Korytarze nadziei

 Franciszek przypomina światu, że migranci są przede wszystkim ludźmi. Wspólnotę międzynarodową wzywa do porzucenia własnych lęków i realnego rozwiązania tego największego od czasów II wojny światowej kryzysu humanitarnego.

 

„To był przejmujący dzień, łzy same cisnęły się do oczu” – mówił Franciszek, wracając z wyspy Lesbos. Odwiedził tam obóz dla uchodźców. Przypomniał im, że nie są sami i zaapelował, by nie tracili nadziei. Świat wzywał, by hojnie odpowiedział na pytanie: „Gdzie jest twój brat?”. Od samego początku pontyfikatu kwestia pomocy uchodźcom stanowi ważną część nauczania papieża. Nauczania, które przysparza mu tylu przyjaciół, co oponentów. Symbolicznym pokazaniem tego, że uchodźcy potrzebują rzeczywistej pomocy było zabranie papieskim samolotem z Lesbos do Rzymu trzech rodzin z małymi dziećmi. Ich pobyt finansuje Watykan, a w integracji pomaga Wspólnota Sant’Egidio. To właśnie ona stoi za ideą korytarzy humanitarnych. Fakt, że pomysł zrodził się we Włoszech nie jest przypadkiem. To właśnie do wybrzeży tego kraju wciąż przybywa najwięcej uchodźców. Tylko w 2016 roku dotarła tam rekordowa liczba aż 180 tys. osób z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki. W wodach Morza Śródziemnego zginęło w tym czasie ponad 5 tys. osób. Właśnie te niebezpieczne podróże zainspirowały pomysł otwarcia bezpiecznych korytarzy humanitarnych. Bezpiecznych dla tych, którzy uchodzą przed wojnami, prześladowaniami i głodem oraz dla tych, którzy ich przyjmują. Dodatkową wartością projektu jest fakt, że jest to inicjatywa ekumeniczna prowadzona przez Wspólnotę Sant’Egidio wraz z Federacją Kociołów Ewangelickich i Kościołem Waldensów oraz włoskim rządem i episkopatem. Pomysł korytarzy humanitarnych mocno popiera Franciszek i papieska Dykasteria ds. Integralnego Rozwoju, w której działa specjalne biuro zajmujące się problemem uchodźców, nad którym pieczę sprawuje osobiście papież. W ślady Włoch poszły m.in. Francja i Hiszpania. Również polski episkopat rozważa możliwość otwarcia korytarzy nadziei. Franciszek podkreśla, że korytarze humanitarne są gwarancją integracji. Przypomina zarazem, że „rządzący powinni suwerennie kierować się chrześcijańską roztropnością i przyjmować tylu uchodźców, ilu są w stanie”.

jak to działa?

Korytarze humanitarne nie są programem masowym. W ciągu roku do Włoch dotarło tysiąc osób. Są to głównie matki z dziećmi, osoby chore, starsze, niepełnosprawne, ofiary tortur. „Nasi wolontariusze pracują bezpośrednio w obozach dla uchodźców. Tam wyszukują najbardziej potrzebujących, którzy poddawani są dokładnej weryfikacji danych osobowych, powiązań i rzeczywistych potrzeb. Każda zakwalifikowana osoba otrzymuje wizę o ograniczonej ważności terytorialnej, a więc pozwalającą na legalny pobyt tylko na terenie przyjmującego kraju oraz ma zagwarantowany bezpieczny transport. Po przybyciu do Europy może ubiegać się o azyl” – podkreśla Marco Impagliazzo ze Wspólnoty Sant’Egidio. Ważne jest także to, że po dotarciu do miejsca przeznaczenia uchodźcy nie są pozostawieni sami sobie, lecz mają zapewnioną konkretną pomoc. Wysyłani są na kurs języka, dorosłym pomaga się znaleźć pracę, a dzieci idą do szkoły. To pierwszy krok ku prawdziwej integracji. Uchodźcami opiekują się diecezje, stowarzyszenia i rodziny, które dbają o ich dobre zaaklimatyzowanie w danej społeczności. To zdecydowanie mocna strona korytarzy. To także nowy wymiar włoskiej polityki migracyjnej, która stara się odchodzić od organizowania niesprawdzających się i generujących problemy wielkich ośrodków i zastępowania ich mniejszymi centrami dla migrantów. Ważne jest także to, że korytarze humanitarne we włoskim wydaniu nie obciążają państwa, ponieważ wszelkie koszty pokrywają poszczególne Kościoły. Katolicki czyni to ze środków pochodzących z dobrowolnego odpisu podatkowego odprowadzanego przez wiernych.

uchodźca w moim domu

Dwie pierwsze syryjskie rodziny, które dzięki episkopatowi przybyły z obozów w Jordanii znalazły schronienie w San Giovanni Rotondo. Husam i Intisar mają czterech synów. Jeden z nich jest dializowany w oczekiwaniu na przeszczep nerki, którą ofiaruje mu matka. Walled i Nahdieh mają siedmioro dzieci. Osiemnastoletnia córka jest mocno upośledzona z powodu raka przysadki mózgowej. Otrzymali specjalistyczną pomoc w założonym przez św. Ojca Pio szpitalu „Dom Ulgi w Cierpieniu”. Rodziny zamieszkały w „Domu papieża Franciszka”, czyli ośrodku dla potrzebujących, który jest odpowiedzią kapucynów na wezwanie do wychodzenia na peryferie. Mają do swojej dyspozycji po dwa pokoje z łazienką i wspólną kuchnię. W integracji pomagają im inni Syryjczycy przyjęci już wcześniej w tym miasteczku w ramach projektu „Chroniony – uchodźca w moim domu”. Wszyscy intensywnie uczą się włoskiego. „Na Lesbos dotarłem przepełnionym ludźmi pontonem. Ci, którzy wypłynęli tuż po nas, nigdy nie dotarli na wyspę” – mówi 30-letni Quatiba. Jest inżynierem, pracował w rafinerii. Przez kilka miesięcy był torturowany przez dżihadystów z Państwa Islamskiego, którzy schwytali go na polach naftowych. Gdy był w niewoli, jego żona z dwojgiem małych dzieci uciekła z Syrii. Odnaleźli się na Lesbos. Stamtąd wraz z grupą innych uchodźców zabrał ich Franciszek. Dzieci chodzą do przedszkola, mężczyzna pomaga w sklepie, kobieta w restauracji. Mieszkają w parafialnym mieszkaniu i choć są muzułmanami, wrastają w tamtejszą wspólnotę. „Papież wyrwał nas z piekła obozu, ale przede wszystkim wydarł z rąk handlarzy ludźmi” – mówi mężczyzna. Jak tylko nastanie pokój, chcą wrócić do Syrii.

Coraz więcej Włochów opowiada się właśnie za takim modelem pomocy uchodźcom. Franciszek, który poparł akcję Caritas Internationalis „Dzielmy podróż z innymi”, wskazuje, że „rozwiązanie aktualnego kryzysu migracyjnego wymaga skoordynowanych i systematycznych działań międzyrządowych, prowadzonych zgodnie z obowiązującymi normami międzynarodowymi, przenikniętych miłością i inteligencją”. Przypomina, że nie można dać się pokonać lękowi przed obcym. Nie bez przyczyny w czasie swej wizyty w rzymskiej siedzibie FAO Franciszek w prowokacyjny sposób włączył się w dyskusję o kryzysie migracyjnym. Pracownikom tej oenzetowskiej organizacji zostawił w darze rzeźbę przedstawiającą anioła płaczącego nad ciałem Aylana, syryjskiego chłopca, który został znaleziony martwy na plaży po tym, jak z rodzicami próbował podróży nadziei. Wizerunek martwego chłopca stał się symbolem dramatu uchodźców na całym świecie i ich wołania o pomoc.

Beata Zajączkowska

Autor: Beata Zajączkowska

Dziennikarka Radia Watykańskiego, publicystka Gościa Niedzielnego. Współpracująca z portalami Wiara.pl i Stacja7.pl oraz Misyjnymi Drogami i Pastores. Pracując w sercu chrześcijaństwa u boku już trzeciego papieża fascynuje się odkrywaniem bogatej mozaiki Kościoła powszechnego. Zakochana po uszy w Afryce, gdzie kiedy tylko może ucieka. Czarny Ląd to dla niej bijące serce Kościoła, a przede wszystkim ląd gdzie ludzie relacje mają jeszcze znaczenie. Teren gdzie mimo nędzy, wojen i prześladowań można się uczyć radości życia i mocy wiary.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *