Ewangelizacja bez kiczu

 

W czasach, kiedy młodzi ludzie coraz częściej w Internecie szukają zaspokojenia swojego głodu wiary, naprzeciw ich potrzebom wychodzą ci, którzy o wierze mówić się nie boją. O tym, że Ewangelia jest prosta, a przy tym atrakcyjna na co dzień przekonuje Mikołaj Kapusta, młody vloger katolicki. Rozmawia Paulina Smoroń.

Już od trzech lat prowadzisz kanał pod nazwą Dobra Nowina. To znaczy, że właśnie w ewangelizacji odkryłeś swoje powołanie?

Tak myślę! Na własne oczy widziałem, jak Bóg prowadzi przez życie moich rodziców. Dlatego teraz zachęcam młodych katolików do powrotu do słowa Bożego, bo mam wrażenie, że trochę od niego odeszliśmy. Utraciliśmy ten atrybut, którym jest Pismo Święte, a kiedy widzimy człowieka z Biblią w ręce, od razu myślimy, że jest to Świadek Jehowy. Ja staram się ten symbol nam przywrócić. Choć moje powołanie wynikło w bardzo naturalny sposób z połączenia pasji do teologii i do filmów, to Bóg różnymi znakami potwierdza, że robię to dobrze i że jestem przez Niego prowadzony.

Tematy, które poruszasz są dość trudne i mogłoby się wydawać, że mało przystępne dla młodych. Jak w takim razie mówić o wierze, żeby do nich trafić?

Ewangelia ma swoją naturalną atrakcyjność. Widzę to, prowadząc spotkania z kandydatami do bierzmowania. Kiedy mówię im, że Bóg w Starym Testamencie wprost nazwał Izraela prostytutką, od razu zdobywam ich uwagę. To nie znaczy, że specjalnie wybieram skandaliczne tematy. Głoszę słowo Boże zapisane w Piśmie Świętym. Ich to szokuje, ponieważ są przyzwyczajeni właśnie do tej wygładzonej Ewangelii. Ci, którzy głoszą, muszą tym Słowem żyć i się nim radować! W innym wypadku łatwo je z tej atrakcyjności obedrzeć.

To znaczy, że każdy, kto czerpie radość ze Słowa, może ewangelizować?

Myślę, że nawet powinien! To jest nasz obowiązek! Przecież nawet Samarytanka, którą Jezus spotkał przy studni, poszła do swojej wioski i zaczęła głosić. Jezus nie szkolił jej wtedy z ewangelizacji, a przecież dzięki niej ta Dobra Nowina się rozniosła. Nie trzeba mieć do tego specjalnych predyspozycji – wystarczy mówić swoje świadectwo. Ja do każdego nagrywanego filmiku podchodzę z modlitwą i prośbą o prowadzenie Ducha Świętego, bo nie chcę mówić słów od siebie, tylko przekazać ludziom słowa Boga. Z Nim nie ma się czego bać! Ewangelia jest prosta, a Bóg rozumie człowieka i jego ograniczenia.

Co zrobić, żeby ludzie chcieli słuchać Dobrej Nowiny przez Internet?

Zdecydowanie musimy odejść od kiczu. Walczę o to, żeby ludziom katolicyzm nie kojarzył się ze słabej jakości obrazami pokazującymi Jezusa, który przypomina raczej kobietę z brodą niż mężczyznę, i do tego z jakimś cytatem w różowym kolorze. Trochę mi brakuje profesjonalizmu. Powoli jednak udaje się nam odbudować „markę” Kościoła, jako wartościowej wspólnoty, której treści mogą być ładnie opakowane i przekazywane ludziom. Skoro mamy cudowne wartości, to czemu one miałyby mieć brzydkie opakowanie?

Te wartości muszą mieć jednak kanał, którym trafią do odbiorców. Dziś duży udział w tym ma Internet. Czy według Ciebie jest on dla ewangelizacji miejscem spotkania z drugim człowiekiem, czy raczej narzędziem do głoszenia?

Biskup Grzegorz Ryś określił go jako nowy kontynent do ewangelizacji, jednak ja zawsze patrzyłem na niego jak na narzędzie. Oczywiście to też jest przestrzeń, w której są ludzie, do których trzeba wyjść z Ewangelią. Bez nich nie byłoby sensu tam działać.

Ze swoimi nagraniami trafiasz do młodych ludzi, a zdarza się też, że i do starszych. W większości są to osoby wierzące. Czy w tym kontekście Twoja działalność to jeszcze ewangelizacja, czy już raczej reewangelizacja?

Dziś w Kościele popularne jest sformułowanie „nowa ewangelizacja”, które zastąpiło wcześniejszą „reewangelizację”. W pierwszym terminie, jak tłumaczył św. Jan Paweł II, chodzi o nowy zapał i nowe środki przekazu, jednak ten drugi termin też jest bardzo ważny, bo wskazuje na to, że wciąż trzeba powtarzać Ewangelię tym, którzy już ją słyszeli, a mimo to jej nie znają. To właśnie jest reewangelizacja.

To znaczy, że vlogi katolickie (internetowe poradniki z nagraniami wideo) są ułatwieniem dla tych, którym ciężko sięgnąć po Pismo Święte?

Oczywiście! Wiele osób przekonuje mnie, że swoimi filmami zachęciłem ich do czytania Biblii. Niektórzy nawet kupili sobie tę wersję, którą w jednym z nagrań im poleciłem! Nieraz tłumaczę, dlaczego warto ją czytać, a czasami nawet specjalnie szeleszczę kartkami Pisma Świętego, żeby rozpalić w nich to pragnienie na bardziej podświadomej płaszczyźnie.

Według wielu osób – zwłaszcza niewierzących – katolicy są smutni i nie potrafią cieszyć się życiem. Ty swoją postawą ten obraz chyba starasz się zmieniać? Mam wrażenie, że pokazujesz, jak wiele radości daje prawdziwie przeżywana wiara.

Dokładnie! Dziś jest z tym problem. Nawet sami katolicy dziwią się, z czego ja się tak cały czas cieszę. Osoby, które mnie znają, wiedzą, że taki jestem na co dzień. Od zawsze tryskam radością, ale nie dlatego, że mam to wrodzone. To jest autentyczna radość ze zbawienia!

Jak na tę Dobrą Nowinę, którą głosisz, reagują odbiorcy? Dotarły do Ciebie jakieś sygnały, że komuś to pomogło umocnić się w wierze albo nawrócić?

Wiem, że moje filmy mają na odbiorców bezpośredni wpływ. Są ludzie, którzy przekonują, że ich wiara bardzo wzrosła. Są też tacy, którzy już chcieli wystąpić z Kościoła, modlili się jeszcze tylko, żeby Pan Bóg jakoś ich w nim zatrzymał i wtedy trafiali na mój kanał. Widać, że dzięki temu Bóg w nich działa i daje wzrost ich wierze.

Masz jakąś radę dla kogoś, kto chciałby zacząć głosić, ale nie wie jak?

Powiedz swoje prawdziwe świadectwo! Była kiedyś taka akcja na jednym z portali społecznościowych, gdzie ludzie pisali, że Jezus ich zbawił, ale ujmowali to tylko w paru słowach. Ktoś patrząc na to z zewnątrz, mógł odnieść wrażenie, że chrześcijaństwo to nowy wirus komputerowy, a ono ma być przecież niesamowitą relacją, która przemienia życie! Dlatego właśnie trzeba się z innymi dzielić swoim świadectwem. Musimy zrozumieć, na czym polega dobra wymiana informacji. Nie można przecież naciskać na kogoś, żeby się nawrócił. Tu możemy brać przykład ze św. Pawła, który przestrzegał tych, co nie chcieli go słuchać: „Krew wasza na waszą głowę, jam nie winien” (Dz 18,6). To jest dobre podejście! Dzisiaj katolikom brakuje takiej świadomości, że mamy „produkt”, którego nie trzeba nikomu wciskać na siłę. Trzeba po prostu być świadomym, jak wiele Bóg dla nas zrobił i szczerze o tym opowiadać.

 

Autor: Paulina Smoroń

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *