Miłość prawdziwa wdzięczna jest…

 

Jedno z piękniejszych słów, które chciałoby się słyszeć jak najczęściej, to po prostu „dziękuję”. Wdzięczność bowiem to postawa przełamująca naszą ludzką skłonność do zatrzymywania się na sobie. Jest owocem przeświadczenia, że w życiu nie jesteśmy samotnymi wyspami, a w pewnym stopniu poleganie na innych pomaga nam szczęśliwie egzystować. Wypowiadanym „dziękuję” możemy nawzajem sprawiać sobie radość, i to taką, która pozostaje w nas na dłużej i rodzi pokój serca jako owoc spełnienia.

W życiu codziennym słowo „dziękuję” funkcjonuje obok „proszę” i „przepraszam” niemal jak słowo magiczne. Bywa, że przełamuje wewnętrzne lody, potęguje życzliwe pokłady czyjegoś serca, a wypowiadane nie tylko kurtuazyjnie wzmacnia relacje międzyludzkie, bowiem wydobywa z cienia czyjąś dobroć. Pewnie nie mamy wątpliwości, że wdzięczność jest tak ważna w życiu rodzinnym, sąsiedzkim czy też ogólnospołecznym. Słowo „dziękuję” sprawia, że świat w naszym postrzeganiu wydaje się mieć intensywniejsze kolory, a rodząca się przy tej okazji nadzieja dodaje skrzydeł. Tym bardziej jest ona ważna w kontekście naszej relacji z Bogiem. Zauważamy czasem, że w relacji z Nim więcej w nas prośby, także tej o przebaczenie, a mniej po prostu dziękczynienia. I nie pamiętamy często o tym, choć w pewien sposób wiemy, że w perspektywie duchowej – kto raz dziękuje, ten dwa razy prosi.

eucharystyczna duchowość wdzięczności

Może nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę, ale przecież wdzięczność może stać się sposobem na życie także, a może przede wszystkim w naszych relacjach z Bogiem. Dla o. Leona Dehona ta sprawa była oczywista, dlatego w piątej i zarazem ostatniej tajemnicy części eucharystycznej Koronki do Najświętszego Serca Pana Jezusa właśnie tej sprawie poświęcił więcej uwagi, tak jakby „dziękuję” naprawdę mogło być ostatnim słowem. „Sercu Jezusa i z eucharystycznym Sercem Jezusa Bogu Ojcu dzięki składajmy” – właśnie taka intencja ma przyświecać modlitwie. Człowiek, który wpatrując się w otwarte włócznią żołnierza Serce Chrystusa i doświadczając zarazem ciepła Jego miłości za sprawą tej szczególnej możliwości dotknięcia jej Tomaszowymi dłońmi, może tylko powiedzieć „dziękuję”. Tylko co zrobić, by moje ludzkie „dziękuję” rzeczywiście dotknęło Serca Ojca? Przecież między nami a Bogiem istnieje ostatecznie przepaść, która charakteryzuje relację między stworzeniem i Stwórcą. Rozwiązaniem tej kwestii jest ludzkie Serce Jezusa, będące czytelnym znakiem miłości synowskiej. To ludzkie Serce Chrystusa i Jego pełnia posłusznej i ofiarnej miłości są dla nas, zwykłych śmiertelników, niejako kluczem do ojcowskiego Boskiego Serca, dlatego z Sercem Jezusa mamy Bogu Ojcu dzięki składać. Najlepszą i uprzywilejowaną przestrzenią do uwiecznienia naszej wdzięczności jest Eucharystia, inaczej Dziękczynienie, w której przywoływana jest w sposób bezkrwawy wdzięczna ofiara, jaką złożył na krzyżu Jednorodzony Syn Boży. Nie ma więc większej możliwości, by dziękować Bogu, jak poprzez Eucharystię i podczas niej. Tu możemy wdzięcznie słuchać Jego słowa. Tu też mamy możliwość przyjęcia Jego zbawiennego ofiarowania się Ojcu i zarazem nam, potwierdzając niczym niewarunkowaną miłość Boga do człowieka. Tu naprawdę tę prawdziwą miłość możemy przyjąć w Komunii Świętej i łączyć się z Chrystusem w Jego wdzięczności Ojcu, traktując ją zarazem jako wynagrodzenie naszej ludzkiej obojętności i niewdzięczności, której przecież konkretnym wyrazem życiowym są niestety nasze grzechy. W Eucharystii moja wdzięczność staje się niejako na miarę nieba, bo opiera się na wdzięczności, jaką ma Syn Boży w stosunku do Ojca. Podczas każdej Eucharystii staje się rzeczywiście jeszcze bardziej widocznym bycie synem w Synu w relacji do Ojca.

Eucharystia – szkoła wdzięcznej miłości

Jeśli tak się sprawy mają, to może braki w tej wdzięczności dnia powszedniego, na które niejednokrotnie się sobie nawzajem skarżymy, są może jakoś zależne od naszego podejścia do Mszy św. Rezygnując z niej, łatwo tracimy poczucie wdzięcznej zależności od Boga. Przeżywając ją bez zaangażowania, umacniamy w sobie oziębłość, która zwycięża w nas także w relacjach z bliźnimi. W czasach, w których w relacjach międzyludzkich dominuje zasada „coś za coś”, a więc proporcjonalnego dawania w takiej ilości, w jakiej mogę otrzymać w zamian, tak łatwo o pretensjonalność, która na pewno nie jest przyjaciółką wdzięczności. Przeświadczenie, że to albo tamto mi się należy, bo ja to czy tamto zrobiłem, ostatecznie oziębia nasze serca, tak że stają się one mniej skłonne do wdzięcznych uczuć. Dobrze przeżywana Eucharystia może nas, chrześcijan, od takiego znieczulenia serca zachować, bo ciągle przypomina nam o darze usprawiedliwienia, którego nigdy nie będziemy w stanie spłacić. Ona też pomaga nam otwierać oczy na to, że tak bardzo jesteśmy obdarowani przez Boga, który stoi zawsze za darami otrzymanymi od drugiego człowieka, będącego tylko ich przekazicielem. Nam pozostaje więc po prostu dziękować, także po to, by w ten sposób kochać coraz więcej, więcej i więcej.

Autor: ks. Sławomir Kamiński SCJ

Formator, rekolekcjonista, wykładowca historii Kościoła w Wyższym Seminarium Misyjnym w Stadnikach, duszpasterz Domu Rekolekcyjnego Księży Sercanów w Kluczborku.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *