Jesteśmy jak rodzina

O tym, co daje siłę w kapłaństwie, o walce z komunistami o klasztor i o niespełnionych marzeniach w rozmowie z Pauliną Smoroń opowiada ks. Kazimierz Marekwia, 94-letni, najstarszy polski sercanin.

Dlaczego wybrał Ksiądz zgromadzenie sercanów?

Wspólnie z bratem dowiedzieliśmy się o tym zgromadzeniu z gazety, w której sercanie zapraszali młodzież do Małego Seminarium. Mój brat wstąpił do niego jako jeden z pierwszych w 1932 roku. Pamiętam, jak pojechaliśmy z rodzicami do Felsztyna pod Lwowem na jego pierwsze śluby. Tak też poznałem to zgromadzenie osobiście. Sam dołączyłem do niego w 1947 roku.

Miał Ksiądz wtedy 22 lata.

Tak, byłem nieco starszy niż pozostali, dlatego że w 1939 roku moi rodzice trafili do obozów koncentracyjnych, a ja jako młody chłopak zostałem wywieziony do przymusowej pracy do Niemiec. Tam spędziłem niespełna 5 lat. Kiedy wróciłem do Polski, skończyłem gimnazjum, a zaraz po maturze przyjechałem do Krakowa. Zatrzymałem się wtedy u sercanów w Płaszowie. Jeden z nich zaproponował, żebym z nimi pozostał. Myślałem o tym całą noc i na drugi dzień powiedziałem przełożonemu, że chcę zostać zakonnikiem.

Jak wyglądała wtedy formacja w tym zgromadzeniu?

Przed wojną nowicjat sercanów znajdował się w Felsztynie. Kiedy wybuchła wojna, wszyscy klerycy uciekli stamtąd na Węgry, do Rumunii i do Włoch. Tam zostali wyświęceni na księży. Kiedy później sercanie powrócili do Polski, korzystali m.in. z uprzejmości franciszkanów, ponieważ nie mieli własnego seminarium. Kiedy ja wstąpiłem do Zgromadzenia, zaczęliśmy budować dom w Stadnikach, gdzie później powstało nasze seminarium duchowne. Mój rocznik był ostatnim, który zaraz po nowicjacie pojechał do Tarnowa, by tam kończyć formację podstawową.

Jak żyło się wówczas sercanom?

Była taka bieda, że aż trudno to opisać. Pamiętam, że na śniadanie w nowicjacie dostawało się kromkę chleba i łyżkę marmolady. Jedliśmy to, co przynosili nam ludzie. Pamiętam też, jak komuniści zabrali nam dom w Stadnikach. Broniliśmy go, jak mogliśmy, a oni wyprowadzali nas stamtąd siłą. Na nasze miejsce sprowadzono siostry zakonne, które szyły ubrania dla robotników. Na szczęście po tych wydarzeniach część swojego klasztoru udostępnili nam benedyktyni z Tyńca, gdzie zamieszkało około 20 naszych kleryków. Ja tuż po święceniach zostałem tam ekonomem. To było 1,5 roku bardzo ciężkiej pracy. Nie było wtedy w Tyńcu żadnego sklepu, a my nie mieliśmy samochodu, żeby pojechać do Krakowa. Zabierałem się z plecakiem i dwoma torbami w rękach piechotą do Krakowa. Czasami udało się, że razem z ekonomem benedyktynów jechaliśmy furmanką na targ po świnię, żeby wyżywić nas wszystkich.

Ta praca była najtrudniejsza w Księdza życiu?

Nie. Moim najtrudniejszym doświadczeniem była zdecydowanie praca w Austrii, do której zostałem posłany, ponieważ jako jeden z nielicznych, po moich wojennych doświadczeniach, znałem język niemiecki.

Dlaczego było aż tak ciężko?

Pamiętam, jak pewnego dnia rada parafialna bez mojej wiedzy zbierała przed kościołem podpisy pod projektem zezwalającym księżom mieć żony. Nigdy nie zapomnę też jednego z członków tej rady, który chwalił mi się, że od 15 lat się nie spowiadał, a każdej niedzieli przyjmował komunię świętą. To było dla mnie tak obciążające, że po 5 latach poprosiłem prowincjała o zwolnienie z tej pracy.

W czasach komunistycznych był Ksiądz również katechetą. Jak wtedy wyglądały lekcje religii?

Kiedy zaczynałem pracę w Lublinie, mogłem jeszcze uczyć w szkole, ale tylko przez rok. Później zakazano katechez w szkołach, ale mimo to wszystkie dzieci przychodziły na religię do salki parafialnej. Nie było osoby, która by zrezygnowała z tych zajęć, a tak się niestety dzieje teraz często. W tamtych czasach wiara bardzo mocno pomagała ludziom przetrwać trudną codzienność.

Które z zadań sercanów jest Księdzu szczególnie bliskie?

Jesteśmy zakonem misyjnym i zawsze marzyły mi się misje. Niestety w czasie mojej młodości nas, sercanów, było w Polsce niewielu, panowała bieda i nie mogłem nigdy na nie pojechać. Słyszałem od wielu misjonarzy, że to niełatwa praca, ale zawsze chciałem pomóc poznawać Pana Boga tym, którzy o Nim nigdy wcześniej nie słyszeli. Tu, w Polsce, jako księża też mamy wciąż ręce pełne roboty, bo mimo że ludzie wiedzą, kim jest Bóg, to wciąż się Mu gubią.

Jako sercanie utrzymujecie ze sobą dobre kontakty?

Tak, jesteśmy jak rodzina. Miałem takich przyjaciół, którzy byli wyświęceni na księży rok po mnie, a na 50. rocznicę święceń, którą obchodzili, poprosili, żebym wygłosił im okolicznościowe kazanie. Pojechałem, wygłosiłem kazanie i odjechałem. Tak się złożyło, że bez pożegnania. Rok później zadzwonił do mnie jeden z nich, który na co dzień pracował w Ameryce. Powiedział, że w ramach podziękowania zaprasza mnie do siebie. Zawsze marzyłem, żeby zobaczyć Park Yellowstone, ale nigdy nie było mnie stać na taką podróż, więc on wziął wszelkie koszty na siebie. Sam żył bardzo skromnie, prawie jak pustelnik. Nie miał gospodyni, a jadł tylko zupy ekspresowe, które mu ktoś przywiózł z Polski. Kiedy go odwiedziłem, jadłem je razem z nim, ale nie wyszło mi to na dobre. W dniu, w którym jego zaprzyjaźniona rodzina miała mnie zabrać do Parku Yellowstone, ja się pochorowałem tak bardzo, że nigdzie z nimi nie pojechałem, a tydzień później byłem już w Polsce.

Założycielem Zgromadzenie Księży Najświętszego Serca Jezusowego jest Leon Dehon. Czego warto się od niego uczyć?

Dla mnie jest on wzorem miłości bliźniego. Sam staram się nikogo nie potępiać. Myślę, że właśnie to patrzenie na każdego człowieka jak na stworzenie Boże bardzo pomaga w kontaktach z ludźmi. Pomaga to zwłaszcza księżom, których praca polega przecież na nieustannych spotykaniach z drugim człowiekiem. Dlatego to tak ważne, żeby kapłani kochali ludzi.

Kto ze świętych jest dla Księdza drogowskazem w realizowaniu sercańskiego charyzmatu?

Maksymilian Maria Kolbe. Swoją postawą pokazał, co to naprawdę znaczy kochać bliźniego.

Co powinien robić kapłan, żeby nie stracić tego patrzenia na drugiego człowieka przez pryzmat miłości Pana Boga?

Musi się przede wszystkim modlić. To wymaga wysiłku. Ja codziennie modlę się za kapłanów i biskupów, o których nikt nie pamięta w modlitwie. Nigdy nie opuściłem różańca i koronki. Nie wiem, czy bym sobie jako ksiądz poradził, gdyby nie modlitwa i zaufanie Bogu.

Avatar

Author: Paulina Smoroń

Share This Post On

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.