Po prostu Matka

 

Żyła jak na dzisiejsze czasy dość krótko, bo zaledwie 66 lat. Choć biorąc pod uwagę jej epokę, gdzie średnia długość życia wynosiła około 40 lat, to Bóg dał jej o połowę więcej. Dziś daje nam On jeszcze więcej. Daje łaskę zobaczenia w niej świętego człowieka. 9 czerwca matka Zofia Czeska zostanie ogłoszona błogosławioną w łagiewnickim sanktuarium Miłosierdzia Bożego.

Matka Teresa XVII wieku

Nie bez powodu nazywają ją „krakowską Matką Teresą XVII wieku”. Mając 16 lat, wyszła za mąż za Jana Czeskiego, dziedzica miejscowości Czechy, położonej nieopodal krakowskich Słomnik. Po sześciu latach małżeństwa została bezdzietną wdową. I wtedy właśnie zdecydowała się poświęcić i Bogu, i najbardziej potrzebującym. Z własnego majątku ofiarowała przede wszystkim osieroconym dziewczętom dwie krakowskie kamienice przy ul. Szpitalnej, tworząc Dom Panieński Ofiarowania Najświętszej Marii Panny, czyli inaczej mówiąc – dom sierocy. Co im tak naprawdę dała oprócz czterech ścian? „Dom, chleb, a przede wszystkim wykształcenie. W tamtych czasach było to nie do pomyślenia. Po trochu była więc rewolucjonistką” – mówi s. Paulina Turwoń z sekretariatu ds. beatyfikacji Zofii Czeskiej. Dziś owa „rewolucja” nabrała ewolucyjnych cech cierpliwego wychowywania. Wierne ideałom swojej założycielki siostry ze Zgromadzenia Panien Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny (prezentki) zajmują się przede wszystkim szkolnictwem. Mieszkając w 21 domach w Polsce, w Rzymie i na Ukrainie, prowadzą licea, gimnazja, internaty, przedszkola, dom dziecka, opiekują się dziećmi specjalnej troski z wszystkimi stopniami upośledzenia, posługują przy parafiach, podejmują wszelkie inne prace wśród dzieci i młodzieży.

Ale jest i drugie miejsce związane z Zofią Czeską w królewskim Krakowie. To kościół Mariacki, a szczególnie kaplica, w której znajdował się obraz Matki Bożej zwanej Loretańską. Przed nią krakowska Matka Teresa XVII wieku prosiła Boga o powodzenie dla niesamowitego, z ogromnym rozmachem jak na ówczesne czasy prowadzonego dzieła. W bazylice Mariackiej została również pochowana, najprawdopodobniej w krypcie rodziny Maciejowskich. Dziś jej relikwie znajdują się w krakowskim kościele św. Jana.

działa i dziś

Jest ich wiele, choć do beatyfikacji potrzeba tylko jednego. To cuda… Uzdrowienia za przyczyną matki Zofii dziś sprawiają, że krew w żyłach krąży szybciej. Cóż bowiem działa mocniej niż namacalny znak? O uzdrowionym w dzieciństwie Gabrysiu z Małopolski siostry nie chcą mówić wiele. Jego powrót do zdrowia poprzedzony ich usilną modlitwą o ocalenie został uznany za trwały i naukowo niewytłumaczalny. „Kiedyś mówiłyśmy o tym swobodnie, a to gdzieś w naszych szkołach, a to wśród rodzin, zawsze jako świadectwo” – wspomina s. Renata Gąsior, postulatorka generalna. „Co się potem działo? Czasami rodzice naszych dzieci jeździli do tej miejscowości i podglądali tego chłopca w kościele, czy rzeczywiście jest zdrowy. Jest to dobre, że chcą przekonać się na własne oczy, ale niekoniecznie komfortowe dla niego. Nikt nie chce czuć się obserwowany czy śledzony”.

Cudowne uzdrowienie chłopca wskazuje nie tylko na skuteczność wstawiennictwa u Boga matki Zofii, pokazuje również, że modlitwa przekracza granice. „Myśmy go w ogóle nie znały. Przez zaprzyjaźnioną osobę, która zadzwoniła do jednej z naszych sióstr do Rzymu, zostałyśmy poproszone o modlitwę za leżące na intensywnej terapii dziecko. W tle słychać było bezradny szloch matki. Tego dnia chłopiec po tygodniu bezskutecznego leczenia został przewieziony do drugiego szpitala. Modlili się za niego rodzina, znajomi, rodzinna parafia. Pomimo zastosowanego w nowym szpitalu intensywnego leczenia jego stan stawał się z każdym dniem coraz gorszy. Po kilkunastu dniach nadszedł krytyczny moment. Nie tylko rodzina, ale także lekarze byli zaniepokojeni, co dalej. Wydawało się, że wszystkie dotychczasowe działania prowadzą jakby w odwrotnym kierunku, nie ku wyleczeniu, lecz ku śmierci. Stan był tak poważny, że po dwóch tygodniach pobytu w drugim szpitalu mama, wychodząc od syna późnym wieczorem, obawiała się, że rano może nie zastać go już żywego” – wspomina z przejęciem s. Renata.

„Pamiętam, jak po dziewięciu dniach moich modlitw w intencji chłopca, a była to niedziela rano, w przerwie przed Mszą św., która miała się odbyć o 8.00 w naszej zakonnej kaplicy w Rzymie, zapytałam klęczącą obok współsiostrę, czy nie wie, co z chłopcem, za którego się modlimy. Ona odpowiedziała, że prawdopodobnie jest umierający. Ta wiadomość była dla mnie porażająca. Płakałam wtedy i modliłam się przez kilkanaście minut bardzo żarliwie własnymi słowami: «Panie, nie zabieraj go. Matko Zofio, uproś łaskę uzdrowienia!». Miałam świadomość, że moja dotychczasowa modlitwa nie była tak gorliwa, jak to czyniłam w innych przypadkach” – podkreśla postulatorka generalna. Zakonnice jednak dość intensywnie szturmowały niebo. Siostra Renata wraz ze współsiostrami modliła się kilka razy dziennie za chłopca. Nie brakowało też modlitw wspólnych, prac ofiarowanych w jego intencji, cierpień, Mszy św. czy też przyjętych Komunii Świętych. Niektóre siostry zdecydowały się na post. Od dwóch tygodni była także odprawiana specjalna nowenna modlitw za wstawiennictwem matki Zofii o uzdrowienie chłopca.

„Właśnie wtedy, gdy wielu powoli zaczynało tracić nadzieję, a stan zdrowia chłopca z każdym dniem stawał się coraz gorszy, w niedzielę z ciężkim zapaleniem mózgu odzyskał on nagle pełną świadomość. Rodzice niepewni, czy zastaną syna jeszcze żywego, przyszli rano do szpitala i od drzwi dowiedzieli się od pielęgniarek, że mają się nie martwić, bo chłopiec żyje, a jego stan zdrowia się polepszył, zaczął się ruszać i czegoś potrzebuje, ale nie wiedzą czego. Miał bowiem założoną sondę i nie mógł mówić. Rodzice podeszli do łóżka syna, a mama podała mu kartkę, żeby napisał, czego chce. Okazało się, że chce jeść” – wspomina z przejęciem s. Renata. „To był dla mnie szok, a raczej pojawiła się niesamowita wdzięczność wobec Boga za to, że działa. Po dwóch dniach chłopiec został przeniesiony na zwykły oddział w celu jego dalszej rehabilitacji”.

pytania najważniejsze

Zawsze będzie w człowieku żywa pokusa, by zatrzymać się na powierzchni zjawiska i dostrzec jedynie to, co widzialne, prześlizgując się z faktu na fakt. Jednak prawdziwa przygoda związana z zauważaniem Bożego działania zaczyna się w momencie postawienia pytań: Czemu to służy? Co Bóg chce przez to powiedzieć? Czy Bogu zależy jedynie na szybciej krążącej w żyłach krwi na wieść o cudownym zdarzeniu? Przecież brzmią nam jeszcze w uszach słowa jednej z wielkanocnych Ewangelii: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20,29).

„Cud jest skutkiem ubocznym, choć jak najbardziej pozytywnym. Jest owocem zaufania świętemu, za którego wstawiennictwem się modlę, i zaufania samemu Bogu, który ten cud uczynił” – przyznaje postulatorka generalna. Czasem w trudnych sytuacjach życiowych jak tonący brzytwy chwytamy się wszelkiej możliwej pomocy, także duchowej, niemalże torpedując modlitwą kilku lub kilkunastu świętych. I choć skuteczność modlitewnego wstawiennictwa zależy od Boga, to nam zawsze pozostaje radość z pogłębionej relacji z konkretnym człowiekiem, który żył tak, że dziś spogląda Bogu prosto w oczy.


Z serca dziękujemy

Szymonek urodził się zdrowy 20 czerwca 2007 roku w Rzeszowie. Wczesną wiosną 2009 roku, kiedy miał niespełna dwa lata, został przyjęty do Szpitala Wojewódzkiego nr 2 w Rzeszowie z wysoką temperaturą i biegunką. Wyniki badań wskazywały na obecność rotawirusa w organizmie, który u małych dzieci często występuje. Zastosowano doraźne leczenie antybiotykiem i po pięciu dniach pobytu w szpitalu synek został wypisany przed południem do domu. W epikryzie ze szpitala lekarz prowadzący napisał, że stan zdrowia dziecka jest dobry, ale wypisał także skierowanie do szpitala zakaźnego w Łańcucie, tak na wszelki wypadek, gdyby stan się pogorszył.

W domu nie nastąpiła poprawa. Szymonek był bardzo słaby, nie chciał nic jeść, nie przyjmował płynów i w dalszym ciągu utrzymywała się wysoka temperatura i biegunka, a organizm powoli się odwadniał. Nie czekając dłużej, postanowiliśmy jeszcze tego samego dnia wieczorem pojechać do szpitala w Łańcucie. I tam Szymonek pozostał przez trzy tygodnie. Liczne i szczegółowe badania wykazały obecność w organizmie dziecka dwóch bardzo groźnych dla zdrowia odmian wirusów. Rozpoznano posocznicę salmonellozową i nieżyt żołądkowo-jelitowy o etiologii rotawirusowej. Szymonek nawadniany był kroplówkami i dostał najsilniejszy lek, jaki można podać tak małemu dziecku. O poprawie stanu zdrowia miał już tylko zadecydować czas i wola Boża, gdyż lekarze byli zupełnie bezradni.

Od samego początku pobytu Szymonka w szpitalu – najpierw w Rzeszowie, a potem w Łańcucie – siostry prezentki modliły się codziennie za wstawiennictwem sługi Bożej matki Zofii Czeskiej o powrót do zdrowia naszego synka i potrzebne łaski dla całej rodziny.

16 kwietnia 2009 roku, w 13. dniu pobytu dziecka w szpitalu, stan jego zdrowia był nadal bardzo ciężki i nie ulegał poprawie. Wtedy s. Renata na fotografii Szymonka napisała prośbę o uratowanie życia chłopca i włożyła ją pod tylną nóżkę sarkofagu w kaplicy z doczesnymi szczątkami sługi Bożej matki Zofii Czeskiej, prosząc w modlitwie o łaskę powrotu do zdrowia. Drugą fotografię z prośbą o ocalenie życia Szymonka siostra włożyła w dłoń figury Najświętszego Serca Pana Jezusa, którą dotykał swojego serca i wskazywał na nie. Kolejną fotografię włożyła w ramę obrazu przedstawiającego Serce Pana Jezusa.

I w tym właśnie dniu po południu nastąpił bardzo wyraźny zwrot w chorobie dziecka. Szymon po raz pierwszy od trzech tygodni zjadł posiłek – były to cztery małe pierożki przywiezione specjalnie dla niego z domu. A po nich nie miał już żadnych torsji. Z dnia na dzień było już coraz lepiej. Zaczął przyjmować lekkie posiłki.

Od 16 kwietnia 2009 roku przez 27 dni siostry prezentki odmawiały nowennę o powrót do zdrowia Szymonka za wstawiennictwem założycielki zgromadzenia, a 17 kwietnia została odprawiona Msza św. za wstawiennictwem Matki Bożej Świętojańskiej oraz sługi Bożej matki Zofii Czeskiej o pomyślny przebieg leczenia i jego wyzdrowienie.

21 kwietnia 2009 roku ku naszej radości Szymon w stanie dobrym został wypisany do domu.

Z serca najgoręcej dziękujemy wszystkim siostrom zakonnym ze zgromadzeń sióstr prezentek i pijarek oraz księżom, którzy wyprosili łaskę zdrowia dla naszego syna.

Niech za wszystko Bóg będzie uwielbiony!

Rodzice Szymonka

ks. Radosław Warenda SCJ

Author: ks. Radosław Warenda SCJ

Człowiek, chrześcijanin, sercanin, ksiądz. W takiej, a nie odwrotnej kolejności, choć to ostatnie przenika aż do początku. Dzieciństwo spędziłem w Sosnowcu, młodość zakonną w Stopnicy i Stadnikach. A pierwsze kapłańskie kroki w lubelskiej parafii Dobrego Pasterza i Społecznych Szkołach im. Klonowica, też w Lublinie. Niegdyś studiowałem na Gregorianie, a później w latach 2011-2015 byłem redaktorem naczelnym "Czasu Serca". Dziś pracuję w kurii generalnej w Rzymie. Z zabranych ze sobą książek wziąłem wszystkie Tomáša Halíka.

Share This Post On

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.