusów” wioskowe dzieci wypychają z tej placówki pigmejskich uczniów, ponieważ klasy są tu mniej liczne, a nauczyciele uczą w miarę systematycznie, gdyż opłacani są przez misję. „Zatrzymanie pigmejskich dzieci w szkole jest bardzo trudne, rodzice wciąż nie widzą w wykształceniu jakiejś szansy na zmianę życia swoich dzieci” – dodaje misjonarka.

Izabela wróciła do Republiki Środkowoafrykańskiej już po raz trzeci. Po Eli, która w sumie oddała Afryce 14 lat, przejmie zarządzanie szpitalem. Była na misji m.in. w czasie rebelii. „Gdy myślę o tym czasie, słyszę odgłos ostrzonych maczet i widzę twarze zaślepionych nienawiścią nastolatków, którzy chcieli byśmy wydali im muzułmanów, którzy schronili się na misji” – wyznaje. Ela dodaje, że przed wojną myślała, by w tym kraju zostać na stałe. „Rebelia złamała mi jednak serce, zobaczyłam brutalne, nieprzewidywalne oblicze tych ludzi” – mówi. Bały się o swe życie i życie ludzi z którymi pracowały. Kiedy mówię, że zarówno na księży, którzy postanowili zostać na misji, jak i na nie patrzono często w Polsce jak na straceńców, Ela dodaje: „Nikt z nas nie jest kamikadze i każdy chce żyć. Patrząc jednak na sytuację, ocenialiśmy, że jeszcze się da, że jeszcze nie jest tak źle”. Gdy przeszła najgorsza rebelia, okazało się, że umacniali się nawzajem: gdy ludzie widzieli przychodzące do szpitala misjonarki, pocieszali się, że jeszcze nie jest tak źle, a je same wzmacniał na duchu widok potrzebujących ludzi. „W tym czasie często słyszałam: dziękuję, że z nami jeszcze jesteście, jak wy wyjedziecie, dla nas nie będzie już nadziei” – wspomina wyraźnie wzruszona Ela, o której personel szpitala mówi nie tylko „nasza mama” ale i „kobieta z żelaza”.

bogactwo ubogiego kraju

W Bagandou została, gdy jej serce zapłakało na widok niszczejącego szpitala. Placówka wzniesiona wysiłkiem wielu ludzi niszczała, ponieważ nie miał nią kto zarządzać. „Przyjechałam na dwa lata, zostałam siedem i wyjeżdżam ogromnie obdarowana” – mówi Ela. Za swój ogromny sukces uważa nie kolejne wzniesione szpitalne mury, ale to, że pracownicy mówią: „To jest NASZ szpital”. Gdy przyszła rebelia sami zorganizowali ochronę i non stop przez pięć miesięcy strzegli zarówno szpitala, jak i misji. „Nikt im tego nie kazał, nikt im za to nie płacił. Po tym, jak trzymali nocną straż, normalnie przychodzili do pracy. Pomogli nam też wynieść ze szpitala i ukryć po domach ogromny transport leków, który otrzymaliśmy tuż przed wojną – opowiada misjonarka. – To był ważny moment w ich rozwoju. Zrozumieli, że nie jest to szpital białych, ale ich. To ogromna radość, że z każdym rokiem mogłam im coraz bardziej zaufać i powierzać coraz większą odpowiedzialność”. Najbliższy państwowy szpital oddalony jest stąd o 60 km. Za każdą rzecz trzeba tam zapłacić: poczynając od plasterka i gazika, a na lekach kończąc. Tu Pigmeje płacą symboliczne 100 franków, co odpowiada 70 polskim groszom czy trzem bananom. Dają, jeśli mają i niezależnie od tego ile kosztuje ich leczenie. Personel po szkołach medycznych to felczer i położna oraz 15 pielęgniarzy, którzy swe kwalifikacje zdobywali przy łóżku chorego. „Leczą jednak lepiej niż wykwalifikowane kadry w stolicy” – mówi z dumą Ela. Ona sama skończyła misjologię. Dziś z farmacji mogłaby zagiąć wielu, a listę leków na najbardziej popularne choroby jest w stanie wymienić wyrwana nawet z głębokiego snu. Izabela, politolog, z drugim magisterium z zarządzania, wyznaje, że w czasie pierwszych pobytów, gdy odpowiadała za działanie apteki i rejestrację pacjentów, dla niej najtrudniejsze były spotkania ze śmiercią. „Musiałam się nauczyć odprowadzać ludzi na drugą stronę, najtrudniej jest, gdy są to małe dzieci” – wyznaje. Gdy jesteśmy w pigmejskiej wiosce przychodzi wieść o śmierci 5-letniej Maïvy. Jej mama zmarła na AIDS, a ojciec alkoholik ją głodził. „Taka właśnie jest Afryka, zbyt często nie zdążamy pomóc” – mówi Izabela z oczami pełnymi łez. To jedna z najtrudniejszych rzeczy do pojęcia dla misjonarzy: zrozumieć, dlaczego zawsze po pomoc przychodzą w ostatniej chwili, a często wręcz wtedy, gdy już jest zbyt późno. To także wyzwanie dla tzw. oświaty medycznej, skierowanej głównie do kobiet i matek.

szarlotka z mango

„Przeszkody bierze się albo górą, albo dołem, i idzie dalej. Misje to przede wszystkim czas kolejnych nowych doświadczeń: zawarte przyjaźnie, poznane języki, doświadczenie innego Kościoła i innego sposobu wyrażania wiary, a także zupełnie innej kultury. To także czas poznawania własnych ograniczeń i talentów, które pewno gdzie indziej by się nie rozwinęły, bo nie byłoby takiej potrzeby” – wylicza Ela. A Izabella wtóruje jej, że Afryka zmienia i nie ma takiej możliwości, by nie odcisnęła na nas swej pieczęci. Świecka misjonarka a pracowniczka jakiejś organizacji humanitarnej, nawet jeśli wykonywująca to samo zadanie zarządzania szpitalem, to jednak nie to samo. „Jedna z oenzetowskich organizacji zaproponowała mi pracę w Afryce za całkiem dobre pieniądze. Wybrałam jednak misje, bo kiedy wychodzę do ludzi z misyjnym krzyżykiem na piersi, wiem, co on oznacza i wiem komu służę” – mówi Izabela. Ich obraz posługi misyjnej nie jest ugrzeczniony i cukierkowaty. Mówią też o trudnościach, bo Afryka wyciąga na wierzch również nasze słabości i trudne strony charakteru. „Tu pewne procesy dojrzewania zachodzą szybciej. Nie ma miejsca na ucieczkę, na miganie się. Tu stajesz w prawdzie: przed sobą, innymi ludźmi i przed Bogiem. Każde wydarzenie i każdy dzień jest też weryfikującym pytaniem o to, czy wierzysz” – wyznaje Ela. Wspólne życie na misji to nie tylko wzajemne docieranie się, ale i umacnianie. „Codzienna Msza, wspólna modlitwa to motor, który pozwala mi z nową siłą na nowo zaczynać” – mówi Izabela.

Odpowiedzialny za misje w diecezji tarnowskiej ks. Krzysztof Czermak podkreśla nieoceniony wkład świeckich. „Priorytetem księży jest ewangelizacja, za którą wciąż tutaj nie możemy nadążyć, świeccy doskonale sprawdzają się na innych polach, choć i oni swym życiem przecież głoszą Chrystusa” – podkreśla. Jakby na dowód tych „innych talentów” na stół wjeżdża pachnąca szarlotka z mango. Jemy ją po wspólnych nieszporach w misyjnej kaplicy. Przypomina mi się papieskie orędzie na najbliższy Światowy Dzień Misyjny, które czytałam tuż przed wyjazdem do Afryki. Franciszek wzywa w nim osoby konsekrowane do otwarcia się na większą obecność świeckich na misjach, także na tych, którzy mogą temu zaangażowaniu poświęcić niewiele czasu. Bagandou jest tego najlepszym dowodem.

W Bagandou są gabinety dentystyczny i okulistyczny, które nie funkcjonują z powodu braku lekarzy. Potrzeba też laboranta diagnosty. Przydaliby się także lekarze innych specjalności, ze znajomością francuskiego, do dalszego formowania personelu. Zainteresowani mogą pisać na adres: szpital.bagandou@wp.pl. Szpital w dżungli czeka na każdego.

 

Beata Zajączkowska

Autor: Beata Zajączkowska

Dziennikarka Radia Watykańskiego, publicystka Gościa Niedzielnego. Współpracująca z portalami Wiara.pl i Stacja7.pl oraz Misyjnymi Drogami i Pastores. Pracując w sercu chrześcijaństwa u boku już trzeciego papieża fascynuje się odkrywaniem bogatej mozaiki Kościoła powszechnego. Zakochana po uszy w Afryce, gdzie kiedy tylko może ucieka. Czarny Ląd to dla niej bijące serce Kościoła, a przede wszystkim ląd gdzie ludzie relacje mają jeszcze znaczenie. Teren gdzie mimo nędzy, wojen i prześladowań można się uczyć radości życia i mocy wiary.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *