Pojechałem do kraju, w którym zachodzi słońce

W tym roku skończył 85 lat. I choć nadal rozumie język polski, to już w nim nie mówi. Nie ma się czemu dziwić, od ponad 40 lat pracuje poza Europą. Ani razu od tamtego czasu nie był w Polsce. Chęci były, ale dolarów nie było. Tadeusz Latoń, sercanin, ksiądz, indonezyjski misjonarz. Rozmawia z nim ks. Radosław Warenda SCJ.

Jest Ksiądz Polakiem z duszą indonezyjską czy już Indonezyjczykiem?

Jestem Polakiem z urodzenia, ale to Bóg sprawił, że mam indonezyjską duszę. To On mnie tutaj wysłał wiele lat temu. Gdybym sam miał dziś określić, w jakim rytmie bije moje serce, to myślę, że raczej w indonezyjskim.

Dawno Księdza w Polsce nie było…

Ostatni raz byłem w 1975 roku w Krakowie i Warszawie. Potem nigdy nie udało mi się przylecieć do kraju, nawet na wakacje. Było tak z prostej przyczyny. Jako obywatel Indonezji, bo przyjąłem tutejsze obywatelstwo, musiałbym komunistycznemu krajowi, jakim była wtedy Polska, płacić 5 dolarów haraczu na rzecz państwa. Ja wtedy takich pieniędzy nie miałem, dziś zresztą też nie mam.

Ale to nie był jedyny problem. Myślę, że w Polsce czułbym się samotny. Nie znam polskich współbraci, a moja najbliższa rodzina już nie żyje.

Czy miął Ksiądz kiedyś chęć, aby zostawić to wszystko i wrócić do Polski?

Jestem na takim etapie życia, że nie podejmuję tak radykalnych decyzji. Tu jest moja ziemia, moi ludzie i moja prowincja. Gdzie indziej mógłbym być? Tutaj mam już nawet zarezerwowane miejsce na cmentarzu.

Jak rodzi się tak zwane „misyjne powołanie”? Z fascynacji innym krajem, odmienną kulturą czy ze znudzenia własnym krajem?

Od dziecka byłem związany z Kościołem, moją parafią. Pamiętam, że jako młody chłopak miałem kontakt z sercanami w Krakowie. W czasie comiesięcznego skupienia w parafii usłyszałem o misyjnej przygodzie, a raczej służbie jednego z naszych sercańskich współbraci i wtedy coś zapaliło się w moim sercu. Pamiętam, że zapytałem się go wtedy, czy ja też mogę zostać misjonarzem.

Pamięta Ksiądz, kto to był?

Absolutnie nie. Ale poczta zrobiła swoje. Stałe pisanie z tamtym współbratem nie pozwoliło mi o tym zapomnieć.

Skąd pomysł, by to była właśnie Indonezja?

W kapłaństwie widziałem pewne słońce. Pojechałem tam, gdzie ono zachodzi. Najdalej na zachód, jak się wtedy dało.

Kto zadecydował o misyjnym posłaniu? Jakie były poszczególne kroki?

Największym problemem wcale nie były rozmaite struktury, ale komunistyczny rząd. On nie chciał nikogo wypuszczać z kraju, szczególnie potencjalnych misjonarzy.

Gdy zatem pojawiła się lekka odwilż, decyzja musiała być szybka. Razem ze mną wyjechało pięciu innych współbraci. Oczywiście bez żadnego przygotowania językowego czy kulturowego. I to nie bezpośrednio do Indonezji, ale najpierw do Rzymu. To rzymska kuria miała realny wpływ na to, gdzie kto pojedzie. W tamtym roku wyjechało nas, sercanów, do Indonezji aż 11. Takie były potrzeby, bo w tym kraju był to czas migracji pomiędzy wyspami, zainicjowany przez politykę ówczesnego rządu. Stąd prośba bpa Alberta Hermelinkao nowych misjonarzy. To był nasz współbrat. Co ciekawie, polecieliśmy liniami Air India, bo tylko oni chcieli nam sprzedać bilet za polskie złotówki.

Pierwsze wrażenie po wylądowaniu w Indonezji…

Zdecydowanie temperatura. Pamiętam to uderzenie ogromnego gorąca i wilgoci, kiedy wysiedliśmy z samolotu w Jakarcie. Potem miał miejsce szybko zorganizowany kurs języka indonezyjskiego w Yogyakarta dla całej naszej jedenastki. Niedługo po tym dołączył do nas ks. Büchler, który musiał walczyć o zdobycie paszportu, co wtedy nie było łatwe. To tam zaprzyjaźniliśmy się szybko z ks. Józefem Glinką, werbistą, który pomógł nam stawiać pierwsze kroki w językowej przygodzie. Chyba byliśmy jednymi z pierwszych, którzy na własne potrzeby stworzyli podręcznik gramatyki polsko-indonezyjskiej. Po kursie nasze drogi się rozeszły. Połowa z nas trafiła do Lampung, a druga do Palembang. Jako że ja z mechaniką samochodową byłem za pan brat, a ktoś o tym powiedział biskupowi, trafiłem do Lampung. Oczywiście nie po to, by siedzieć cały czas w garażu. Ale ten fakt jasno pokazuje, że sama zdolność stania przy ołtarzu na misjach nie wystarcza. Moje pierwsze duszpasterskie działanie to zatem kurs mechaniki pojazdowej dla pięciu chłopaków. A było co robić przy samochodach, bo dróg asfaltowych tutaj prawie nie ma. Potem rozpoczęło się duszpasterstwo z prawdziwego zdarzenia zarówno w Lampung, jak i w Palembang. Prawie zawsze wśród ludności, która emigrowała z Jawy na Sumatrę.

Za czym Ksiądz najbardziej tęskni?

Za duszpasterstwem w Mubai. Chyba za niczym więcej. Ale powiedz to moim nogom. Przestały mnie słuchać i jestem, gdzie jestem, choć samochód pozostaje w pełnej gotowości, bym mógł tam wrócić.

Najtrudniejszy moment w życiu misjonarza to…

Trudno znaleźć jeden pojedynczy moment. To seria problemów. Pierwszy podstawowy to fatalne drogi. Jeśli nie masz samochodu z napędem na cztery koła, nawet nie próbuj nigdzie wyjeżdżać. W bagażniku dobrze mieć piłę, by poradzić sobie ze zwalonymi na drogę drzewami. W Mubai migracja zaczęła się w 1990 roku i do dzisiaj mamy ten drogowy problem.

A wewnętrzne rozterki misjonarza?

W tej misyjnej pracy trzeba być blisko Boga. Jeśli mam dziś jakieś rozterki, to jest nią tęsknota, by wrócić tam, gdzie byłem. To trudny teren, niewielu chce tam pracować. Po mnie przyszedł inny młody misjonarz, potrzebował samochód, znaleziono fundusze, chciał kierowcę, kierowca się znalazł. Ale brakło mu wytrwałości, więc rzucił i duszpasterstwo, i kapłaństwo. Ja chcę tam pracować, biskup chce, ale nogi nie chcą.

Indonezja to najbardziej muzułmański kraj na świecie. Jak żyje się katolickiemu księdzu w cieniu minaretów?

My tutaj nie mamy problemów. W archidiecezji Palembang nie ma trudności ani w relacjach z muzułmanami czy wyznawcami innych religii, ani w dialogu. Jesteśmy dla siebie sąsiadami i to jest najważniejsze. Ile to razy wiozłem do szpitala muzułmanki w ciąży, bo ich rodziny nie miały jak zorganizować transportu. Ta pomoc jest wzajemna. Muzułmanie pomagają często katolikom w mojej misji, nawet finansowo. Zresztą co tu dużo mówić. Mogę młodym sercanom w Polsce powiedzieć: przyjeździe do nas, zobaczcie, jak żyjemy, zostańcie i pracujcie z nami.

ks. Radosław Warenda SCJ

Author: ks. Radosław Warenda SCJ

Człowiek, chrześcijanin, sercanin, ksiądz. W takiej, a nie odwrotnej kolejności, choć to ostatnie przenika aż do początku. Dzieciństwo spędziłem w Sosnowcu, młodość zakonną w Stopnicy i Stadnikach. A pierwsze kapłańskie kroki w lubelskiej parafii Dobrego Pasterza i Społecznych Szkołach im. Klonowica, też w Lublinie. Niegdyś studiowałem na Gregorianie, a później w latach 2011-2015 byłem redaktorem naczelnym "Czasu Serca". Dziś pracuję w kurii generalnej w Rzymie. Z zabranych ze sobą książek wziąłem wszystkie Tomáša Halíka.

Share This Post On

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.