Lepiej być bogatym niż biednym

O tym, czy chrześcijanie powinni dużo zarabiać, w rozmowie z Pauliną Smoroń mówi ks. Jacek Stryczek, duszpasterz ludzi biznesu, pomysłodawca, współzałożyciel i prezes Stowarzyszenia WIOSNA.

Czy pieniądze stanowią temat tabu w Kościele? I czy oznacza to, że wierzący powinni bać się bogactwa?

Myślę, że jest to temat całkiem normalny i nie powinniśmy się bać podejmowania go ani też samego bogactwa. Oczywiście pieniądze niejednokrotnie zmieniają tożsamość człowieka, jeżeli posiadając je, jest on przekonany, że jest kimś większym niż w rzeczywistości. Jezus nazywa pieniądze mamoną i mówi, żeby pozyskiwać sobie nimi przyjaciół. Tym samym wskazuje na to, że można dzięki nim zrobić również coś dobrego.

Wydaje się, że kluczową przypowieścią dla sposobu rozumienia pieniędzy w Kościele jest opowiadanie Jezusa o talentach (Mt 25,14-30). Czego właściwie możemy się z niej dowiedzieć?

Jeden talent stanowi 34 kg złota! W przypowieści słyszymy, że ten, kto je pomnożył, uzyskał 100 proc. zwrotu z kapitału i dlatego usłyszał od gospodarza, czyli od Boga: „Dobrze, sługo dobry i wierny! W małej rzeczy byłeś wierny, nad wieloma cię postawię” (Mt 25,21). Kto zatem pomnożył tak duży kapitał, odniósł jednocześnie dwa sukcesy: oparł się pokusie i okazał się efektywny. W nagrodę może rządzić w królestwie niebieskim. Warto zauważyć ponadto, że chrześcijanie w pierwszych wiekach wybierali na swojego biskupa człowieka sprawdzonego w życiu, tzn. takiego, który miał pieniądze i odnosił sukcesy.

Wychodzi na to, że zdolność do bogacenia jest również darem od Boga, który mamy rozwijać. Jak to robić?

Zarabianie jest na ogół proste. Nie polega ono jednak – jak uważa wielu – na chęci bogacenia się, ale na tym, żeby robić coś, za co inni chcą płacić. Umiejętność odpowiadania na potrzeby innych możemy zaś nazwać miłością. Ona polega na tym, że nie myślę o sobie, lecz o potrzebach innych ludzi. Jeżeli więc ktoś kocha, potrafi też z łatwością zarabiać. Na tym właśnie polega biznes, że nie zarabiamy dlatego, że chcemy mieć więcej w kieszeni, tylko dlatego, że potrafimy odpowiedzieć na czyjąś potrzebę.

Jak ocenia Ksiądz stan biznesu w Polsce?

Wydaje mi się, że wiele osób – również w świecie wierzących katolików w naszym kraju – jest przeświadczonych o tym, że jak czują, że wierzą, to naprawdę wierzą, a jak czują, że kochają, to naprawdę kochają. Moim zdaniem za mało zastanawiają się oni jednak nad tym, czego potrzebują inni ludzie. A to jest przecież podstawowa cecha chrześcijanina! To samo dotyczy biznesu. Należy pracować tak, żeby to przynosiło zysk. Poznacie po owocach. Prawdziwy biznes w Polsce dopiero się tworzy.

Z tego, co Ksiądz mówi, wynika, że pieniądze nie są niczym złym, a przynajmniej nie muszą być. Jak ma się zatem do tego biblijna przypowieść o uchu igielnym?

To jest właśnie opowieść o tym, że jeżeli ktoś przypisuje sobie większą wartość przez to, że ma pieniądze, władzę czy określony status społeczny, nie przeciśnie się przez to „ucho”. Ono jest symbolem budowania relacji z Bogiem. Bóg nie pyta: „Ile masz?”, tylko: „Czy jesteś dobry?”. Jestem przekonany, że Bóg wybiera sobie w ten sposób znajomych na wieczność. Nie dorobek zatem, a to, że człowiek jest wartościowy otwiera przed nim niebo.

Bogactwo to stan portfela czy raczej ducha?

Wiele osób żyje w pogoni za tym, żeby mieć więcej, a potem i tak nie ma czasu z tego korzystać. Oczywiście uważam, że lepiej być bogatym niż biednym, a jeśli komuś przeszkadzają pieniądze, to niech je rozda. Ewangelia rozróżnia dwie rzeczy – to, że ktoś ma mało oraz to, że mało potrzebuje. Ubodzy w duchu to właśnie ci, którzy potrzebują mało, nie zaś mało mają. Takiej właśnie postawy uczę ludzi.

Przychodzi mi na myśl przysłowie, że pieniądze szczęścia nie dają. Czy jednak biedni są szczęśliwi?

To nie bogactwo przysparza nam problemów, chociaż może ono przyczynić się do utraty tożsamości. To jest jedynie pokusa. Po latach doświadczeń nie uważam również, że ci, którzy mają mało, są fajniejsi od tych, którzy mają dużo. To nie jest żaden wyznacznik. Według mnie szczęście ma niewiele wspólnego z posiadaniem. Co innego wpływa na szczęcie.

Czy to znaczy, że ludzie ubodzy są życiowymi nieudacznikami?

Tak, jeśli ubóstwo staje się ich postawą życiową. Trzeba tu rozróżnić kilka rzeczy. Zapewne niełatwo jest tym, którzy mają trudny start. Rozumiem, że istnieją rodziny, w których tylko traci się czas i nie zachęca dzieci do rozwoju. Ponadto trudniej jest pokonać własne bariery ludziom, którzy wychowywali się w środowisku, gdzie zdolność do zarabiania nie była czymś naturalnym. Poza tymi dwiema sytuacjami, wszyscy jesteśmy tacy sami. Mamy mnóstwo szans do wykorzystania. Trzeba tylko chcieć z nich skorzystać. To jest proste przełożenie – jeśli ciężko nad sobą pracujesz, z czasem zaczniesz więcej zarabiać.

Jaki powinien być nasz następny krok, gdy już dostrzeżemy tę szansę?

Nigdy nie mówię ludziom, jak mają żyć. Powtarzam tylko, że warto przekraczać siebie, by wejść na poziom bycia indywidualnością. Indywidualność to ktoś, kto wpływa na bieg życia świata, a nie świat na niego. Są oczywiście podstawowe zasady w dążeniu do sukcesu – ciężka praca nad sobą, budowanie partnerskich relacji z innymi i testowanie, czy to, co mam do zaoferowania ludziom, jest dla nich atrakcyjne. A zarabianie pieniędzy zależy od tego, na jaką ludzką potrzebę odpowiadamy i w jakim stylu to robimy.

Jak nie ulec pokusie bogacenia się kosztem własnej tożsamości?

Podstawą jest asceza. Z punktu widzenia Ewangelii, nie ważne, ile kto ma, ważne, że się rozwija.

Co robić, gdy pieniędzy jest za dużo? Rozdawanie biednym to dobry pomysł?

Nikomu nie można mówić, co ma robić, ale jeśli chodzi o kwestię pomagania we wspólnocie Kościoła uważam, że to powinno być czymś naturalnym. Jezus mówił, że więcej szczęścia jest w dawaniu niż w braniu. Bez takiej postawy nie ma pełnego człowieczeństwa.

Powiedział Ksiądz, że temat pieniędzy w Kościele powinien być czymś naturalnym. Dlaczego więc takie oburzenie wywołuje to, że ktoś ma ich więcej lub gdy jakiś kapłan kupuje sobie drogi samochód?

Na pewno żyjemy w świecie postpeerelowskim. Zdefiniowałem to jako katomarksizm. Jest on pewną pseudoreligią, która wykształciła się w wielu ludziach. Karol Marks mówił, żeby nienawidzić bogatych, Jezus z kolei, że trzeba kochać ubogich. W rezultacie, w umysłach wielu stało się to jedną religią, pseudoreligią. W imię Boga należy kochać ubogich i nienawidzić bogatych.

Większość narracji antykościelnych w sprawach finansowych jest zbudowana na stereotypach rodem z PRL, kiedy były one po prostu propagandą państwową. Uważam, że od tego czasu pieniądze w Kościele są sztucznie tworzonym tematem tabu.

Autor: Paulina Smoroń

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *