Kto jest twórcą życia?

Mnogość banków nasienia i komórek jajowych, kliniki oferujące in vitro, usługi surogatek… Liczba ludzi korzystających z powyższych rozwiązań dotyczących poczęcia dziecka może świadczyć o tym, że dla wielu osób podejście Kościoła do kwestii rozwiązywania problemów z płodnością wydaje się być zbyt idealistyczne. O tym, co mówi Kościół o radzeniu sobie z niepłodnością, w rozmowie z Eweliną Del Fiaco opowiada Tomasz Łukowski – doradca rodzinny, mąż od 37 lat, ojciec trzech synów i dziadek pięciorga wnucząt.

Dlaczego Kościół „wtrąca się” w tak intymną sferę, jaką jest ludzka płodność i seksualność?

Jakie są pierwsze słowa Boga, kiedy zaczyna się historia świata i człowieka? Nie mówi On: „Alleluja, padnijcie na kolana!”. Bóg mówi: „Rozmnażajcie się”. A dalej w Księdze Rodzaju czytamy: „Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem” (Rdz 2,24). Nie jedną duszą, ale jednym ciałem. To jest tekst o współżyciu, o akcie małżeńskim. Współżycie jest jakby dotykaniem natury Boga, bo On jest jednością różnych osób. My też we współżyciu stajemy się jedno, jak On jest jeden. Nie ma piękniejszej ikony Boga niż współżycie małżeńskie. Ono jest święte, piękne, owocujące, jeśli wypływa z jedności małżeńskiej. Tylko Bóg potrafi stworzyć coś z niczego. Rodzicielstwo to powoływanie bytu, który nie istniał wcześniej. Pan Bóg podzielił się z nami zdolnością stwarzania. I to jest wielka szansa, ale też wielka odpowiedzialność, która jest zadana właśnie w małżeństwie. Jeśli Kościół chce zajmować się człowiekiem zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i społecznym, jeśli chce pochylać się nad dobrem, sensem życia i szczęściem człowieka, to zwyczajnie nie może nie odnosić się do tak istotnej sfery.

Czym jest zatem płodność i w jaki sposób powinniśmy ją traktować?

Miłość nie tyle musi się rozwijać, ale czemuś służyć, owocować. Płodność i rodzicielstwo wydają się najbardziej naturalną formą owocowania miłości w małżeństwie, choć trzeba podkreślić – nie jedyną. Jeśli miłość nie jest płodna, łatwo się degeneruje. Daliśmy sobie wmówić, że płodność to kłopot i problem. Środki antykoncepcyjne nazywamy lekami, a cóż takiego one leczą i jaki problem usuwają? Na różnych forach internetowych widzę, jak dziewczyny mówią o dziecku i poczęciu w kategoriach niebezpieczeństwa. Pozwoliliśmy sobie wmówić, że płodność to zagrożenie, niebezpieczeństwo. Tak naprawdę najlepiej na to pytanie odpowiedzieliby ludzie, którzy zmagają się z niepłodnością, od dziesięciu lat budzą się w nocy z ogromną tęsknotą za dzieckiem. Płodność jest raczej przywilejem, darem, błogosławieństwem.

Kiedy pojawiają się problemy z płodnością, Kościół proponuje naprotechnologię. W świadomości wielu ludzi jest ona często utożsamiana z mało skuteczną metodą kalendarzykową. Czym właściwie jest naprotechnologia?

Naprotechnolodzy proponują rzecz w sumie dość oczywistą tzn., żeby w leczeniu niepłodności pamiętać o tym, że płodności nie powinno się traktować w oderwaniu od całej reszty, od tego, jak funkcjonują organizmy rodziców, od ich fizjologii, ale także psychiki. To nie tylko rzetelne przyglądanie się cyklom płodności, ale całościowe spojrzenie na szeroko rozumiane zdrowie rodziców, uwzględniające zarówno na etapie stawiania diagnozy, jak i w późniejszej terapii wszystko to, co jest w stanie zaoferować współczesna medycyna z jednoczesnym poszanowaniem godności osób, szacunkiem do życia. Zatem naprotechnologia to również chirurgia, endokrynologia, ginekologia, alergologia, dietetyka, andrologia, wszelkie uznane procedury diagnostyczne. To, że tak szczególną uwagę zwraca ona na obserwację płodności, wcale nie odejmuje jej profesjonalizmu i rzetelności. Naprotechnolodzy próbują leczyć, ale nie za wszelką cenę i w pewnej pokorze, bo też nie wszystko da się wyleczyć. Leczenie poprzedzone jest tutaj porządną wieloetapową diagnostyką.

Czy da się w jakiś sposób określić skuteczność naprotechnologii?

Naprotechnologia to dział medycyny i o jej skuteczności trzeba mówić tak, jak w odniesieniu do innych dziedzin. Czy chirurgia jest skuteczna? A onkologia? Czasem jest. Naprotechnologia z pewnymi rzeczami sobie radzi, z innymi nie. W niej pierwsze miejsce zajmuje diagnostyka, a ona zawsze jest kosztowna i wymaga czasu, ale też bez niej nie sposób sobie przecież wyobrazić jakiegokolwiek sensownego leczenia. Odnoszę wrażenie, że część komercyjnych klinik nie podejmuje się żmudnego szukania podłoża problemu z płodnością, co może zająć nawet lata. Łatwiej jest przejść od razu do in vitro. W takich ośrodkach źródła niepokoju diagnozowane są szybko. Dotyczą drożności jajowodów, poziomu hormonów, owulacji, badania nasienia. Czy uwzględniają jednak przy tym na przykład jakąś alergię, która nigdy nie objawiła się na zewnątrz, a blokuje zajście w ciążę? Naprotechnologia w diagnostyce jest bardzo skuteczna, ale jeśli występuje brak jajników lub w nasieniu znajduje się zero plemników zdolnych do zapłodnienia? Nie wszystkie problemy da się rozwiązać. Ktoś powie: „Ci od in vitro sobie z tym poradzą”. Oni sprawią oczywiście, że będziemy mieli dziecko, ale nie są w stanie sprawić, by jądra mężczyzny zaczęły produkować plemniki.

Kościół nie stygmatyzuje dzieci poczętych drogą in vitro, nie odziera ich z godności, traktuje na równi bez względu na okoliczności poczęcia. Co w jego nauczaniu jest nie do przyjęcia, jeśli chodzi o tę metodę?

Argumenty chroniące życie osoby ludzkiej w procedurze in vitro są dość znane i oczywiste. Istotą sporu jest moment początku istnienia osoby ludzkiej z jej prawem do godności, szacunku i ochrony, także prawnej. To, że człowiek jest nim w momencie poczęcia, trudno udowodnić.. To jest kwestia wiary. Osoba ludzka to ciało i dusza nieśmiertelna. Skąd jesteśmy pewni, że Pan Bóg daje duszę nieśmiertelną w momencie, kiedy plemnik wdziera się do komórki jajowej? Czy w przypadku bliźniaków jednojajowych, daje On od razu dwie dusze, czy dopiero potem, kiedy dochodzi do podziału zapłodnionej komórki jajowej? Nie wiem, nie jestem pewien, kiedy człowiek staje się człowiekiem, jednak to „nie wiem” wystarczy, aby bić się o godność dla każdego stadium rozwoju. Jeśli matka nie jest pewna, czy jej dziecko siedzi w szafie, czy też nie, to nie można tej szafy wyrzucić z okna z 11 piętra, a później twierdzić, że się nie wiedziało. Szafę można wyrzucić w momencie, kiedy jesteśmy pewni, że nie ma w niej dziecka. Skoro nie jesteśmy pewni, to wystarczy, żeby nie podnosić na nie ręki, nie wkładać do zamrażarki.

W jaki sposób Kościół zabiega o poszanowanie godności poczętych dzieci?

Powinniśmy mocno i wyraźnie wyrażać swoje stanowisko, artykułować argumenty, uzasadniać racje, ale przecież to nie argumenty i racje zwyciężają. W mojej ocenie rozstrzygające jest to, co chrześcijaństwo ma największego, najcenniejszego, czyli miłość. Stosunkowo łatwo formułujemy oceny, znacznie trudniej idzie nam dyskutowanie w taki sposób, aby rozmówca uznał mnie za swojego przyjaciela, żeby usłyszał, że mi na nim zależy. Nie sposób, rozmawiając o in vitro, ale też np. o aborcji, abstrahować od faktu, że w tych sytuacjach najbardziej poranionymi, cierpiącymi i potrzebującymi wsparcia są kobiety, małżonkowie, często w samotności zmagający się z tym, co ich przerosło, także z ogromnymi wyrzutami sumienia. Jeśli przyznajemy się do chrześcijaństwa, do Kościoła, to może powinniśmy zwrócić większą uwagę na narrację również w kwestii aborcji czy antykoncepcji. Nasi rozmówcy powinni wiedzieć, że chodzi nam przede wszystkim o ich dobro. Jeśli my te wszystkie pary, które skorzystały z in vitro, oplujemy, obrzucimy kamieniami, szansa, że one przyjdą do nas i powiedzą: „Macie rację”, jest właściwie zerowa.

Chęć posiadania potomstwa jest często tak silna, że pary decydują się na różne rozwiązania, m.in. na skorzystanie z usług tzw. surogatek lub banków nasienia. Jak Kościół odnosi się do tego?

W Biblii ani w Katechizmie Kościoła katolickiego nie znajdziemy raczej rozstrzygnięć w kwestii banków nasienia czy surogatek. Natomiast z pewnością jesteśmy zapraszani do tego, by coraz mocniej odkrywać istotę ewangelicznego przekazu i godności osoby ludzkiej, do permanentnej, pogłębionej formacji, nieustannego kształtowania swojego sumienia. Jeśli uważamy, że współżycie jest piękne, owocujące, jeśli łączy mężczyznę i kobietę i jest otwarte na życie, bank nasienia uderza w ten obraz godnego, świętego współżycia i instytucja surogatki również. Surogatka to kobieta, która stała się matką mojego dziecka, choć nie współżyliśmy. W przypadku banku nasienia brakuje z kolei współżycia otwartego na życie. Obserwujemy, do czego prowadzą tego typu pomysły. Na Wyspach Brytyjskich liczba dawców nasienia jest dość ograniczona. Po ulicy chodzi mnóstwo ludzi, którzy są ze sobą spokrewnieni. Wchodzą oni w związki, mając jednego ojca i żadnych możliwości, żeby się dowiedzieć, kto nim jest. W Indiach pewna pani postanowiła dostać się do księgi rekordów Guinnessa i w wieku 70 lat wszczepiła sobie zarodek. Została najstarszą matką na świecie. Czy ktoś w tym wszystkim pomyślał jednak o dziecku? We Włoszech mężczyzna rozwiódł się z żoną i poślubił młodszą kobietę, ale umarł, przepisując majątek na swoje dzieci i obie panie. Porzucona starsza żona odmrażała ich kolejne zarodki, żeby uszczuplić część spadku przypadającą na młodszą partnerkę swojego byłego męża. Co z kolei w sytuacji, jeśli jedna kobieta daje komórkę jajową, druga jest surogatką, donosi ciążę i urodzi dziecko, a trzecia sfinansuje cały projekt? Która z nich jest prawdziwą matką? Co jeśli któraś z nich zmieni zdanie i postanowi wycofać się z zawartej umowy?

Avatar

Author: Ewelina Del Fiaco

Share This Post On

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.