Na wojnie przeciw wojnie

Co robi ksiądz na pierwszej linii frontu, że dostaje Brązową Gwiazdę Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych? Strzela czy broni? Ksiądz Mark Mastin SCJ wziął udział w 106 misjach, służył żołnierzom 16 różnych narodowości i wielokrotnie pod ostrzałem wroga był przewożony w bardzo niebezpiecznych konwojach. O powołaniu i postaci number one w swoim życiu opowiada br. Andrzejowi Gancarczykowi SCJ.

Opowiedz naszym Czytelnikom, kim jesteś.

Uczęszczałem do katolickiej szkoły podstawowej, katolickiego gimnazjum i studiowałem w katolickim college’u. Całe moje życie związane było z edukacją katolicką. Pochodzę z bardzo religijnej rodziny. Kiedy byłem w szkole podstawowej, księża sercanie zaprosili mnie do seminarium Najświętszego Serca Pana Jezusa, które znajdowało się w Davidson, w stanie Indiana. Pojechałem wtedy pierwszy raz odwiedzić sercanów i bardzo mile to wspominam. Jako chłopcy mieliśmy sporo zajęć sportowych, a to sprawiało mi wielką radość.

W 1971 roku wstąpiłem do niższego seminarium, przez cztery lata uczyłem się w liceum i rozpocząłem studia seminaryjne u księży sercanów w Chicago. Gdy byłem bliski ukończenia studiów, zmarł mój tata. Byłem najstarszym z ośmiorga dzieci i gdy moja mama musiała zająć się wychowaniem dorastającego rodzeństwa, postanowiłem opuścić seminarium. Poszedłem wtedy do katolickiej szkoły biznesu, na Uniwersytet św. Pawła, zdobyłem wykształcenie ekonomiczne i zacząłem rozkręcać biznes. Trwało to 13-14 lat.

W 1995 roku przeszedłem ciężkie zatrucie pokarmowe i byłem bliski śmierci. Stanowiło to dla mnie duchowe doświadczenie. Czułem, że Bóg wzywa mnie z powrotem do pracy w Kościele. Nie potrafiłem tego na nowo rozpoznać, dlatego poszedłem po pomoc do miejscowego proboszcza. On powiedział: „Potrzebujemy cię w duszpasterstwie młodzieży i do posługi muzycznej”. Grałem wtedy na gitarze i pisałem chrześcijańską muzykę. Zaangażowałem się więc w duszpasterstwo w mojej parafii tak bardzo, że dotarłem do czwartego stopnia jako rycerz Kolumba. Na tym etapie ludzie poświęcają całe swoje życie, by pomagać biednym i zbierać jałmużnę. Poszedłem po radę do kierownika duchowego i ten polecił mi rozważenie powrotu do formacji kapłańskiej, by dokończyć studia i zostać księdzem. Postanowiłem, że tak zrobię, i wróciłem do księży sercanów w Chicago 11 września 2001 roku, dokładnie wtedy gdy terroryści zaatakowali Nowy Jork. W głowie miałem mętlik, wszystko nabierało jakichś ukrytych znaczeń. Był to bardzo dziwny powrót. Na nowo rozpocząłem formację, nowicjat i zostałem wyświęcony 15 grudnia 2007 roku. Wysłano mnie na parafię i poproszono, bym zajął się powołaniami. Nie o tym marzyłem, więc w niedługim czasie postanowiłem wstąpić do wojska. Mój tata brał udział w wojnie w Korei, a dwóch wujków walczyło w czasie II wojny światowej. W czasie mojej posługi kapłańskiej spotykałem też wielu weteranów, którzy potrzebowali pomocy. I tak zostałem kapelanem wojskowym. Bardzo polubiłem tę pracę, jestem w randze kapitana.

W której jednostce służysz?

Jestem w Schofield Barracks na Hawajach, w pobliżu historycznych koszar w Pearl Harbor, gdzie Japończycy zaatakowali USA 7 grudnia 1941 roku. To jest cenne historycznie miejsce, w którym wciąż można zobaczyć dziury po kulach na budynkach.

Otrzymałeś Brązową Gwiazdę Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych przyznawaną za odwagę w obliczu nieprzyjaciela, bohaterstwo lub przykładną służbę.

Brązowa Gwiazda jest wysokim odznaczeniem, które można otrzymać za bohaterskie działania i zasługi. Wyższe odznaczenia przyznawane są wyłącznie tym, którzy zasłużyli się na polu walki. Najwyższym odznaczeniem jest Medal Honoru. Nieczęsto przyznaje się te medale, a tym bardziej rzadziej otrzymują je kapelani wojskowi. Zatem gdy otrzymałem Brązową Gwiazdę, czułem, że jako sercanin wypełniam mój akt oblacji. Jako katolicki duchowny służę ludziom. Z własnego doświadczenia widzę, że bardziej niż kapelani protestanccy muszę być wszędzie obecny. W armii służy naprawdę wielu katolików, wojskowych i cywilów, jest więc to ogromne pole do pracy. Uczestniczyłem w 106 misjach, przebyłem 9000 mil na niebezpiecznym terytorium wroga, byłem transportowany helikopterem, by służyć jako kapłan. Brałem udział w bardzo niebezpiecznych konwojach, przebywałem w bazach, które były bezpośrednio atakowane przez wroga.

Jednym z wielu moich zadań było wspieranie żołnierzy, kobiet i mężczyzn, w zakresie pomocy psychologicznej i w przypadku zaburzeń zachowania. Często w bazach nie było psychologa, więc pełniłem tę rolę. Celebrowałem Mszę Świętą. Pracowałem wśród wojskowych z NATO, żołnierzy z 16 krajów, m.in. z Niemiec, Polski, Włoch, Francji, Węgier, Chorwacji. Mój dowódca namawiał mnie, bym objął swoją pracą duszpasterską tych wszystkich żołnierzy, wychodząc poza ściśle określone rozkazy. Często była to praca bardzo niebezpieczna i wymagająca dużego poświęcenia. Byłem jednym spośród 11 oficerów, którym przyznano Brązową Gwiazdę. Było to dla mnie wielkim zaszczytem, jak również szokiem i zaskoczeniem, bo to najwyższe odznaczenie, jakie mogłem dostać. I to nie tylko w czasie wojny, ale także będąc kapelanem batalionu 1600 kobiet i mężczyzn oraz pracując w garnizonie, gdzie mieszka około 2500-5000 rodzin. Naprawdę jest co robić.

Żołnierze innych narodowości nie mają swoich kapelanów?

Owszem, mają, ale często pracują oni jedynie z wąską grupą swoich żołnierzy. Ja pomagałem katolikom i niekatolikom, pracowałem z wojskami lądowymi, marynarką wojenną i lotnikami z sił powietrznych. Wiele z tych jednostek wojskowych nie ma kapelana, więc musiałem dla tysięcy żołnierzy celebrować Mszę Świętą, uczyć obrzędów inicjacji chrześcijańskiej dorosłych, którzy chcieli stać się katolikami, przygotowywać do bierzmowania i także jako oficer nauczyć się procesu profilaktyki w celu zapobiegania samobójstwom. Była to ogromna odpowiedzialność i jestem tym zaszczycony.

Mark, mam też takie trudne pytanie do Ciebie. Wielu ludzi ma spory moralno-etyczny problem łączenia w sobie tych dwóch ról społecznych: bycia kapłanem i zarazem żołnierzem. Co myślisz na ten temat?

Jako sercanin przez pewien czas pracowałem w Komisji Sprawiedliwości i Pokoju, więc moim zadaniem było także zaszczepianie wśród moich współbraci w Ameryce tych wartości, tak jak to robił nasz założyciel – o. Dehon. Musimy dostrzegać potrzeby ludzi ubogich w konkretnych warunkach gospodarczych, walczyć o sprawiedliwe wynagrodzenie i oceniać to w szerokim, globalnym kontekście, tak jak to robią sercanie zaangażowani w walkę o pokój. Jesteśmy ludźmi i ludzie mają różne poglądy. Większość sercanów w Ameryce jest przeciwko wojnie, podobnie jak ja, ale mogą istnieć odmienne formy realizowania tego w praktyce. Ja jestem kapelanem. Ojciec Dehon, gdy Niemcy walczyli z Francuzami, nie próbował stwarzać różnic między nimi czy traktować ich inaczej i kategorycznie opowiadał się przeciwko wojnie, robiąc tym samym wszystko dla pojednania. Wśród wojskowych kapelanów mamy takie motto: „Bronić życia, dbać o rannych i czcić zmarłych”. Niezależnie od ich rasy czy przekonań religijnych. Ojciec Dehon był przeciwko wojnie i ja też jestem przeciwko wojnie, ale każdy katolik ma prawo do wolności wyznania oraz do opieki duchowej, choćby właśnie w przypadku pełnienia służby wojskowej. Amerykańska konstytucja gwarantuje nam prawo do wolności religijnej i prawo do praktykowania wiary, co wiąże się z zapewnieniem podstawowych potrzeb z tym związanych. Zatem po części jako żołnierz muszę bronić podstawowych praw zawartych w Konstytucji Stanów Zjednoczonych Ameryki. Żołnierze, jak każdy wierzący, zasługują na obecność Pana Boga i sakramentów w czasie wykonywania swojej służby. Jezus nie opuszcza ludzi, którzy właśnie pełnią służbę wojskową. Przy nich też jest obecny Bóg. Dla mnie jest to jasne i oczywiste. Tym, którzy się z tym nie zgadzają, doceniając ich szczerość, powtarzam, że nie możemy porzucić naszych katolickich braci, a także protestanckich, muzułmańskich czy żydowskich. Ponieważ z nimi też pracuję. Przynoszę Boga w pewien rodzaj obłędu, w bezsens, daję poczucie Bożej miłości wobec nich.

Ci ludzie także potrzebują duchowej opieki?

Tak, bowiem wielu młodych ludzi traci wiarę. Pytam młodych żołnierzy, czy w coś wierzą. Niektórzy mówią, że nie. Pytam: „Jakie jest wasze wyznanie?”. Mówią, że są chrześcijanami. Pytam więc: „Czy wiecie, co to oznacza?”. Mówią, że rodzice byli chrześcijanami. Pytam dalej: „Czy praktykujecie swoją wiarę?”. Odpowiadają, że nie. Tak zmienia się ten świat i wciąż musimy szukać sposobów ponownego połączenia człowieka z religią i Bogiem.

Mark, czy widzisz związek pomiędzy Twoją pracą kapelana w armii i duchowością sercańską? Korespondują ze sobą te dwie rzeczywistości czy nie?

Według mnie są one idealnie dopasowane, ponieważ o. Dehon mówił o oblacji i o byciu dyspozycyjnym. Oblacja jest ofiarą z samego siebie. Ecce venio i Ecce Ancilla – Jezu, moja wola niech się stanie Twoją wolą. Maryja powiedziała: „Niech mi się stanie według słowa twego” (Łk 1,38), więc i ja muszę być otwarty na wezwanie Boże. Zadanie kapelana to bycie dyspozycyjnym i obecnym, to poświęcanie się dla innych. Nie znaczy to, że lekkomyślnie wystawiam na niebezpieczeństwo własne życie, lecz ofiarowuję wszelkie niedogodności, nerwy, lęki, by być z tymi, którzy żyją w strachu. Jezus nie unikał walki, w pewnym sensie walczył z Rzymianami, ze złym duchem, był w stanie wojny od pierwszego dnia, gdy udał się na pustynię. Tak samo i ja poszedłem na pustynię z naszymi ludźmi. Także o. Dehon zmagał się z wieloma problemami na początku tworzenia zgromadzenia i nie były to rzeczy błahe. Zatem służba wojskowa jest tylko przedłużeniem naszego charyzmatu, pełnieniem woli Bożej i aktem ofiary.

W Bagram w Afganistanie stacjonowała polska grupa operacyjna, więc spotkałeś też polskich żołnierzy.

Tak, spotkałem wielu polskich żołnierzy. Za każdym razem wspomnienie św. Jana Pawła II wywoływało ich uśmiech. Nie mieli w tym czasie swojego kapelana. Opowiadałem im, że mamy wiele naszych wspólnot w Polsce, przez co czułem, jak ich świat staje się mi bliski. Odprawiałem im Msze Święte, wspólnie modliliśmy się, odmawiając Ojcze nasz. Czułem, że mimo porozumiewania się w innych językach stanowimy jedno. Obchodzimy bowiem wspólnie te same święta. To było piękne przeżycie w okresie Bożego Narodzenia. W wielości języków i kultur czuliśmy się zjednoczeni, świętując narodzenie Zbawiciela.

Mark, bardzo się cieszę, że mogliśmy porozmawiać. Życzę Ci dalszych sukcesów w Twojej pracy i udanego wypoczynku.

Dziękuję. Na końcu naszej rozmowy chciałbym wspomnieć, jak ważną dla mnie postacią jest św. Jan Paweł II. Zawsze byłem zafascynowany osobą Karola Wojtyły. Gdy został papieżem w 1978 roku, powiedziałem sobie: „Chcę być taki jak on. Chcę być kimś, kto tak troszczy się o ludzi i o młodzież”. Święty Jan Paweł II zawsze będzie dla mnie kimś najważniejszym, moim number one. Jesteśmy bardzo wdzięczni Polsce za ten dar. On zmienił świat, przyczynił się do obalenia komunizmu, jest inspiracją dla nas wszystkich. Polacy powinni trzymać głowy wysoko, dumni z powodu tego daru, jakim był św. Jan Paweł II. Szkoda, że nie jestem Polakiem.

Autor: br. Andrzej Gancarczyk SCJ

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *