Polka u królowej, czyli o tym, jak może być na emigracji

Na obczyźnie żyje się zdecydowanie łatwiej ze świadomością, że otaczają nas życzliwi nam ludzie. Wówczas sami szerzej otwieramy przed nimi ramiona, a świat staje się nam bliższy. O tym, że można z nimi nie tylko pracować, ale angażować się na przykład w pomoc bezdomnym z Martą, która od dziesięciu lat mieszka w Wielkiej Brytanii, rozmawia Michał Tomaka.

Zacznijmy od tego, co skłoniło Cię do wyjazdu za granicę?

Na szczęście nie zmusiła mnie do tego sytuacja życiowa, tylko pociągnęły nowe możliwości. Traktowałam ten wyjazd jako ktoś, dla kogo będzie to duża szansa i przygoda, nie zaś przymus. Skończyłam studia i trzeba było iść dalej. Po obronie pracy magisterskiej zdecydowałam, że to dobry moment na wyjście poza moją bezpieczną strefę, otwarcie się na coś nowego, bardziej szalonego. Wybór padł ostatecznie na Londyn, który wydawał się idealny do zdobycia ciekawego doświadczenia w moim zawodzie.

Czy to była trudna decyzja?

Sądzę, że nigdy nie jest to sprawa łatwa, jeśli postanawiamy wyjechać z kraju na dłużej. Jeszcze na początku studiów nie wyobrażałam sobie dłuższego pobytu za granicą. Co prawda kocham podróżować, byłam na wymianach studenckich, jestem bardzo ciekawa świata i mnóstwo zwiedzam, z drugiej strony jednak zawsze byłam mocno związana z rodziną i przyjaciółmi. Z pewnością tę decyzję ułatwiła mi myśl, że można przecież wrócić w każdej chwili, a szkoda zamykać się na świat.

Miałaś jakieś konkretne oczekiwania, założenia, obawy?

Właściwie byłam bardzo otwarta i gotowa na nowości. Powiedziałabym zatem raczej o ekscytacji, nie obawach. Z racji celu wyjazdu liczyłam oczywiście na ciekawą pracę. Chciałam również poznać jak najwięcej ludzi z różnych kręgów kulturowych. Obawiałam się jedynie tego, czy poradzę sobie z tęsknotą.

Czy wyjazd spełnił Twoje nadzieje?

Myślę, że wiedziałam, czego mam się spodziewać. Dla osoby znającej języki, przebywającej często za granicą nie jest trudno się otworzyć i przestawić. Ludzie są tutaj nieco inni, ale nie powiedziałabym, że całkiem obcy, w końcu to nie drugi koniec świata. Zaskoczeń dotyczących codzienności było zatem niewiele, a jeśli już się zdarzały, to były raczej pozytywne. Zdziwiłam się serdecznością i otwartością ludzi, których tam spotkałam: Anglików, innych Polaków, ale też całej reszty. Londyn to w końcu centrum różnorodności kultur.

Otworzyłaś się na świat, a on otworzył się przed Tobą…

Na emigracji stał się on dla mnie jakoś mniejszy. Odległość nie wydaje się już tak duża, jak na początku, a czas płynie szybko. W pewnej chwili odkrywamy również, że tak naprawdę niezależnie od miejsca wychowania i otaczającej nas kultury, gdzieś w głębi wszyscy jesteśmy podobni, prawie jednakowo uczymy się świata, mamy te same pragnienia i obawy.

Na początku wszystko musiało być zupełnie nowe?

To prawda, po zmianie miejsca, w którym się żyje jest nieco dziwnie, ponieważ ze wszystkim trzeba się mierzyć samemu. Nie ma na co dzień starych przyjaciół czy rodziny. Trzeba nauczyć się przebywać ze sobą samym. W moim przypadku było tak, że szybko znalazłam nowych znajomych, miałam do nich szczęście. Mam również wspaniałych współpracowników. Po pierwszych dniach, gdy wszystko sobie zorganizowałam, przyzwyczaiłam się do nowego środowiska w pracy, naturalna była próba wyjścia dalej do ludzi. Początkowo szukałam kontaktu z różnymi międzynarodowymi środowiskami. Zaangażowałam się w rozmaitych grupach. Dopiero po czasie pojawiła się większa potrzeba bliższych relacji z rodakami, co ze względu na ich liczebność tutaj nie jest trudne. Poza tym dzięki dostępowi do Internetu utrzymuję stały kontakt z bliskimi. Nie jest zatem tak trudno, jak wydawało się na początku.

Nowe miejsce to również nowa praca. Jak z nią było?

Pierwsze dni pracy są zawsze stresujące. Dodatkowo musiałam się mierzyć z brytyjskim akcentem, nieco odmiennymi od tych w Polsce normami i sposobem pracy. Przyjęto mnie jednak wspaniale. Myślę, że znaczenie miała również moja narodowość, posiadamy tutaj bowiem opinię bardzo pracowitych osób.

Wspomniałaś o relacjach z rodakami. Jak właściwie wygląda Twój kontakt z nimi?

Angażuję się w grupie parafialnej przy polskim kościele. Myślę, że dla wielu naszych rodaków jest to dość naturalna i prosta droga radzenia sobie z samotnością oraz sposób na szukanie znajomości. Jestem również aktywna w charytatywnej grupie dyskusyjnej młodych Polaków czy innej pomagającej osobom bezdomnym. Mam też to szczęście, że bardzo często odwiedzają mnie moi przyjaciele, utrzymujemy właściwie stały kontakt. Wiadomo, że mimo to tęsknię za bliskimi. Dlatego szczególnie trudne były dla mnie na początku powroty po urlopach w Polsce. Obecnie jest z tym łatwiej między innymi dzięki wspomnianej działalności społecznej. Wspaniali ludzie, którzy w nich są, dają mi energię do działania. Myślę, ze kluczem do odnalezienia siebie za granicą jest walka z rutyną, właśnie wyjście do ludzi i robienie czegoś poza pracą. Nie jest mi łatwo znaleźć na to czas, ale potrzebuję tej odskoczni. Poza tym obserwuję, że jako Polacy chcemy się tutaj angażować i dawać coś z siebie. Jeśli tylko mamy do tego okazję, wykorzystujemy ją. Mamy w sobie potrzebę inicjatywy, jakiegoś społecznego zaangażowania.

Bywa ciężko? Jakieś momenty kryzysowe?

Najtrudniej było mi po około trzech, czterech miesiącach. Minęły pierwsze emocje, pierwotna ciekawość, a brak bliskich zaczął doskwierać. Nowi znajomi dopiero z czasem zostali przyjaciółmi.

Wrócisz kiedyś do kraju rodzimego na stałe?

Jestem przekonana, że nie chcę układać sobie życia poza Polską, w której żyją najbliżsi mi ludzie i panuje najbliższa mi kultura. Mam zamiar wrócić za jakiś czas. To nie będzie całkiem proste, ponieważ szybko przyzwyczaiłam się do nowego miejsca.

Na koniec najbardziej pozytywna sprawa Twojego wyjazdu…

Takich jest naprawdę wiele. Dlatego do tej pory nie wróciłam do Polski. Najważniejszą z nich jest jednak dla mnie serdeczność ludzi, których tutaj spotykam.

Michał Tomaka

Autor: Michał Tomaka

Urodziłem się w Rzeszowie, a obecnie mieszkam i pracuję na Śląsku. Skończyłem filologię angielską z niemieckim na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 2018 roku ożeniłem się. W pracy dla "Czasu Serca" najbardziej lubię spotkania i rozmowy z ludźmi oraz pisanie reportaży, a także wywiadów.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *