Poduszka mokra… od miłości

Żeby to było takie proste… Wystarczyłoby przemyśleć… Przeczekać. Zmienić otoczenie. Zrekompensować shoppingiem czy intensywnym fitnessem. Tymczasem zrozumienie wcale nie pomaga. Czas nie leczy ran. Od ludzi nie całkiem udaje się uciec. Nowe buty czy miejski maraton też tylko na chwilę amortyzują powracające bóle. Zranienie jest permanentną częścią mojego świata. Pęknięciem, które choć ma niewiele wspólnego z galaktycznymi układami, wprowadza we wszystko, czym żyję, poczucie totalnej, kosmicznej alienacji. Gdyby tego było mało, cały czas pozostaje ono całkowicie moje. Jakby nie chciało się ode mnie odkleić, bo chce wytrwać w wierności, jak mało kto.

aua! u początków

W kościele mówią, że to wszystko przez grzech pierworodny. Że zranienia są efektem usterki świata, która powstała po tym, jak to my zraniliśmy Pana Boga. Coś wtedy pękło między Nim a nami, ale również pękło coś w nas samych, w naszym sposobie przyglądania się lustrzanym odbiciom oraz stylu bycia z innymi. Bóg doznał zranienia i my także. I wyłoniła się przestrzeń, której wcześniej nie było, bo nie była potrzebna. Dystans, którego nabraliśmy do siebie nawzajem, i podejrzliwość, że za rogiem może czyhać wróg. I że groźny może być nawet zbyt silny podmuch wiatru. Bo przyroda też przestała być naturalnym kremem dla coraz bardziej piekących ciał. Wzajemność wyznaczyła zatem horyzont relacji, również tej trudnej. W jej miejsce wkradły się inne odniesienia i nawet imiona zaczęły inaczej znaczyć. Już nie tyle „ten drugi ze mną, obok mnie, dla mnie”, co raczej „ten inny, obcy, przeciw mnie”.

Ci bardziej przychylni Bogu mówią, że sami sobie na taki los zasłużyliśmy. Na nasze szczęście Bóg też wybrał. Nie musiał cierpieć, ale chciał, by zranienia nie były na zawsze wyłącznym królestwem zła. W gruncie rzeczy jednak dobro i zło grają tutaj do wspólnej bramki, a finał meczu jest już ustawiony. „On nas zranił i On też uleczy” (Oz 6,1). Ci zaś bardziej przychylni ludziom powiadają, że pierworodny występek to i tak całkiem zgrabne znamię i przy dobrym makijażu można prawie zupełnie wyeliminować radykalne konsekwencje. „Albowiem Bóg poddał wszystkich nieposłuszeństwu, aby wszystkim okazać swe miłosierdzie” (Rz 11,32). Wychodzi zatem na jedno. Nie ma tego złego…

Znajdą się i tacy, którzy – skądinąd słusznie – wtrącą, że nic ich nie interesuje historia australopiteków i teologiczne próby wmówienia im osobistej znikomości oraz ponadczasowego skażenia, jakie spekulatywnie ciąży na homo sapiens. Każdy argument okazuje się na niekorzyść Stwórcy i człowieka lub przeciwnie – ocala przed potępieniem zarówno Jego, jak i nas. Każdy ma się martwić o siebie. I nie usprawiedliwiać złośliwości sąsiadów konsekwencją Wielkiego Wybuchu sprzed 13 miliardów lat czy efektem domina w spadku po wybrykach rajskiej pary.

chleba naszego powszedniego

Nie wiadomo zatem, jak było na początku z tymi zranieniami. Nie wiadomo nawet, czy gdyby było wiadomo, byłoby od razu lżej. Wiadomo jednak na pewno, że krzywda wyrządzona przez brata zawsze boli bardziej niż luki w wykształceniu. Nie chodzi zatem o to, żeby było wiadomo. Zranienia i tak nie pozwalają spać spokojnie i bolą całkiem realnie. Nawet gdy wydaje się, że słusznie; że przeze mnie; że dobrze, że bolą. Bolą jednak i wtedy, gdy nie wiem dlaczego, dlaczego ja, dlaczego tak, dlaczego teraz. Przy tym nie oszczędzają nikogo. Doklejają się, wmawiając, że są częścią nas. Najbardziej nieludzkie w tym, co ludzkie. Szpecą jak szrama na niewinnej, pięknej twarzy.

Syn wybrał inną drogę niż ta, na którą całe życie konsekwentnie go kierowaliśmy. Ojciec z matką nie podołali wychowawczym obowiązkom. Dyrektor w wieczność odkłada mój awans zawodowy, pną się za to po szczeblach kariery ci, którzy wyrzucają poprawne oczka w grze pozorów. Współbracia zawiedli. Kościół miast domem okazał się kryjówką zbójców. Znowu nikt mnie nie rozumie, bo nawet nie próbuje zrozumieć. Próbuje za to wmówić, że dużo wygodniej, bo bezpieczniej żyć w świecie konieczności i kontroli. W świecie, w którym każdy ma przypisane miejsce i niczego już nie potrzebuje szukać. No może tylko pewności, że znowu ma rację. Żyd broni żyda, katolik katolika, mason masona, ateista ateistę. Zranieniom nie ma końca. Nawet dobrym nie wolno być zbyt głośno, bo można się narazić wszędobylskim tropicielom obłudy.

efekt domina

Wszyscy czują się zranieni. Dlatego wszyscy zaczynają tropić. W imię prawdy oczywiście, by ona odniosła triumf. Bo kiedy w końcu prawda zwycięży, zrobi się nam lżej na sercu. Ukoi skołatane sumienie zdemaskowanie winnych mojego poczucia winy. Nazwanie żydów żydami, a masonów masonami. W końcu wyjdzie na jaw, kto naprawdę niszczy Kościół, jest na usługach partii czy ma w archiwach nieodczytaną jeszcze publicznie teczkę bezpieki. Wtedy, kiedy wszystko znowu będzie dobrze, już tak łatwo nie dam się zranić. Cóż, ceną może być nawet poświęcenie krwi Abla. Ale dla sprawy to żadna ofiara. „Lepiej (…), aby jeden człowiek umarł za lud, niż miał zginąć cały naród” (J 11,50). Kto ma honor, dla tego pogorzeliska nie są strasznym widokiem. Przeciwnie, stanowią nawóz dla przyszłych dziejów. Sprawa zawsze wymaga poświęceń. Dar musi zostać złożony. By zadośćuczynić i Boga udobruchać. Krwią jest przecież najszybciej i w dodatku mniej muli ducha od godzinnych pacierzy. Trzeba jednak pospiesznie szukać ofiar, bo ogień dogasa na ołtarzu, a przeciąg wietrzy świątynię i coraz mniej w niej woni z tłuszczu całopaleń.

rachunek za prawdę

Ale chwila moment… Czy nie jest to droga do samozagłady? W imię prawdy i ewangelicznych wyzwoleń można przecież bogom rozpalać kadzidła, a ludziom stosy. Droga bowiem od potępienia stworzeń – nawet tych ewidentnie kapryśnych w nawracaniu się; tych, które pierwsze zdradziły – do potępienia ich Stwórcy wcale nie jest odległa. Koniec końców ja również muszę zdradzić. Sam nie dam rady być wiernym w świecie wszędobylskich niewierności. Cierpię, więc ktoś jest temu winien i musi za to zapłacić. By prawda wyszła na jaw. Ale i zdrada tutaj niczego nie zwieńczy. Trzydzieści srebrników to jeszcze nie koniec tragicznej historii. Zdradzając, robię miejsce dla większego piekła. Dla jeszcze większej samotności. Nie ma już wtedy nikogo, komu mógłbym się powierzyć i kogo uczynić wiarygodnym powiernikiem mojego jutra. Nawet wiernym nie ma być wobec kogo. Sam muszę sobie wystarczyć. Ale czy to wystarczy? Zdrada robi miejsce rozpaczy. Ona przychodzi następna. Naturalnie, jak noc po zmroku. Jak odwet w odpowiedzi za doznane krzywdy. W rozpaczy nawet sobie przestaję wierzyć. Przy wyczerpanym limicie zdrajców i krzywdzicieli sam staję się swoim własnym wrogiem. Tak dużo obiecywał ten odwet. A potem zwyczajnie zostawił w samotności.

paradoks

Zranienia nie są światami samotności. Ale mogą w samotność zapędzić. Zemścić się za pragnienie samotności drugich. Za pragnienie ich bólu w imię harmonizowania doznanych krzywd. Zranienia karmią się tym, w co wierzą; co można jeszcze zatruć, dopóki żyje. Jeśli się im jednak bliżej przyjrzeć, bezgłośnie i zupełnie niechcący dają świadectwo temu, co chcą ukryć, czemu zaprzeczyć, co zniszczyć. Podobnie jak niezamierzony hołd oddaje kłamca prawdzie, bo wie, że musi kłamać, inaczej nie przetrwa. Tak jak zły żyje, dopóki istnieje jakiś dobry, z którego może sączyć krew.

Może zranienia są potrzebne? Bo bez nich nie potrafilibyśmy kochać, do końca. I nie potrafilibyśmy wracać, by znów być blisko. Może są one potrzebne, by wypróbować swoją wierność, zaryzykować i odrzucić odwet, zdradę i rozpacz, chociaż tylko one wydają się logiczne i sprawiedliwe? Wówczas mogę powrócić do świata, z którego uciekłem, inny do innego świata. A wtedy i zranień nie da się już więcej przeżywać w samotności, nawet jeśli jest się Bogiem. Może są one znakiem, że w życiu idzie o większe rzeczy? O jakieś ryzyko skoku w innym kierunku niż nakazuje zwykła zadość czyniąca racjonalność.

więcej

Rembrandt namalował podobno osiemset obrazów, z czego do dziś zachowały się trzy tysiące. Może trzeba właśnie więcej rozdać? Więcej zaryzykować? Więcej przebaczyć? Więcej zgrzeszyć? By w końcu… więcej kochać.

… budzę się rano…

mówię…

jak celnik Zacheusz będę rozdawać,

jak Szymon będę nosić krzyże innych,

jak Weronika będę ocierać twarze,

jak Szczepan dam się kamienować,

jak Jezus na krzyżu będę przebaczać,

jak Franciszek będę kochać.

Wieczorem spoglądam w lustro…

widzę…

Adama, który dopiero co zjadł owoc,

Kaina, który dopiero co zabił,

Judasza, który dopiero co zdradził,

Piotra, który dopiero co się zaparł,

Piłata, który dopiero co obmył ręce,

i zasypiam na mokrej od łez poduszce.

A w nocy przychodzi Jezus i pyta:

„Miłujesz Mnie?”…

(tekst znaleziony w brewiarzu abp. Józefa Życińskiego)

ks. Przemysław Bukowski SCJ

Autor: ks. Przemysław Bukowski SCJ

Pochodzę z Bełchatowa, choć nie wszystko się tam zaczęło. Na księdza wychowali mnie sercanie. Lubię myśleć, że potrafię myśleć. Dlatego od kilku lat, najpierw w niemieckim Freiburgu, a obecnie na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie, inspirowany głównie myślami Józefa Tischnera i tych, którzy jego inspirowali, uczę się bycia filozofem człowieka. Nic mnie bowiem tak nie kręci, jak pytania zadawane pytającym.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *