Formacja według ojców pustyni

Pustynia, choć bezwodna, upalna dniem i lodowata nocą, była jednak w paradoksalny sposób gościnna. Szczególnie dla tych, którzy szukali ucieczki przed prawem lub pragnęli odnaleźć Boga.

wołani przez Słowo

Pierwszych mnichów wyprowadziło na pustynię Słowo. Jak choćby św. Antoniego, który po usłyszeniu podczas liturgii: „Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i (…) pójdź za Mną” (Mk 10,21), pozbył się majątku i zaczął życie pustelnicze. Polegało ono na postach, czuwaniach oraz innych praktykach ascetycznych i rozważaniu Słowa.

I choć z praktyk ascetycznych (postów i biczowań) można było zrezygnować czy je ograniczyć, to rozważanie Słowa było nieodzowne dla życia pustelniczego. Wielu mnichów uczyło się np. całego psałterza na pamięć, by móc go recytować bez względu na okoliczności. Stała refleksja nad Pismem wprowadzała jego treść do serca zakonnika, kształtowała sposób myślenia, a co za tym idzie, działania. Definiowała jego wybory. Uwrażliwiała na Ducha Świętego.

w poszukiwaniu harmonii

Wróćmy jednak do św. Antoniego. W pewnym momencie spostrzegł on, że chociaż pozostaje wierny rozważaniu, jest ono bezowocne – Słowo milczy. I wtedy Bóg objawił mnichowi, czego brak w jego sposobie życia. Była tym praca fizyczna.

Monotonne zajęcie polegające na wyplataniu koszy okazało się dobrym narzędziem do wyciszenia umysłu. Antoni plótł więc kosze, a kiedy przychodziło natchnienie do modlitwy, odkładał pracę i modlił się. To przeplatanie różnych rodzajów czynności pozwalało mu także zarabiać na własne, skromne utrzymanie oraz możliwość obdarowania kogoś jałmużną, a także dawało zajęcie rękom, a przez to odpoczynek umysłowi.

To wszystko stanowi zasadę życia monastycznego, którą w XVIII wieku jezuici tworzący syntezę benedyktyńskiej duchowości przekują w nośne hasło Ora et labora (módl się i pracuj). I co istotne, dokładnie w tej kolejności. Do dziś mnisi benedyktyńscy, słysząc dzwonek na liturgię, porzucają natychmiast wykonywaną czynność i udają się do chóru. Choć jednak modlitwa jest najważniejsza, bez pracy i związanej z nią zmiany tematu myślenia staje się jałowa.

przewodnik

Antoni nie miał własnego mistrza wśród ludzi, ale sam nim został dla innych. Osoba mistrza, czyli przewodnika, była bardzo ważna dla formacji mnichów. Najlepszy był oczywiście taki kierownik, który uczył przykładem, ograniczając do minimum pouczenia ustne.

Za praktyką ojcostwa duchowego stało przekonanie, że przez niebezpieczny teren może cię przeprowadzić tylko ktoś, kto sam przeszedł tę trasę. W końcu zawsze lepiej uczyć się na cudzych błędach. Taka osoba zna wszelkie pułapki, wie, jak się z nich wydostać, jeśli nie udało się ich ominąć, wreszcie jako wstawiennik przed Bogiem chroni duchowo swojego ucznia.

Ten miał codziennie odsłaniać przed mistrzem serce, to znaczy opowiadać duchowemu ojcu o jego poruszeniach, pokusach i upadkach, ale też Bożych łaskach. Abba czasem skomentował, kiedy indziej milczał, jeszcze innym razem wskazał konkretną praktykę do podjęcia.

I tu pojawia się kolejny element, istotny dla kształtowania duszy: posłuszeństwo. Oczywiście opierające się na zaufaniu i roztropnym wyborze prowadzącego. Ideałem było staranie, by zrealizować każde polecenie, nawet wydawałoby się niemożliwe do wykonania, oraz uczynić to bez ociągania. Taka postawa, wypracowana wobec człowieka-autorytetu, miała następnie przenieść się na relację chrześcijanina do Chrystusa. Uczeń miał być przeto posłuszny temu, co rozezna jako Boże natchnienie, bez zastanowienia, szybko i całkowicie.

„szukaj pokoju i dąż do niego” (Ps 34,15)

Wyznacznikiem rozwoju duchowego, a tym samym miarą dojrzałości było to, na ile uczeń żyje według zasady Ordo et pax (ład i pokój). Chodziło o osiągnięcie pokoju ze sobą samym i światem, co prowadziło do życia zgodnego z ładem czy też – używając innego znaczenia słowa ordo – regułą, jaką stanowi Ewangelia.

Mnisi byli podejrzliwi wobec wszelkich cudowności czy ekstaz, a wizje przyjmowali jako normalny sposób komunikacji Boga z nimi. Wszystko badali, by przyjąć tylko to, co przynosiło pokój duszy. W ich środowisku w cenie była pokora, prostota oraz znoszenie w pokoju ducha wszelkich trudności i utrapień. Taka postawa prowadziła do zjednoczenia z Bogiem i płynącej z tego głębokiej radości.

rady na dziś

Co z tego możemy wziąć dla siebie, jako powołani do życia w świecie? Z całą pewnością pocieszenie, że konieczność pracy zarobkowej nie stoi w sprzeczności z życiem modlitwy i rozwojem duchowym. Kluczem jest odnalezienie punktu równowagi pomiędzy nimi. Warto zacząć od dania Bogu w ciągu dnia kwadransa i trwać przy tej praktyce.

Istotna jest też lektura Pisma. Po rozdziale, byle codziennie lub przynajmniej raz w tygodniu. Już samo czytanie, nawet bez rozważania, oczyszcza serce. Budzi także głód dalszej lektury i rozumienia.

Ważna jest też wskazówka dotycząca przewodnika. W naszym przypadku codzienne rozmowy z pewnością nie wchodzą w grę, ale częsta spowiedź u tego samego kapłana, wybranego roztropnie, może wiele poukładać w naszym życiu. Szczególnie, jeśli w wierze będziemy posłuszni jego wskazaniom.

Wreszcie pokój duszy jako cel, a jednocześnie znak, że podąża się właściwym szlakiem. Bóg jest prosty, a to znaczy, że to, co pochodzi od Niego, jest pełne prostoty i harmonii. Jeśli stajemy się coraz prawdziwsi, a więc prostsi, tym bardziej upodabniamy się do Niego.

Elżbieta Wiater

Autor: Elżbieta Wiater

Historyk, doktor teologii, pracuje jako redaktor w wydawnictwie Tyniec, publicystka związana z portalem deon.pl oraz christianistas.org. Autorka kilku książek. Mieszka w Krakowie.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *