Duchowa tożsamość czy wieczna tułaczka?

Dom ma się tylko jeden. Jedną matkę, jednego ojca. W nim wzrastamy, patrząc na naszych dziadków, rodziców, rodzeństwo. Tutaj uczymy się budować relacje z innymi ludźmi. Choć raz po raz mogą zachwycać i ujmować za serce inni rodzice, inne rodzeństwo, inni dziadkowie, to nie zmienia to tożsamości własnej rodziny. Dom ma się bowiem tylko jeden. Można wobec niego marudzić, grymasić jak rozkapryszone dziecko, które wyrzuca rodzicom, że inne dzieci mają lepiej. Można. Ale po co?

Dom uczy nas także postaw duchowych. Każdy z nas wychował się w konkretnym domu duchowym, stanowionym przez klimat wiary, w swoiście przeżywanej oraz uskutecznianej religijności. Być może nie zabrakło w tym domu litanii majowej i czerwcowej, październikowego różańca, rodzinnego pacierza. Niejeden wzrastał w nim poprzez udział w parafialnej grupie ministrantów bądź scholistek, pielgrzymkowe szlaki, z których każdy kończył się pod Jasną Górą. Ten duchowy dom ukształtował w niejednym z nas człowieka, Chrystusowego człowieka. A teraz? Czy po latach wystarcza nam ten dom? Czy może wolimy szukać innego albo, co gorsze, nie mieć żadnego?

Dzisiejszy krajobraz religijnych ruchów, stowarzyszeń, grup, wspólnot przypomina nabrzmiałe od towaru półki supermarketów. Raz wybrany produkt staje się dopóty atrakcyjny, dopóki nie zauważymy innego, sprawiającego wrażenie lepszego. Czy nowe jest złe? Nie o to idzie i tak postawione pytanie donikąd nie prowadzi. Nowe trzeba testować, a czy jest dobre, czy złe, pokaże czas. On weryfikuje, a biblijnie rzecz ujmując – „poznamy je po owocach” (Mt 7,20). Zżymałem się niegdyś wobec doświadczonych kucharek, które układając listę zakupów, życzyły sobie konkretne produkty z precyzyjnie podanych firm. Były to dla nich artykuły znane i wypróbowane od lat. Pomyślałem, skoro one wiedzą, że należy trzymać się sprawdzonych towarów, które nigdy nie zawiodły, to może warto się do tego odwołać również na płaszczyźnie wiary? Jeśli jakieś formy pobożności, ruchy religijne, wspólnoty będące w Kościele od dawna nie są skostniałe, przynosiły i nadal przynoszą owoce, to może warto czerpać z ich skarbca? Rozmowa z ludźmi autentycznie przeżywającymi wiarę uświadamia, że są oni wierni niedzielnej Eucharystii, częstej spowiedzi, że nie rozstają się z różańcem, cenią sobie nabożeństwa majowe i czerwcowe, że kiedyś byli członkami którejś z tradycyjnych dziecięcych lub młodzieżowych wspólnot w parafii. Nowe wspólnoty są niewątpliwie powiewem świeżości Ducha Świętego, ale czy ktoś autorytetem Kościoła stwierdził, że stare w obliczu nowych muszą tę świeżość zatracić? Że nowe musi wypierać stare?

Ze skarbca kościelnego bogactwa i rozmaitości duchowych osobiście wydobywałbym rzeczy zarówno nowe, jak i stare. Warto bowiem zawalczyć o swoistą tożsamość duchową, która karci człowieka przed przeskakiwaniem z grupy do grupy, ze wspólnoty do wspólnoty tylko dlatego, że jej forma wydaje się atrakcyjniejsza. To wieczna tułaczka, duchowe niezrównoważenie porównywalne z szałem zakupowym, w którym nowy towar na sklepowej półce musi być przeze mnie zakupiony. Szanuję ludzi statecznych, nie dokonujących zmian dla zmian, z dyktanda mody, ale wtedy kiedy trzeba, kiedy stare już nie owocuje. Szanuję ludzi pielęgnujących swoją tożsamość. Tę duchową także. Bo dom ma się tylko jeden. W każdym mieszkać nie mogę. Bo i po co?

Autor: ks. Damian Płatek SCJ

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *