Miłość w ofensywie

 

Jednym z bardziej przemawiających znaków miłości Boga do człowieka jest sakrament pokuty. To w nim poznajemy cierpliwe Serce Boga, gotowe do czekania, niemęczące się w przekazywaniu Bożego pokoju, który jest owocem szczerze odbytej spowiedzi świętej. Zastanawia jednak, że pomimo łatwości korzystania z tego sakramentu, ciągle wielu chrześcijan nie rozumie jego potrzeby. Korzystają z niego rzadko, tracą wrażliwość, przechodząc obojętnie obok konfesjonału, w którym w imieniu Chrystusa czeka człowiek z kapłaństwem wyrytym w sercu, rozumiejący słabość i niestałość ludzkiej natury na przykładzie własnej grzeszności. Najbardziej bolesne jest to, że sami pozbywamy się możliwości doświadczenia ojcostwa Boga, zadawalając się połowiczną relacją jakiejś modlitewnej zależności, zazwyczaj pretensjonalnego sługi, który wolałby zasługiwać na miłość, niż ją darmowo przyjmować. A to, że nie może ludzkimi siłami sprostać jej wyjątkowości sprawia, że woli podpierać ściany kościołów, usprawiedliwiając się, że nie jest stworzony do rzeczy większych. Tymczasem to Bóg w przebaczeniu uzdalnia nasze serca do większych rzeczy. To On przez uświadomienie nam prawdy o naszym synostwie zaprasza nas do relacji dziecka, o które rzeczywiście dba Ten, który jest Panem nieba i ziemi, życia i śmierci. On pragnie nas wychowywać nie tylko słowem, ale i przykładem, bo jedne uczą, a drugie pociągają. Stąd też życzliwość Boga ukazująca się w konkretnym geście przebaczenia, skierowanym nie tylko ogólnie do wszystkich, w sposób anonimowy, ale i do mnie, z imieniem i nazwiskiem, i z osobistą sprawą, osobistym myśleniem, wyborem, który ostatecznie oddalił mnie od Boga, gdy zwyciężył we mnie grzech ciężki. On nie jest już przeszkodą, to moje uczucia, mój lęk, mój wstyd, moje „nie warto”, moja obojętność, moje „nie chce mi się”, „może innym razem, gdy będę lepiej przygotowany”, „później” – to wszystko może utrudniać tryumf jego miłości w moim życiu i moim sercu, a w konsekwencji w moim domu, sąsiedztwie, miejscu pracy.

niepojęta determinacja Boga

Zadziwia fakt, że choć Bóg mógłby dać sobie spokój i pozostawić nas samych z naszymi problemami i grzechami, mimo to ostatecznie i niezmiennie trwa w ofensywie swojej miłości. Właśnie to odkrywał Kościół, odczytując pragnienie Boga. Na początku chrześcijaństwa z grzechem ciężkim, czyli śmiertelnym, łączyła się pokuta publiczna trwająca wiele lat. Święty Bazyli (+379) w jednym ze swoich listów (214) wspomina o poszczególnych grupach pokutników: „płaczących” – pozostających na zewnątrz kościoła, by prosić o modlitwę za siebie, „słuchających” – opuszczających liturgię po odczytaniu słowa Bożego, „klęczących” – pozostających w takiej postawie podczas zgromadzenia liturgicznego, czy wreszcie „stojących” podczas Eucharystii, ale nie mogących Jej przyjmować. By dopełnić pokuty przechodziło się z jednej grupy do drugiej. Jakież zdziwienie byłoby wśród wielu, gdyby zapoznali się z pokutą wyznaczaną kiedyś za te same grzechy, które popełnia się dzisiaj: rok, dwa lata, dziesięć i więcej publicznej pokuty, rozłożonej na poszczególne etapy. Historia pokazuje, jak przeszliśmy od ciężkiej pokuty do prawdy wyrażonej przez papieża Franciszka w sposób lakoniczny, że „Bóg nie męczy się przebaczaniem nam”, najwyżej my się męczymy w wyznawaniu win. Warto sobie uświadomić, jaką drogę odbył Kościół, by odczytać w pełni zamiary Boga. Dobrze by się stało, gdyby owocem Nadzwyczajnego Roku Miłosierdzia w życiu wszystkich chrześcijan było umiłowanie sakramentu pokuty i pojednania, a co za tym idzie poddanie się Bożej miłosiernej miłości wdzięcznym i poruszonym sercem. Nic tak nie boli, jak miłość odrzucona lub spotykająca się z obojętnością. A tak dzieje się w naszych kościołach. Wiele sióstr i braci uczestniczy w liturgii połowicznie, bez przyjęcia Eucharystii, a więc samej miłości. Bywa, że wchodząc, potykają się niemal o konfesjonał, gdzie mogliby się oczyścić i otworzyć na łaskę. Wiadomo, że część osób w związku z konsekwencjami dokonanych wyborów (np. życie z kimś bez ślubu) nie może z przebaczenia grzechów skorzystać. Nie mogą, nie chcą, nie potrafią zerwać także z okazją do grzechu albo nie pozwala im na to odpowiedzialność za innych. Dobrze, że ci wszyscy nasi bracia i siostry są w kościele i zapewne przeżywają tęsknotę za Bogiem, ukrytym pod postacią chleba i wina, pozostawiając Jego miłosiernemu osądowi swoje życie, przyjmując jednocześnie w duchu pokuty wymagania Kościoła.

ludzkie zaangażowanie

Ale co się dzieje z innymi, którym nic nie blokuje drogi do ołtarza? Nie pragną więcej w nadziei, że i Bóg niczego więcej nie będzie od nich chciał. Tak przeżywane chrześcijaństwo nie cieszy, traci swą świeżość, sprzyja rutynie i powinności. A w chrześcijaństwie chodzi przecież o miłość, i to tę z „najwyższej półki”, doprawioną konkretem miłosierdzia. Jak można kształtować w sobie wyobraźnię miłosierdzia, jeśli nie poddamy jej oczyszczeniu z grzechu i to nie tylko przy okazji Bożego Narodzenia czy Wielkanocy. Ktoś powie: „Przecież nie mam wielkich grzechów, więc po co częściej się spowiadać?”. Nie masz grzechów, a właściwie nie czujesz grzechu, bo się rzadko spowiadasz. Człowiek, który czyni to częściej, rozumie grzech jako brak miłości, nie tylko jako małe „przestępstwo”, które popełnia tak wielu. Dzięki częstszej spowiedzi Boża miłość uzupełnia w nas to, co przez złe wybory zatraciliśmy w imię akceptacji świata, w którym przychodzi nam żyć. Spowiedź czyni nas wolnymi osobami, które doświadczają kruchości swojej woli, ale mogą liczyć na moc, która „w słabości się doskonali”. Przekonujemy się o tym, gdy praktykujemy częstą spowiedź, przynajmniej raz w miesiącu, choćby w pierwsze piątki, albo wtedy, gdy jej potrzebujemy. Błądzić jest rzeczą ludzką, ale tkwić w bezruchu grzechu stronniczością szatana. Nie pozwólmy się trzymać na wodzy złemu. Nie strońmy od konfesjonału, przeciwnie, korzystajmy z jego dobrodziejstwa jak najczęściej, a nie zawiedziemy się i nie zawiodą się na nas najbliżsi, którzy również oczekują naszych zwycięstw w Chrystusie. Ten się przekona o łasce, kto jej spróbuje nawet bez większego przekonania. Ci, którzy przyjmować będą miłosierdzie, będą również umieć je przekazywać innym. Ci, którzy dadzą się przekonać Bożej miłości, będą mogli rozsmakować się w jej pięknie. Bez względu na Twój wybór, ja nadal będę okupował konfesjonał z jednej i drugiej strony, czekając na tych, którzy tego potrzebują, cichą modlitwą przywołując ich z pozornie poukładanego, ale pozbawionego radości życia, aby usłyszeli głos Boga: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11,28). Albo: „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie i nie zachwieje się moje przymierze pokoju” (Iz 54,10). A wszystko po to, by nikt nie miał wątpliwości, że Jego miłość jest wciąż w ofensywie i taką do końca pozostanie nawet po zakończeniu Jubileuszu Miłosierdzia.

Autor: ks. Sławomir Kamiński SCJ

Formator, rekolekcjonista, wykładowca historii Kościoła w Wyższym Seminarium Misyjnym w Stadnikach, duszpasterz Domu Rekolekcyjnego Księży Sercanów w Kluczborku.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *