Parafia to nie biuro

Coś musi być na rzeczy, skoro Franciszek zachęca do modlitwy o to, by parafie nie stanowiły tylko funkcjonalnych biur, ale przede wszystkim były miejscami przekazywania wiary oraz świadectwa miłości.

Kościół w jednym z miast na północy Francji. Na konfesjonale kartka: „W sprawie spowiedzi dzwonić na plebanię”. Na domofonie z kolei przycisk – spowiedź. „Jeszcze kilka lat temu siadałem do konfesjonału. Przychodziło jednak coraz mniej ludzi, więc by nie tracić czasu, zrezygnowałem z tej praktyki. Jak ktoś potrzebuje, dzwoni i schodzę do kościoła” – mówi ks. Jean Pierre. Na oko ma siedemdziesiąt lat. Siadając do konfesjonału, stułę zakłada na elegancką koszulę. „Po moich święceniach w kościele było dużo młodzieży i rodzin, jednak gdzieś po drodze się zagubili” – wyznaje. Z biegiem lat zaczął rezygnować nie tylko z dyżurów w konfesjonale, ale i prowadzenia wielu nabożeństw. Całe duszpasterstwo ogranicza praktycznie do niedzielnej mszy. Na tę w tygodniu nieraz nikt nie przychodzi. Do tego dochodzi prowadzenie kolejnych pogrzebów, bo chrztów i ślubów jak na lekarstwo. „Moja parafia umiera. Życie pojawia się jedynie tam, gdzie są nowe wspólnoty. W pobliskim kościele działa wspólnota Chemin Neuf. Na prowadzone przez nich liturgie chodzą także moi parafianie” – mówi ze słyszalnym w głosie smutkiem.

dom o otwartych drzwiach

Idąc tym tropem, zaglądam do „żyjącego kościoła”. Jego mury naznaczone zębem czasu opowiadają wielowiekową historię wiary mieszkańców tych terenów. W ławkach kilka osób modli się przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Modnie ubrana nastolatka rozmawia z księdzem w oszklonym pokoiku, służącym za konfesjonał. „To nie była spowiedź, bo nie jestem ochrzczona. Kiedyś weszłam tu i zobaczyłam siedzącego księdza, poszłam porozmawiać i zaczęłam na te spotkania wracać. Za dwa lata przyjmę chrzest” – wyznaje Marie. „Stary proboszcz powtarzał mi do znudzenia: nie bój się tracić czasu dla Boga i wychodzić do ludzi. Lepiej odmawiać brewiarz w pustym konfesjonale, niż w czterech ścianach swego pokoju. Jak jest ksiądz, będą i ludzie” – wspomina będący na dyżurze ks. Gaston. Gdy po latach wznowił cotygodniowe adoracje, przez długi czas modlił się sam. Nawet miejscowy biskup miał wątpliwości co do tej, jak mu powiedział, „nazbyt pobożnościowej” inicjatywy. Dziś przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie codziennie czuwa grupa wiernych w najróżniejszym wieku. Nie bez przyczyny Franciszek przypomina, że „parafie muszą być w kontakcie z rodzinami, z życiem ludzi i z życiem społeczności. Muszą być domami o drzwiach zawsze otwartych, aby wychodzić innym na spotkanie. I to ważne, aby owemu zbliżaniu się ku drugiemu towarzyszyła jasna propozycja wiary. Chodzi o otwarcie drzwi, aby Jezus mógł wyjść z całą radością swojego przesłania”. Adoracje otworzyły drzwi kolejnym inicjatywom, często proponowanym przez samych ludzi. Zarówno religijnym, jak i społeczno-charytatywnym.

„Grzechem polskiego Kościoła jest jego zbytnia klerykalizacja. Ksiądz nie musi być od wszystkiego. Za bardzo boimy się oddania odpowiedzialności w ręce świeckich” – mówi mi ks. Jan, który po wieloletniej pracy w Afryce wrócił do Polski na dłuższe leczenie. „Kapłan potrzebny jest przede wszystkim przy ołtarzu i w konfesjonale, do większości innych rzeczy święcenia nie są potrzebne. Moi parafianie są dużo bardziej odpowiedzialni za Kościół niż Polacy, ale w Afryce my im na to zwyczajnie pozwalamy” – dodaje. Wraca wspomnienie z Konga. Niedzielna msza w jednej z odległych kaplic, do której kapłan dochodzi co najwyżej raz na kwartał. Najpierw cały sznurek ludzi do spowiedzi, a potem piękna liturgia. Wszystko przygotowane przez ludzi. Katechista ze sczytaną Biblią w ręce tłumaczył podstawowe prawdy wiary, ktoś inny prowadził próbę chóru i grupki dzieci, uświetniających swym tańcem liturgię, kobiety krzątały się, przygotowując posiłek dla księdza. Bo to też część świętowania – wspólny z parafianami niedzielny obiad. Znajomość i zażyłość. „Najbardziej wszystkich dziwi, że moi ubodzy parafianie płacą dziesięcinę na Kościół. Ale to też forma odpowiedzialności. W Polsce jest to bardzo drażliwy temat i wręcz nie do wyobrażenia” – mówi ze śmiechem misjonarz. Gdy pytam o receptę na żywą, bliską ludziom wspólnotę parafialną, odpowiada od razu: „Pociąga świadectwo. Otwarte gościnnie drzwi i obecność. Nasza organizacja może nie być perfekcyjna, ale gdy zdamy się na Boga, parafia stanie się dla wielu prawdziwym domem, do którego zwyczajnie chce się wracać i przyprowadzać innych. Parafia to nie biuro, gdzie jedynie sprzedajemy sakramenty i świadczymy inne usługi religijne. Zbyt często się na tym koncentrujemy”.

naruszony święty spokój

„Gdy patrzyłem na moich kolegów chrześcijan, widziałem, że inaczej żyją, ten styl budził moje pytania i mnie pociągał” – mówi Diilip, który mieszka w małej wiosce w Indiach. „To, że spotkałem Chrystusa i przyjąłem chrzest jest najpiękniejszą rzeczą, jaka mogła mnie spotkać w życiu” – wyznaje. Jako konwertyta z hinduizmu w codziennym życiu musi borykać się z wieloma trudnościami. W tym kraju chrześcijanie są małą kroplą, na dodatek dyskryminowaną, w ogromnym oceanie hinduizmu. W stanie, gdzie mieszka, są całe wioski, do których wyznawcy Chrystusa nie mogą nawet wchodzić. „Byłem na Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie. Tam Franciszek zachęcał nas do odwagi, wzięcia przyszłości w swoje ręce i złożenia marzeń w Chrystusie” – mówi, dodając ze śmiechem, że po tym wydarzeniu ich parafialna wspólnota przeżyła małe trzęsienie ziemi. „Młodzi stali się odważniejsi i bardziej odpowiedzialni. Na Boże Narodzenie poszli z kolędą po okolicznych wioskach, wchodząc ze śpiewem nawet do domów wyznawców hinduizmu. Dla mnie jako kapłana z długim stażem było to niesamowite świadectwo” – wyznaje ks. Abraham. Kilkunastoosobowa grupka młodych, która w Polsce ubrała wyczynowe buty wiary, teraz ożywia całą wspólnotę. „Zaczęli od cotygodniowych spotkań ze słowem Bożym, po czym wyruszyli do biednych i potrzebujących. Pomagają każdemu, bez względu na wyznawaną wiarę” – mówi hinduski kapłan. I dodaje: „Mają kolejne pomysły. Towarzysząc im, staram się nie studzić ich ducha, choć często burzą mój wypracowany spokój. To jednak też jest cena realizowania marzeń razem z Chrystusem”. Ożywiane duchem misyjnym parafie muszą być przecież miejscami, gdzie przekazuje się wiarę i niezależnie od kontynentu daje świadectwo miłości. W przeciwnym razie umierają.

Beata Zajączkowska

Autor: Beata Zajączkowska

Dziennikarka Radia Watykańskiego, publicystka Gościa Niedzielnego. Współpracująca z portalami Wiara.pl i Stacja7.pl oraz Misyjnymi Drogami i Pastores. Pracując w sercu chrześcijaństwa u boku już trzeciego papieża fascynuje się odkrywaniem bogatej mozaiki Kościoła powszechnego. Zakochana po uszy w Afryce, gdzie kiedy tylko może ucieka. Czarny Ląd to dla niej bijące serce Kościoła, a przede wszystkim ląd gdzie ludzie relacje mają jeszcze znaczenie. Teren gdzie mimo nędzy, wojen i prześladowań można się uczyć radości życia i mocy wiary.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *