Dla mnie to ikona Bożej miłości!

 Minął już rok od odejścia kard. Stanisława Nagiego SCJ do Pana. Wiadomo, że na człowieka można spojrzeć z głębszym zamyśleniem, refleksją i pewną obiektywnością dopiero po jego śmierci. Nie przez przypadek ks. Stanisław zmarł w czerwcu – miesiącu, który jest poświęcony Sercu Pana Jezusa. O jego wiedzy i mądrości teologicznej napisano już bardzo wiele i na koniec skwitowano wdzięcznością za dar jego obecności na KUL-u. Wiadomo też powszechnie, że kard. Nagy był przyjacielem papieża Jana Pawła II, zresztą bardzo przez niego cenionym. Ale czy ten kolega świętego, towarzysz w nauce, w debatach, w podróżach i wyprawach pragnął się przybliżać, a tym samym upodabniać do swego mistrza?

Matka Teresa mówiła: „Świętość jest normalnym obowiązkiem każdego z nas, gdyż zostaliśmy stworzeni do wyższych rzeczy: aby kochać i być kochanym… Dlatego Jezus powiedział: «Bądźcie świętymi, tak jak wasz Ojciec Niebieski jest święty»”. Świętość nie powinna być czymś nadzwyczajnym zarówno dla kapłana, jak i dla osoby świeckiej. Może jest łatwiejsza dla księdza, ponieważ wchodzi on w tak bardzo bliski kontakt z Jezusem. Ale czy to nie implikuje większej odpowiedzialności? Ksiądz Stanisław na pewno pragnął świętości, dlatego też dążył przede wszystkim do tego, aby być kapłanem na wzór Chrystusa.

„W Tobie, Serce Jezusa, swą ufność złożyłem”

Każda święta ikona posiada głębokie znaczenie teologiczne, a ja widziałam w ks. Stanisławie taką duchową ikonę Kościoła – był on dla mnie ikoną Chrystusa. Ikona jest pośrednikiem między Bogiem a człowiekiem i odwrotnie – między człowiekiem a Bogiem. I takim obustronnym pośrednikiem był właśnie ks. Stanisław.

Jako kapłan i zakonnik w Zgromadzeniu Księży Najświętszego Serca Jezusowego poświęcił całe swoje życie Sercu Jezusowemu i głoszeniu Jego kultu. Bardzo bliska była mi koncepcja poświęcenia się temu Sercu, bowiem kiedy byłam jeszcze uczennicą w szkole średniej, dzięki naszemu katechecie wraz z niektórymi uczennicami zapisałam się do Straży Honorowej. Co z tego później wynikło, to inna rzecz, ale koncepcja ta dawała już wtedy dobre owoce. Wiedziałam, że członkowie Straży Honorowej mają naśladować Jezusa Chrystusa, ofiarować Mu swoje serce, a przede wszystkim poddać swoją wolę w duchu poświęcenia, ofiary i miłości. Rozumiałam już wtedy, że Bóg jako pierwszy mnie umiłował, a ja powinnam Mu odpłacać swoją miłością. Zdawało mi się wtedy, że jestem gotowa do wielkiej ofiary. Ale co znaczy ofiarować Mu siebie, swoje życie? Zrozumiałam to dopiero w wieku dojrzalszym, kiedy ks. Stanisław rozpoczął w Krakowie swoją działalność duszpasterską. W kręgu studentów znalazłam się i ja. Miłość do Najświętszego Serca Jezusowego bardzo mnie frapowała i próbowałam wprowadzić ją w czyn. Moją ikoną miłości Serca Jezusowego stał się ks. Stanisław. Potrafił on łączyć działalność duszpasterską z duchem wynagrodzenia Najświętszemu Sercu Jezusowemu. Wtedy pojęłam, na czym polega duch ofiary.

miłość to czas

Nasza duszpasterska grupa, którą ks. Stanisław prowadził ku Bogu, spotykała się co miesiąc na Mszach św. Ale oprócz tego gromadziliśmy się na różnego rodzaju spotkaniach, na których omawiał on z nami tematy teologiczne, lekarskie i inne bieżące, które nas interesowały. Wyjaśniał nam wątpliwości związane z wiarą czy z problemami, jakich doświadczaliśmy. Młodym studentom poświęcał więcej czasu, szczególnie gdy wyczuwał, że potrzebują indywidualnej rozmowy i specjalnej uwagi. Na to nie oszczędzał czasu. Gdy istniała potrzeba ukazania drogi życiowej, wspierał swoją posługą. Pomagał rozpoznać nie tylko powołanie, ale również typ duchowości konkretnych osób. Zazwyczaj odbywało się to przy kratkach konfesjonału. Mówiliśmy też, że „idziemy na duchówkę” i że nasz ksiądz ma doskonałe „psie czucie”. Wydawało nam się, że dokładnie nas zna. Nic dziwnego, że wspólnie spędzane ferie czy to na nartach, czy na pieszych trasach górskich, czy nawet jednodniowych wyprawach bardzo nas ubogacały. On poznawał nas, a my jego. Msze św. odprawiane na pniu, wśród szumiących drzew, czasem w pogodę, czasem w deszcz pozwalały lepiej zatopić się w modlitwie i zrozumieć ofiarę Chrystusa, którego uobecniał nasz ks. Stanisław, stając się Jego ikoną. Widzieliśmy, jak był wtedy całkowicie z Nim zjednoczony. Na tym byle jak skleconym ołtarzu dostrzegaliśmy tętniące miłością Serce Jezusa. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nasz ojciec uobecnia właśnie dla nas w danej chwili Chrystusa, ale wtedy jeszcze nie myślałam, kim tak naprawdę jest kapłan i jaką rolę spełnia nasz ojciec. Zrozumiałam to dopiero po latach. A w danej chwili cieszyliśmy się, że w deszczu czy przy pięknej pogodzie mogliśmy przyjąć do naszych serc Jezusa; Tego, który nas kocha, przychodzi do nas i jednoczy się z nami. Radowaliśmy się też, że umiemy służyć ks. Stanisławowi do Mszy św., co było dla wybranych wielką dumą.

Popisywaliśmy się też podczas wędrówek umiejętnością odmawiania z pamięci Litanii loretańskiej do Najświętszej Maryi Panny, a także Litanii do Najświętszego Serca Pana Jezusa, co wychodziło nam już trochę gorzej. W tym jednak celował nasz ks. Stanisław. Już wtedy wiedziałam, jak bardzo zależało mu, abyśmy dobrze pojęły, co znaczy miłość Chrystusa ku nam. Z naszej grupy dwie ówczesne studentki zrozumiały to najlepiej: ukochały Serce Jezusa i wstąpiły do Zgromadzenia Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego.

Przy ks. Stanisławie uczyliśmy się też drobnych aktów ofiary, np. dzielenia się podczas wycieczek jedzeniem, gorącą herbatą, ciepłym, zapasowym swetrem czy swoim własnym oprzyrządowaniem do nart ułatwiającym podchodzenie pod górę. Były to tzw. foki – nieodzowne przy chodzeniu na nartach – a oddanie ich drugiemu stanowiło rzeczywiście wielką ofiarę.

zakochani w Miłości

Dopiero wiele lat później, kiedy służyłam już ks. Stanisławowi – odkąd dostał nominację na arcybiskupa, a potem na kardynała – zrozumiałam, co znaczy być kapłanem według Serca Jezusowego. Kardynał Nagy, będąc w zgromadzeniu księży sercanów, dobrze znał historię św. Małgorzaty Marii Alacoque. Stanowiła ona bowiem zasadnicze ogniwo powstania i kształtowania się kultu i nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego.

Nic więc dziwnego, że gdy w połowie 2004 roku członkowie Arcybractwa Straży Honorowej Najświętszego Serca Pana Jezusa urządzili pielgrzymkę na Jasną Górę, zaprosili kardynała, który wygłosił dla nich kazanie podczas Mszy św. Ale dlaczego miłośnicy Serca Jezusowego szli właśnie do Matki Bożej Królowej Polski? Stało się dla mnie jasne, że ten, kto nie kocha naprawdę Przenajświętszego Serca Jezusa, ten też nie kocha Niepokalanego Serca Maryi. Są to dwa nierozłączne Serca, tak zjednoczone, że nie można rozważać i uwielbiać ich osobno. Zrozumiałam to święte zaangażowanie kardynała jeszcze bardziej, gdy powiedział wtedy dosłownie: „… chcemy być i strażować przy tym świętym fenomenie Miłości wynagradzającej…”. Wynagrodzenie – cecha reguły sercańskiej – jest jedną z głównych elementów miłości i kultu Najświętszego Serca Jezusowego. Bóg pierwszy nas umiłował i musimy na tę Jego miłość odpowiedzieć. A w oczekiwaniu na (obecnie niedoszłą) beatyfikację Założyciela Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Jezusowego kard. Nagy mówił, że istotą jego życia „była pasja całkowitej ofiary z miłości dla Najświętszego Serca Jezusowego w duchu wynagrodzenia Mu, w duchu objawień św. Małgorzaty Marii Alacoque”. Wtedy zrozumiałam, dlaczego kardynał bardzo chętnie brał udział w uroczystościach związanych ze św. Małgorzatą Marią w kościele Sióstr Wizytek w Krakowie. Jest ona bowiem niejako matką charyzmatu sercanów. Bóg, który nas pierwszy umiłował, czeka na odpowiedź. I naszą odpowiedzią musi być miłość, której uobecnieniem jest Serce Jezusa. A drugi element to potrzeba wynagrodzenia za krzywdy doznane przez tę Miłość.

Kiedy kardynał przeszedł już do Pana, zrozumiałam, jakie były charakterystyczne cechy jego życia. Zaliczały się do nich głębokie życie religijne uwidaczniające się w Bożej miłości, miłość do Kościoła, nauka oraz misyjność – apostolstwo, otwarcie na ludzi wypływające z ukochania tej Miłości.

Wiedziałam, że całe życie ks. Stanisław bardzo się modlił i poświęcał czas długiej modlitwie kontemplacyjnej, której zresztą nas uczył. Ale współpracując z nim bliżej w jego ostatnich latach, mogłam się o tym naocznie przekonać. Głęboko przeżywana Msza św., którą odprawiał do ostatniego dnia swojego życia, dokładnie wymawiane słowa konsekracji (czasem powtarzane w obawie przed pomyłką) świadczyły o ogromnej wierze w obecność Chrystusa na ołtarzu. A ja uzmysławiałam sobie, jak wielką moc ma kapłaństwo. To samo było z odmawianiem brewiarza. Choć wzrok miał już bardzo osłabiony i mógł się wymówić od tego obowiązku, nie zrobił tego nigdy. Wręcz przeciwnie, gdy nie zrozumiał słów osoby czytającej, którą był ksiądz kapelan lub osoba świecka, kazał sobie powtarzać tekst kilka razy, aby zrozumieć jego sens i móc go potem rozważać. Cieszyłam się też, gdy mogłam mu pomóc przy odmawianiu Litanii do Najświętszego Serca Pana Jezusa, o którą często prosił.

Nauczył mnie m.in. realizowania praktyki codziennego porannego odnawiania aktu wynagrodzenia Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, dobrej modlitwy, wiary i miłości Boga i bliźniego. Zapamiętałam wiele innych ważnych pouczeń przekazywanych własnym przykładem i pozostała we mnie pewność, że byłam tak blisko świętego kapłana, który bezgranicznie zaufał Chrystusowi i jako zakonnik oddał całe swoje życie ku chwale Serca Jezusowego.

Autor: Janina Świerzyńska

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *