Nie traktujmy Boga jak automat do spełniania życzeń

Maciej Sikorski swój sposób na bycie blisko Pana Boga odnalazł w trosce o potrzebujących. Od jakiegoś czasu razem z osobami niepełnosprawnymi umysłowo i ruchowo tworzy ewangelizacyjny teatr „Exit”. Jest także autorem książki Byłem w piekle, w której opowiada o krętej i bardzo długiej drodze, na końcu której stoi Jezus Miłosierny. Rozmawia Paulina Smoroń.

Ta książka jest Pana świadectwem, z którego dowiadujemy się, że przeszedł Pan długą drogę do Boga. Jakie było Pana życie przed nawróceniem?

Podzieliłbym je na trzy okresy, które w skrócie można nazwać podróżą Koziołka Matołka – wersja dla dorosłych. Pierwszym etapem była ucieczka w świat narkotyków, później długi okres poszukiwań duchowych na wschodzie, czyli hinduizm, buddyzm i dziesiątki innych praktyk New Age. Ostatni etap to czas, w którym zostałem odnaleziony przez żywego Boga. Co ciekawe, to nie był owoc, którego się spodziewałem i zdecydowanie nie miejsce, do którego świadomie zmierzałem.

Czy to znaczy, że Pan Bóg prowadzi ludzi do siebie również przez takie kręte ścieżki?

Być może Pan Bóg dostrzegał moją bezradność w poszukiwaniach i był gdzieś blisko. Moja historia wynika jednak wprost z tego, że człowiek został obdarowany wolną wolą. Ja tę wolną wolę pożytkowałem do czynienia rzeczy złych. Teraz jestem pewien, że Pan Bóg z każdego zła potrafi wyciągnąć dobro. Zło często jest ubrane w sreberka i kolorowe papierki tak, że nie potrafimy tego rozpoznać, jeśli nie jesteśmy blisko Chrystusa.

Które momenty były najgorsze?

Dla mnie to były te chwile, w których dochodziłem do pewnych punktów krańcowych. Jednym z nich był moment zbliżania się do próby samobójczej. Potem nastąpił mały progres, ale jeszcze nie nazwałbym tego uzdrowieniem.

Warto było przebyć tę drogę, by znaleźć się w tym punkcie, w którym jest Pan teraz?

Czasami jest taka pokusa, żeby przymknąć oko na to, co było i myśleć, że może to miało czemuś służyć. Ja tego tak nie widzę. Nie chcę się tym usprawiedliwiać, bo przecież nie jest tak, że Chrystusa nie można spotkać bez upodlenia, narkotyków i jogi. Wepchnąłem się w to sam. Mogę jednak zapewnić, że warto było przeżyć spotkanie z Nim. To najpiękniejsza rzecz, której można doświadczyć.

Był czas, w którym zgłębiał Pan różne praktyki duchowe i medytacyjne. Myśli Pan, że chrześcijanin może chodzić na jogę?

Nie może, a jeśli to robi, wyrządza sobie wielką szkodę. Te dwie rzeczywistości są nie do pogodzenia. Znam jogę taką, jaka jest w rzeczywistości. Uczyłem się jej od Hindusów i zaśmialiby się, gdybym im powiedział, że u nas przedstawia się ją jako gimnastykę. Joga nie jest po to, żeby nas nie bolały kręgosłupy. Dla nich jest ona kwintesencją praktyki duchowej i prowadzi do stanu, w którym nasze wewnętrzne „ja” przestaje istnieć i jednoczy się z Brahmanem, czyli bezosobowym, wszechogarniającym bytem. To jest absolutnie sprzeczne z chrześcijaństwem.

Czego konkretnie Pan szukał w tych praktykach duchowych, związanych między innymi z New Age?

Szukałem prowadzenia dla siebie, prawdy o sobie i duchowego szczęścia. Każdy tego szuka, bo w naszych sercach jest pragnienie Boga, nawet jeśli sobie tego do końca nie uświadamiamy. Zły, będąc nędznym imitatorem Boga, oferuje człowiekowi coś, co naśladuje pewien rodzaj przeżyć duchowych. Takie rzeczywistości często są spektakularne, ale nie ma w nich najważniejszego – miłości, relacji i żywego Boga.

Te praktyki są narzędziem w rękach Złego?

Oczywiście! Wystarczy zapytać, co sądzą o tym egzorcyści. To jasne, że nie każdy zostanie opętany, ale trzeba mieć świadomość, że to jest okultyzm.

Takie zagrożenie jest nawet wtedy, gdy nie jesteśmy świadomi, że to, co robimy, to zwyczajny okultyzm?

Najłatwiej wytłumaczyć to na przykładzie. Jeśli ktoś w Krakowie ubierze koszulkę Wisły Kraków i pójdzie do dzielnicy, w której rządzą kibice Cracovii, to nawet nie wiedząc, że coś zrobił nie tak, może go spotkać krzywda.

Rzeczywiście, trafne porównanie. Jednak w Pana historii w końcu pojawia się postać Jezusa Miłosiernego. Jaką rolę odegrał w Pana życiu?

Jezus Miłosierny kojarzy mi się z najpiękniejszymi chwilami w moim życiu – z nawiązywaniem relacji i z gigantycznym odkryciem, że Bóg jest żywy i jest Osobą. Zaczęło się od zwyczajnego zapatrzenia w obrazek z wizerunkiem Jezusa. Wtedy zacząłem intensywnie o Nim myśleć. Potem doświadczyłem bardzo bliskiego i poniekąd mistycznego spotkania z Nim. Był moment, kiedy mi się objawił i zaprosił, abym poszedł za Nim.

Wtedy powiedział Pan „tak” Jezusowi, ale Kościołowi wciąż „nie”. Skąd się to wzięło?

To był klasyczny bunt, w którym Kościół jest odbierany negatywnie i jest wręcz przeciwstawiany Chrystusowi. Musimy mieć świadomość, że Zły to coś bardzo realnego i w różny sposób przychodzi do naszego życia. On przede wszystkim nienawidzi Kościoła i bardzo mu zależy na tym, żeby ktoś, kto przeżywa „flirt” z Chrystusem, tego kontaktu z Kościołem nie nawiązał. Wtedy ma łatwiejsze pole do działania. Kościół, dając przykazania czy sakramenty, jest filtrem wyłapującym plewy, które należy oddzielić od życia, by było ono bogate, pełne i bliskie Bogu.

Jaki zatem był ostateczny impuls do nawrócenia?

Tych kroków było kilka. Jeden z nich nastąpił wtedy, kiedy już powiedziałem Kościołowi „tak” i przyjąłem Chrystusa jako mojego Pana i Zbawiciela. Drugim była modlitwa wstawiennicza, która przecięła więzy łączące mnie z mistrzami duchowymi. To było ważne, bo kiedy my odstępujemy od zła, nie zawsze ono odstępuje od nas.

Czym dziś jest dla Pana wiara?

To wciąż jest dla mnie bardzo żywe doświadczenie. Jeśli się zakochamy w jakimś zespole, to lubimy go rok albo dwa, a potem słuchamy innego. Wiara to dla mnie coś stałego. Jest jedynym i najpiękniejszym sposobem na życie. Nie ma innego!

Skoro to jedyny i najpiękniejszy sposób na życie, to znaczy, że jest łatwy?

Nie. Życie w wierze polega na rezygnowaniu z siebie. Patrząc na nie z perspektywy ludzi, którzy kochają tzw. światowe życie, może się wydawać trudne. Najważniejsze jednak jest odcięcie się od patrzenia na Boga jak na automat do spełniania życzeń. Chodzi o to, by prosić Go, żeby dał to, czego On dla nas chce. Sam ciągle się uczę, żeby moja modlitwa nie sprowadzała się do proszenia Boga o zaspakajanie moich pomysłów, ale żeby była służbą.

 

Autor: Paulina Smoroń

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *