Franciszka lekcja solidarności

 

Na postępującą globalizację obojętności Franciszek odpowiada prostymi gestami solidarności. Dla jednych są one czczą demagogią, dla innych zachętą do uewangelicznienia własnego życia.

„W tych czasach ryzykujemy, że «solidarność» zostanie usunięta ze słownika, ponieważ jest dziś słowem niewygodnym, dla wielu wręcz wulgaryzmem” – mówił papież Franciszek do uczestników Festiwalu Nauki Społecznej Kościoła w Weronie. W tym kontekście przypomniał swe spotkanie z argentyńskimi spółdzielcami. Poinformowali oni papieża, że reagując na kryzys, zgodzili się na ograniczenie zysku, by zachować miejsca pracy. Franciszek wyznał, że ta decyzja – podjęta w imię solidarności – wlała w jego serce wielką otuchę. Pokazała, że w czasach, gdy ludzki egoizm i chęć posiadania za wszelką cenę generują obojętność, to jednocześnie dostrzeżenie problemów ludzi, których Bóg stawia na naszej drodze, buduje solidarność. Od początku swego pontyfikatu Franciszek udowadnia jasno, że filantropia i chrześcijaństwo to nie to samo.

Lampedusa i papieski telefon

„Dobry wieczór. Chciałem wam życzyć smacznego” – ten głos papieża z ustawionego na głośnomówiący telefonu usłyszeli afrykańscy uchodźcy siadający do swej pierwszej kolacji w Rzymie. W przeważającej większości byli to mężczyźni, którzy uciekli przed prześladowaniami i wojną. By kupić bilet do lepszego świata, wyprzedali cały swój skromny dobytek i zapożyczyli się u nieprzejednanych lichwiarzy. Prawo rynku jest brutalne – jeśli zginą w drodze do Europy, ich dług i tak będzie musiała spłacić rodzina. Potem była droga przez morze i… dramat. Przeładowana do granic możliwości łódź, którą płynęli, zatonęła kilkanaście metrów od brzegu. Morze stało się grobem dla wielu ich znajomych, w tym kobiet w ciąży i maleńkich dzieci. Ten dramat rozegrał się u wybrzeży włoskiej wyspy Lampedusa, gdzie praktycznie codziennie dobijają statki pełne afrykańskich emigrantów. Okalające wyspę morze stało się w ostatnich latach grobem dla co najmniej 25 000 uciekinierów.

Papież o tej tragedii przeczytał w gazetach. „Imigranci, którzy zginęli w morzu, z owych łodzi, które zamiast być drogą nadziei, stały się drogą śmierci… Donosiły gazety. Poczułem, że muszę tu przybyć dzisiaj, by się modlić, by okazać bliskość, ale także, by obudzić nasze sumienia, żeby to, co się stało, już się nie powtórzyło” – wołał wyraźnie poruszony Franciszek na Lampedusie. Naprędce zorganizowana wizyta na tej wyspie była pierwszą podróżą jego pontyfikatu. Pielgrzymką jakże symboliczną. Z ust Franciszka usłyszeliśmy wtedy po raz pierwszy niezwykle ostra słowa. Wstrząsał naszymi sumieniami zobojętniałymi na los drugiego człowieka, ukazując jednocześnie niesamowitą wrażliwość na cierpienie. Nie krył bólu, słuchając dramatycznych opowieści afrykańskich emigrantów. Politykom wytykał obojętność. „Nie chcemy słyszeć o tragedii emigrantów, bo w ten sposób wydaje nam się, że nie istnieją i nas nie dotyczą” – grzmiał Franciszek. Prosił o zintensyfikowanie wysiłków, by podobne dramaty nigdy więcej się już nie powtórzyły. Niestety kilka tygodni później u brzegów Lampedusy doszło do największej w historii katastrofy z udziałem uchodźców. Na wyciągnięcie dłoni od ziemi obiecanej zginęło 368 osób.

misja papieskiego jałmużnika

Śmierć tych niewinnych ludzi Franciszek nazwał hańbą współczesnej Europy. Wstrząśnięty tym, co się wydarzyło, podjął konkretne kroki. Na wyspę wysłał swego jałmużnika. Arcybiskup Konrad Krajewski miał nie tylko nieść umocnienie, ale i na bieżąco referować papieżowi sytuację na wyspie, której mieszkańcy z coraz większym trudem stawiali czoło kolejnej tragedii. „Warunki, w jakich byli skupieni uchodźcy w centrum pierwszej pomocy, były przerażające. Uderzała ogromna ilość dzieci, które praktycznie pozostawały bez opieki. Od tego tylko krok ku kolejnej tragedii, jaką jest rynek prostytucji i handlu narządami. Niestety nie brakuje ludzi, którzy czyhają na takie okazje” – mówi dyrektor Caritas Italia. „Papież poprosił, bym kupił międzynarodowe karty telefoniczne wszystkim rozbitkom, tak by mogli skontaktować się z rodzinami. Sfinansował ogromny namiot, który dzięki pracy wolontariuszy z wielu organizacji stał się przedszkolem dla dzieci uchodźców” – opowiada abp Krajewski. Papieski jałmużnik wyznaje, że jego obecność, jako przedstawiciela ojca świętego, była ważna także dla ratowników. „Widziałem silnych mężczyzn, którzy po wyłowieniu kolejnego ciała płakali jak małe dzieci. To, co się wydarzyło, na każdym z nas odcisnęło ogromne piętno” – opowiada. Z ramienia papieża cały czas śledzi sytuację na wyspie. Na jego prośbę podejmuje też wysiłki, by kolejne grupy wciąż napływających uchodźców znalazły gościnne schronienie. Swe struktury dla nieszczęśników otwierają kolejne parafie i ośrodki. Każdy według swych możliwości.

Do Gragnano trafiło 25 afrykańskich uchodźców. „Szybko się aklimatyzują i integrują z tutejszą społecznością. Ludzie są im bardzo życzliwi, chcą naprawdę pomóc” – mówi miejscowy proboszcz, ks. Antonio Lazzera. W salezjańskim ośrodku w Rzymie schronienie znalazło 91 młodych Erytrejczyków. Mieszkają w czteroosobowych pokojach z łazienkami. Po horrorze, jaki przeżyli, to prawdziwy luksus. „Rozmawiamy z nimi, wysłuchujemy dramatycznych historii i pytamy, co chcieliby robić, czy mają jakiś zawód, wykształcenie. Pomagamy też w załatwieniu całej biurokratycznej praktyki pozwalającej na otrzymanie statusu uchodźcy” – opowiada o. Giovanni La Manna, kierujący Centrum Astalli. Ośrodek ten, położony w centrum Rzymu, tuż obok pl. Weneckiego, jest siedzibą Jezuickiej Służby Uchodźcom. Setkom potrzebujących wolontariusze zapewniają codzienną pomoc prawną i ambulatoryjną, szukają pracy, mieszkania oraz przygotowują ciepły posiłek wydawany w stołówce centrum.

klasztory dla uchodźców

Właśnie tę stołówkę odwiedził Franciszek. Przyjechał z minimalną ochroną i nie zgodził się na obecność dziennikarzy, by z gestu solidarności nie robić medialnego przedstawienia. Rozmawiał z uchodźcami stojącymi w kolejce, by odebrać ciepły posiłek. Z tego miejsca zaapelował, by zionących pustkami klasztorów nie przerabiać na dochodowe hotele, ale otworzyć je dla uchodźców i potrzebujących. Po tym apelu podniosło się istne larum, że papież przesadza i w swych wymaganiach idzie zbyt daleko, ocierając się o populizm. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, niemniej jednak na to wołanie odpowiedzieli włoscy franciszkanie. Ich klasztor niedaleko Fiuggi świecił pustkami z powodu braku powołań, comiesięczne opłaty stały się zbyt wielkim obciążeniem dla wspólnoty, a przyklasztorne pola i ogród leżały odłogiem, bo nie miał ich kto uprawiać. Po papieskim apelu 74-letni o. Angelo di Giorgio postanowił otworzyć klasztorne wrota dla starych i samotnych ludzi. Zarówno Włochów, jak i cudzoziemców. Po zakonnikach pozostało do dyspozycji 26 cel. W każdej są dwa łóżka i skromna łazienka. Przełożony klasztoru zapewni mieszkanie i wyżywienie gratis. W zamian kobiety będą proszone o pomoc w prowadzeniu domu i kuchni oraz ogrodu, a mężczyźni w zaangażowanie się w prace porządkowe i remontowe oraz uprawianie przyklasztornego ogrodu i sadu. Na razie ojciec superior przyjmuje zgłoszenia. Pierwsi chętni przeprowadzą się do klasztoru w grudniu. Na razie na rok, a później czas pokaże, czy ten eksperyment się sprawdzi.

Dyrektor ośrodka, w którym schronili się w Rzymie rozbitkowie z Lampedusy, mówi, że papież obiecał, iż wkrótce ich odwiedzi. Przekazał też środki na ich utrzymanie. Te gesty są ważne, jednak najważniejsze jest to, że Franciszek uczy nas, iż solidarność jest w stanie przezwyciężyć strach przed napływającymi do Europy emigrantami oraz obojętność na ich tragedię. Być może ta szczególna wrażliwość na emigrantów wynika z jego własnych korzeni? Papież Bergoglio jest przecież synem włoskich emigrantów, którzy zostawili swą ojczyznę w poszukiwaniu lepszego życia. Z ust dziadków usłyszał opowieść o tym, jak cudem uszli z życiem, gdyż okoliczności zmusiły ich do zmiany daty wypłynięcia z Genui do Argentyny. Statek, którym pierwotnie mieli podróżować, zatonął u wybrzeży Brazylii. Zginęły setki ludzi…

Beata Zajączkowska

Autor: Beata Zajączkowska

Dziennikarka Radia Watykańskiego, publicystka Gościa Niedzielnego. Współpracująca z portalami Wiara.pl i Stacja7.pl oraz Misyjnymi Drogami i Pastores. Pracując w sercu chrześcijaństwa u boku już trzeciego papieża fascynuje się odkrywaniem bogatej mozaiki Kościoła powszechnego. Zakochana po uszy w Afryce, gdzie kiedy tylko może ucieka. Czarny Ląd to dla niej bijące serce Kościoła, a przede wszystkim ląd gdzie ludzie relacje mają jeszcze znaczenie. Teren gdzie mimo nędzy, wojen i prześladowań można się uczyć radości życia i mocy wiary.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *