Jeśli Bóg pozwoli

 

O Bogu rodzącym się na „czystej misji” ks. Piotrowi Chmieleckiemu SCJ opowiada pracujący od pięciu lat w Urugwaju ks. Wojciech Adamczyk, sercanin.

Podziwiam Cię…

Dlaczego?

Bo mimo wielkich trudności w pracy w chyba najbardziej zlaicyzowanym kraju Ameryki Południowej zdecydowałeś się jednak przedłużyć swój misyjny pobyt w Urugwaju…

Trudności są wszędzie i nie powodują, że człowiek ma coś w życiu zmieniać czy przerywać. Czuję się potrzebny. Wiem, że moja obecność w Urugwaju ma sens, więc chcę kontynuować tam pracę.

Niedawno wróciłem z Brazylii, gdzie widziałem kościoły pełne żarliwie modlących się ludzi… A Urugwaj to kraj sąsiedzki. Dlaczego u was sytuacja jest całkowicie odmienna?

To dobre pytanie, na które jednak nie ma prostej odpowiedzi. Ostatnio spotkałem księdza, który przez 20 lat pracował w Urugwaju, i on zwrócił mi uwagę na to, że Brazylijczyk pochodzenia afrykańskiego należy do pięciu kościołów i jest praktykujący, bo taką ma potrzebę religijną. Natomiast człowiek o tym samym kolorze skóry w Urugwaju zupełnie nie ma potrzeby pogłębionego życia religijnego, szukania Pana Boga. To są sąsiadujące kraje, ale zarówno Kościół, jak i ludzie to zupełnie inne historie. Przyczyn jest bardzo dużo, od mentalnych i historycznych zaczynając, a na błędach popełnionych przez sam Kościół kończąc.

Słyszałem od naszego współbrata Brazylijczyka, który również pracuje w Urugwaju, że tamtejszy Kościół posiada unikalną cechę… Bo o ile chyba w każdym zakątku świata biedni i potrzebujący są blisko Kościoła i Pana Boga, to w Urugwaju się to nie sprawdza.

Też to potwierdzam i dodam, że Kościół kwitnie i świątynie wypełniają się w bogatych dzielnicach miast! Mnie się zawsze wydawało, że człowiek biedny w krajach misyjnych jest podatny na Pana Boga, bo u Niego jedynie widzi dla siebie ratunek i siłę. A w Urugwaju biedni wręcz złorzeczą Bogu za to, że ich życie tak wygląda.

Brat Andrzej Gancarczyk, sercanin, opowiadał kiedyś o biednych, którzy przychodzą do sercanów na posiłek, a odchodząc, rzucają w nich kamieniami…

To prawda! W naszej mentalności jest to nie do pomyślenia, bo istnieje pojęcie wdzięczności. Tymczasem ludzie biedni mają tam takie przekonanie, że jak jestem biedny, to mi się to należy. To dla nas duży przeskok kulturowy. Pracując tutaj z nimi, nie możemy liczyć na jakąś wyjątkową wdzięczność.

A nie próbujecie ich jakoś wychowywać, np. poprzez czasowe zamknięcie takiej kuchni?

To byłoby bardzo radykalne. Taki pomysł by się nie sprawdził, nie byłoby rezultatów. Nie, nie, nie… tu nawet nie ma o tym dyskusji.

To jaki macie cel w rozdawaniu żywności? Bo ja rozumiem to tak, że jest to forma miłosierdzia dla człowieka w potrzebie. To konkretny sposób praktykowania naszej wiary. Pokazujemy przez to, że Bóg jest dla nas ważny, a Jego słowa nie są nam obojętne. Ci, którzy w Polsce przychodzą do różnego rodzaju kościelnych jadłodajni, myślę, że mają choć mglistą świadomość, że Ci, którzy im okazują dobro, czynią to ze względu na Pana Boga. Z tego, co mówisz, to w Urugwaju ten „motyw Boży” jest zupełnie niedostrzegany. Po prostu księża mają kasę i karmią…

Oni właśnie tak myślą. My mamy takie dożywianie po południu, taki podwieczorek (Merendero). W Urugwaju jest bardzo dużo organizacji, które dożywiają, i nawet niektórzy nie potrafią odróżnić, do kogo przychodzą po jedzenie. Dla nas ważne jest to, że zaczynamy posiłek od modlitwy. Jest też tam obecna pani psycholog, która pracuje w naszej katolickiej szkole i służy swoją pomocą. My dożywiamy od poniedziałku do soboty, a w niedzielę jest przerwa. W ten dzień pastor wynajmuje autokar i zbiera dzieci z dzielnicy na jedzenie, a im to zupełnie nie przeszkadza. Ważne, że mają zapełniony żołądek.

To w czym dostrzegasz nadzieję, że Urugwaj się nawróci?

Moją nadzieję przede wszystkim pokładam w łasce Pana Boga. Tylko ludzkimi siłami tego nie zrobimy i nawet się specjalnie nie łudzę, że sam pociągnę moją parafię i cały Urugwaj do nawrócenia.

A tak schodząc trochę na ziemię i spoglądając na środki – nazwijmy je zwyczajnymi – które Bóg nam dał, to na co byś postawił? W naszej rozmowie wykluczyliśmy już chociażby dożywianie. Co pozwoli im zrozumieć, że „ja do ciebie przychodzę z Bogiem, w którego wierzę i któremu ufam”?

Pierwsza rzecz to relacje czysto ludzkie. Oni mają bardzo duże problemy z przyjaźnią, a już nie mówię o miłości. Wszystko, co robią, oparte jest na interesie. Spotkałem wiele osób, mówiących, że od nas, sercanów, nauczyły się tego, że można inaczej funkcjonować i że można się z kimś przyjaźnić nie tylko po to, żeby z tego skorzystać. U nich jest bardzo mało bezinteresowności.

Najpiękniejszym dla mnie przykładem takiej przemiany jest nasza już śp. pani kucharka, która jeszcze 10 lat temu sądziła się z nami za rzekomo niewypłacone jej nadgodziny pracy. Jakiś czas przed śmiercią ta sama kobieta zredukowała swoją pensję tak, aby tylko przeżyć. Pieniądze, które pozostawały, przeznaczała na żywność do naszej jadłodajni. To są może małe rzeczy, ale te małe budują duże.

Czy sercanie nie myślą o rezygnacji z pracy w Urugwaju, chociażby dlatego że przez dziesiątki lat nikt z Urugwajczyków nie zdecydował się zostać tam sercaninem?

Oczywiście byłoby pięknie, gdyby pojawili się nasi następcy, bo to motywowałoby do dalszej pracy. Niedawno nasz ojciec generał podkreślił, że są na świecie rejony la mission pura, czyli „czystej misji”, gdzie pracuje się, nie oczekując jednocześnie niczego w zamian. Tak jest w wielu miejscach na świecie, nawet w Europie, jak chociażby w Finlandii i Austrii. To jednak raczej nie jest powód, żeby stamtąd uciekać.

Jakiś element pobożności Urugwajczyków albo duszpasterski, który mógłby ubogacić polski Kościół?

Choćby słowa. Tam wszyscy mówią si Dios quiere, czyli „jeśli Bóg chce” – w sensie, że wszystko od Niego zależy. W ich wydaniu jest to sloganem, ale mi się podoba to przyznanie, że wszystko, co robimy, tak naprawdę zależy od Boga. Z kwestii duszpasterskich inspirująca jest sytuacja po Mszach św. w największe uroczystości: wspólny posiłek i czas spędzony we wspólnocie parafialnej. To jest takie bardzo zdrowe, naturalne, tworzy się po prostu więzy przyjaźni.

Interesuje cię praca sercańskich misjonarzy? Chcesz ich wesprzeć modlitwą albo materialnie?

Zajrzyj na www.zbieramto.pl albo napisz: Sekretariat Misji Zagranicznych Księży Sercanów, Oddział w Lublinie, ul. Radzyńska 3a, 20-850 Lublin.

ks. Piotr Chmielecki SCJ

Autor: ks. Piotr Chmielecki SCJ

Po maturze wstąpiłem do Zgromadzenia Księży Sercanów. W 2009 r. przyjąłem święcenie kapłańskie, a następnie pracowałem jako wikariusz w parafii NSPJ w Krakowie. Obecnie jestem fundraiserem („zbieraczem” relacji i pieniędzy) w Sekretariacie Misji Zagranicznych Księży Sercanów; pomysłodawcą zbieramto.pl | dla misji i środowiska. Notorycznie poszukuję srebrnego złomu i elektrośmieci ;). „Po pracy” głoszę rekolekcje, bloguje, podróżuję, gram w piłkę - nawet z drobnymi sukcesami, np. wicemistrzostwo Polski księży w halowej piłce nożnej (drużyna z diecezji lubelskiej).

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *