Czytelnia

Dokonać wyboru

| Brak komentarzy

Dokonać wyboru

 

Jest taki czas w życiu każdego z nas, kiedy jesteśmy zaproszeni do podejmowania ważnych życiowych decyzji. Z wachlarza potencjalnych możliwości musimy wybrać te, które będą wyznaczały kierunek realizowanych starań i dążeń, a przez to miały realny wpływ na kształt naszego przyszłego życia. Ludzie młodzi wchodzący w dorosłe życie nieustannie poszukują odpowiedzi na pytania dotyczące własnej tożsamości i osobistego powołania.

lęk przed odpowiedzialnością

Dokonanie wyboru to wzięcie odpowiedzialności za związane z nim konsekwencje. Wybór zawsze oznacza przyjęcie czegoś i jednoczesną rezygnację z tego, co nie jest składową dokonanego wyboru. Dlatego wiele osób toczy w sobie prawdziwą walkę wewnętrzną przed obraniem ostatecznej drogi życiowej. Obserwując otaczającą rzeczywistość, widzimy, że młodzi ludzie mają coraz większe trudności z wejściem na drogę swojego powołania. Zdarza się, że odkładają wiążące decyzje w bliżej nieokreśloną przyszłość. Towarzyszy temu lęk. Każdy z nas musi się z nim zmierzyć. Jego nasilenie jest związane z dojrzałością danej osoby, poczuciem własnej wartości, ale także sytuacją finansową czy relacją z rodzicami i najbliższą rodziną. Przed ważnymi decyzjami nie można uciec, można jedynie wciąż opóźniać czas ich podjęcia. Jednak niepodejmowanie decyzji jest dokonanym świadomie lub nieświadomie wyborem. Prowadzi nas do sytuacji, w której przestajemy aktywnie wyznaczać kierunek naszej codzienności, a jedynie reagujemy na to, co dzieje się wokół nas. Możemy też podejmować się wielu działań, nienakierowanych jednak na to, co stanowi sens ludzkiego życia.

Tymczasem człowiek nie jest stworzony do biernego reagowania, lecz do aktywnego współtworzenia historii własnego życia. Osobom, które z powodu przeżywanego lęku nie wkraczają na drogę własnego powołania, towarzyszy często poczucie bycia w zawieszeniu. Odnoszą pewne sukcesy, próbują realizować się na różnych płaszczyznach, jednak ich działania często przypominają zabawy dziecka, które co chwilę szuka nowej zabawki, bowiem żadna nie zafascynowała je na tyle, by poświęcić jej więcej uwagi. Życie w zawieszeniu rodzi ból, poczucie pustki, frustrację, brak przynależności. Stąd wiele osób będących w takiej sytuacji szuka czegoś, co byłoby swego rodzaju tabletką przeciwbólową, to znaczy – usunęłoby choć na chwilę bolesne objawy. Taką tabletką przeciwbólową mogą być przyjemności, zakupy, alkohol. Można także w sposób przeciwbólowy traktować modlitwę czy relację z przyjacielem.

oddani na 100%

Słowo powołanie w niektórych kręgach staje się dziś – delikatnie mówiąc – mało modne. Powołanie do małżeństwa, kapłaństwa czy życia zakonnego zakłada w sobie pewną stałość, kroczenie wybraną drogą od momentu zadeklarowanej decyzji do końca. Dla niektórych jest to wizja przerażająca, zakłada bowiem brak możliwości wycofania się. Tymczasem gdy przyjrzymy się podejmowanym przez nas wysiłkom w dłuższej perspektywie czasowej, zobaczymy, że w tych obszarach, w których daliśmy z siebie najwięcej, także najwięcej otrzymaliśmy. Najpierw trzeba nam podjąć ryzyko ofiarowania siebie, by doświadczyć piękna przyjęcia drugiej osoby. Lęk sprawia, że już w trakcie ślubnych przygotowań w głowie przyszłych małżonków pojawia się zdanie: „Gdyby się jednak nie udało, to…”. Stawia ono drugą osobę w roli kogoś, kto ma uczynić nas szczęśliwymi. My zaś stajemy się surowymi sędziami oceniającymi poczynania współmałżonka. Odnaleźć swoje powołanie to wyzbyć się lęku i wypracowywać w sobie umiejętność dawania siebie. Ważne, by być wiernym podjętej decyzji, a w pojawiających się kryzysach, które według wszelkich prawideł psychologicznych wystąpią w każdym obranym powołaniu, nie uciekać, lecz wyjść naprzeciw temu, co wymagające.

rodzicielskie wsparcie

Odpowiednie wspieranie młodych ludzi w szukaniu własnej drogi życiowej przez rodziców jest nieocenione. Rodzice mogą ofiarować swojemu dziecku siłę niezbędną do podejmowania samodzielnych decyzji, mogą też obdarzyć je poczuciem niemocy. Jak zatem pomagać, żeby nie zaszkodzić? Najważniejszy jest własny przykład i realizowane od najmłodszych lat wychowanie do miłości, odpowiedzialności i sprawczości. Dziecko, które widzi wzajemną miłość rodziców, ich szacunek wobec siebie i okazywaną troskę, wyrasta w poczuciu bezpieczeństwa i kształtuje w sobie pozytywny obraz relacji z drugim człowiekiem. Małżeństwo i rodzinę widzi jako miejsce doświadczania tego, co w życiu najpiękniejsze, nie zaś jako przestrzeń służącą do rywalizacji i wyładowywania przeżywanych frustracji.

Ważne jest wyzbycie się postawy nadopiekuńczości, bowiem ogranicza ona naturalne dążenia młodego człowieka oraz poczucie sprawczości, ucząc go przy tym biernego oczekiwania na reakcje innych ludzi. Osoba posiadająca wysokie poczucie sprawczości żyje w przekonaniu, że podejmowane przez nią działania mają realny wpływ na jej sytuację życiową i otaczającą rzeczywistość. Napotykane trudności będzie więc traktowała jako stan przejściowy, to znaczy możliwy do pokonania dzięki podjętemu wysiłkowi.

Rodzice zazwyczaj z dużą troską myślą o tym, by ich dziecko układało swoje życie na wyznawanych przez nich wartościach. W pierwszej kolejności należy przypatrzyć się temu, na ile to, co deklarujemy, przekłada się na nasz codzienny styl życia. W dorosłym życiu zaowocują przede wszystkim te wartości, które zajęły stałe miejsce w praktyce dnia codziennego rodziny, np. w postaci wspólnej modlitwy, uczestnictwa we Mszy św., zawierzania podejmowanych działań Panu Bogu czy rozeznawania woli Bożej dla rodziny.

Pamiętajmy, że pójście drogą powołania to szczególny dar, który przyjąć może tylko osoba nim obdarowana. To nie rodzice decydują o tym, jaką drogą życiową pójdzie ich dziecko. Mogą jednak zrobić dużo, by doprowadzić je do takiego momentu życiowego, w którym będzie potrafiło, pokonując własny lęk, podjąć decyzję nadającą właściwy kierunek jego całemu przyszłemu życiu.

Czas spotkania

| Brak komentarzy

Czas spotkania

Chrystus przyszedł na świat w ludzkiej rodzinie. Patrząc w kierunku Nowonarodzonego, nie sposób nie zauważyć Jego matki Maryi i ziemskiego opiekuna Józefa. W świąteczny czas jakoś tak bardziej niż na co dzień odczuwamy potrzebę bycia z bliskimi. Chcemy czuć łączące nas więzi. Pragniemy, by coś ważnego dokonało się także w naszej rodzinie.

spotkanie z samym sobą

By te pragnienia zmieniły się w konkretne doświadczenie, a świąteczny czas nie niósł ze sobą narastającej frustracji, potrzebujemy, by dokonały się w nas trzy ważne spotkania – z samym sobą, z Panem Bogiem oraz z bliskimi. Po pierwsze, dobrze jest spotkać się z własnymi przeżyciami, oczekiwaniami i pragnieniami serca. Do tych najgłębszych potrzeba nieraz z wytrwałością się dokopywać, bowiem w niejednym z nas są one przykryte grubą warstwą światowości i tego, co poprzez nią próbuje się nam wmawiać każdego dnia. To, że święta przez dzisiejszy świat zostały już dawno skomercjalizowane, dobrze wiemy. Czasem jednak nie zauważamy, jak mocno ów komercjalizm wkrada się w naszą przestrzeń świętowania. Tymczasem jest on obecny we wszystkich „muszę mieć”, koncentrując myśli na tym, co czysto zewnętrzne.

W świętach z reklamy nie ma Boga. Jest natomiast nienagannie wyglądający wigilijny stół, perfekcyjna choinka i zachwycające prezenty. Wiemy dobrze, że nie to jest najważniejsze w tych dniach. Bywa jednak tak, że ta wiedza nie przekłada się na konkret życia i mimo jej posiadania biegamy po supermarketach, zaopatrując się w kolejne „niezbędne” produkty, odhaczamy na liście spraw do załatwienia poszczególne punkty i ze smutkiem uświadamiamy sobie, że te najważniejsze znów spychamy na przysłowiowy szary koniec. A przecież postanowiliśmy sobie, że w tym roku będzie inaczej. Dotkliwie czujemy rozdźwięk między pragnieniami a rzeczywistością. Zamiast pokoju i radości zaczyna ogarniać nas frustracja, żal oraz złość skierowana na siebie i najbliższych.

Jakich świąt pragniesz? Co takiego musiałoby się stać, żebyś tegoroczne święta uznał za prawdziwie błogosławiony czas? W głębi naszych serc Bóg umieścił pragnienia, które w naturalny sposób prowadzą nas do tego, co dobre i piękne. Wejdźmy zatem czym prędzej na drogę własnych pragnień. To, co komercyjne, kieruje nas ku zachciankom i sprawia, że łatwiej poddajemy się presji innych. Świadomość własnych pragnień daje siłę, by nadać przygotowaniom do świąt właściwe proporcje. Warto zastanowić się nad pierwszym, najmniejszym i możliwym do wykonania krokiem, który pomoże nam wejść w rzeczywistość prawdziwego świętowania, i… po prostu go zrobić.

spotkanie z najbliższymi

Święta to czas bycia razem. Każdy z nas jest jednak inny, ma inny temperament, a co za tym idzie – inne sposoby na spędzanie wolnego czasu i odpoczywanie. Są rodziny, które mają wypracowane satysfakcjonujące dla siebie sposoby bycia razem. Są jednak i takie, w których nie podejmuje się nad tym refleksji i nie dochodzi do konkretnych ustaleń. Wtedy zazwyczaj zwycięża rutyna, przeniesione z rodzinnych domów nawyki lub pomysły osoby dominującej. Wtedy wchodzimy na drogę utartych schematów, a często także poddajemy się naszemu lenistwu. W niektórych domach dzieje się tak, że wspólne świętowanie ogranicza się do pory posiłków, a pozostały czas poszczególni członkowie rodziny zagospodarowują sobie sami.

Nie ma jednego sposobu na udane spędzanie czasu razem. Ważne, by nie oddawać tej dziedziny życia walkowerem. Czasami pomaga spisanie na kartce wszystkich przychodzących każdemu z członków rodziny pomysłów na wspólny czas. W fazie spisywania nie należy ich oceniać czy też zastanawiać się nad możliwością ich zrealizowania. Czy wiesz, co w takiej sytuacji mogłyby napisać twoje dzieci, a co mąż czy żona? A jakie pomysły miałbyś ty sam? Spisane propozycje poddajemy wspólnej refleksji, przyglądamy się im, szukamy stycznych punktów, wykreślamy te, które nie są możliwe do zrealizowania. Wybieramy kilka i przygotowujemy plan wcielenia ich w życie. Pod uwagę bierzemy potrzeby domowych ekstrawertyków oraz introwertyków.

spotkanie z Bogiem

Czas świąt jak żaden inny wzbudza w nas pragnienie doświadczania obecności Nowonarodzonego. Bez tego najważniejszego spotkania z żywym Bogiem świąteczne dni tracą swój najgłębszy sens. Bo jak świętować bez Osoby, która jest powodem owego świętowania? Płaszczyzna spotkania z Bogiem zawiera w sobie dwa wymiary: osobisty i wspólnotowy. Co to oznacza w praktyce? Każdy z nas ma swoją intymną przestrzeń życia duchowego. To w tej przestrzeni dokonują się nasze rozmowy z Bogiem, tu doświadczamy duchowych poruszeń, tutaj poznajemy Boga i samych siebie widzimy jakby w innym świetle. Gdy nasze życie duchowe obumiera i staje się dla nas na co dzień jakby mniej dostępne, wtedy w doświadczenie naszego serca wkrada się dziwna do wytłumaczenia pustka, poczucie braku, bycia nie na swoim miejscu. Nie da się budować prawdziwego szczęścia, bazując wyłącznie na tym, co fizyczne i psychiczne.

Prawda ta dotyka także życia rodzinnego. Miło jest spotkać się i obdarowywać w płaszczyźnie materialnej. Piękny świąteczny wystrój, smakowite ciasta, budzące uśmiech prezenty – to potrzebne. Dobrze jest doświadczyć spotkania z najbliższymi na płaszczyźnie psychicznej – czuć się kochanym, chcianym, akceptowanym, czuć bliskość innych i zaangażowanie we wzajemne relacje. W tym wszystkim jest Bóg. Jednak jest jeszcze coś więcej i w czasie świąt to więcej próbuje stać się rzeczywistością w naszych domach. Być razem przed Bogiem i z Bogiem. Mieć rodzinną przestrzeń na wspólną modlitwę, rozważanie Słowa, dzielenie się przeżyciami duchowymi oraz doświadczanie obecności Boga pośród nas. To wspólne trwanie w wierze sprawia, że stajemy się prawdziwą rodzinną wspólnotą, której członkowie dzielą ze sobą to, co najcenniejsze. Jest to rzeczywistość dostępna dla każdej wierzącej rodziny, bez wyjątku. Święta to dobry czas, by o tę rzeczywistość zawalczyć.

 

Powrót z Internetu do życia

| Brak komentarzy

Powrót z Internetu do życia

 

Wirtualny świat tworzą realni ludzie. Dlatego jest on przepełniony tym, co dobre i piękne, ale także tym, co powierzchowne, szkodliwe i złe. Istnieje granica, po przekroczeniu której wirtualność zaczyna ograniczać osobistą wolność osoby. Wirtualny świat staje się alternatywą dla realnego, a odnoszone w nim sukcesy rekompensują niepowodzenia dnia codziennego.

ucząca obecność

Współcześni rodzice uczą dzieci życia w realnym świecie oraz korzystania ze świata wirtualnego. To, co spotyka najmłodszych w sieci, powinno bowiem służyć ich rozwojowi i odnosić się do tego, co rzeczywiste. Dziś Internet jest świetnym narzędziem do poszukiwania informacji oraz komunikowania się z innymi. Podobnie jak inne mass media zapewnia swoim odbiorcom rozrywkę. I ta wielość możliwych doświadczeń nieroztropnie wykorzystywanych staje się dla wielu osób, w tym dzieci i młodzieży, niestety pułapką.

Dzieci zazwyczaj z dużą łatwością uczą się obsługi komputera i poruszania w sieci. Musimy jednak pamiętać, że są to umiejętności ściśle techniczne. Nie pociągają one za sobą zdolności do odpowiedniego wybierania treści dostępnych w Internecie. Zdarza się, że rodzice, widząc biegłość dziecka w zakresie obsługi komputera, ograniczają swoją rodzicielską troskę do kilku podstawowych zaleceń dotyczących czasu spędzanego w sieci. Tymczasem prawdziwa nauka będąca istotnym elementem procesu wychowania zawiera w sobie przede wszystkim własny przykład i wspólne przeżycie czegoś.

Nie wystarczy powiedzieć dziecku, co należy robić, a czego robić nie wolno. Trzeba pokazać, jak realizacja tych zasad ma wyglądać w konkrecie dnia codziennego. Żeby pokierować zachowaniem dziecka, należy aktywnie uczestniczyć w procesie jego uczenia się. Aktywnie uczestniczyć to znaczy dawać przykład, towarzyszyć, obserwować, wyznaczać normy i zasady, być konsekwentnym, poznawać świat przeżyć dziecka i wspierać je w doświadczanych smutkach. Rodzic powinien być osobą, która nadaje znaczenie treściom odbieranym przez dziecko za pośrednictwem Internetu. Małe dziecko bowiem nie dokonuje w swoim umyśle analizy tego, co do niego dociera, lecz po prostu to przyjmuje. W kontakcie z dorosłym ma szanse nauczyć się krytycznego myślenia oraz oddzielania przekazów wartościowych od szkodliwych.

odważnie reagować

Kiedy dziecko w wieku szkolnym lub nastolatek zaczynają spędzać przed komputerem znaczną część wolnego czasu, wtedy sytuacja ta wymaga szczególnego zainteresowania ze strony rodziców. Warto zaobserwować, na jaką aktywność w sieci dziecko poświęca największą ilość czasu – czy są to gry komputerowe, wyszukiwanie ciekawych informacji, komunikowanie się z innymi, udzielanie na portalach społecznościowych, korzystanie z multimediów itd. Zarówno sposób spędzania czasu przy komputerze, jego ilość, jak i zakres odwiedzanych stron internetowych może stanowić treść ustalanych przez rodziców i przedyskutowanych z dzieckiem zasad, których wszyscy domownicy będą starali się przestrzegać. Ważne jest, żeby zasady te opatrzone były konsekwencjami za ich łamanie, które będą realizowane. Należy pomóc dziecku w przestrzeganiu ustalonych zasad. I tak np. jeżeli zauważymy, że nasz syn lub córka spędzają czas, grając w grę przepełnioną agresją i brutalnością, to nie wystarczy zakazać korzystania z tej gry. Powinniśmy zadbać o to, by gra została usunięta z komputera, tak by nie stanowiła pokusy dla młodego człowieka. Ustalanie i egzekwowanie zasad powinno przebiegać w atmosferze spokoju oraz szacunku dla dziecka i jego odczuć.

dalej głodni

Spędzanie dużej ilości czasu przy komputerze przekłada się na realizowanie coraz większej ilości potrzeb psychicznych w sieci. Potrzeby fizyczne musimy zaspokoić w realnym świecie, patrzenie na jedzenie nie uczyni nas bowiem sytym. Potrzeby psychiczne pozornie dają się zaspokoić w świecie wirtualnym. Jest to jednak zaspokojenie chwilowe i niepełne. Jeżeli dana osoba będzie przeżywać trudności w związku z realizacją potrzeby uznania, sukcesu, bycia zauważonym i docenionym czy kontaktu z innymi w konkrecie dnia codziennego, wtedy istnieje pokusa zaspokajania ich w świecie wirtualnym. Taki proces należy bezwzględnie przerwać, prowadzi on bowiem do coraz większego wyalienowania z rzeczywistości i nie pomaga młodemu człowiekowi w realizowaniu siebie.

żyć w realności

Najlepszym sposobem na zabezpieczenie swoich dzieci przed pułapką świata wirtualnego jest jak najmocniejsze ukorzenienie ich w świecie realnym. By to zrobić, trzeba być przede wszystkim rodzicem dostępnym. Poświęcany czas jest najlepszym sposobem na ustrzeżenie dziecka przed wieloma niepotrzebnymi błędami, w tym tymi związanymi z korzystaniem z komputera. Każde dziecko pragnie doświadczać takich chwil, w których wzmacnianie wzajemnej więzi z rodzicem będzie najważniejsze. Młody człowiek potrzebuje czuć, że każdego dnia nastąpi moment, w którym będzie miał rodzica na wyłączność. Będzie to czas dzielenia się swoimi marzeniami i zmartwieniami lub po prostu przyjemnie spędzone wspólne chwile. Najważniejsze potrzeby dziecięcego serca realizowane w pełnych miłości i akceptacji kontaktach z bliskimi zabezpieczą najmłodszych przed poszukiwaniem ich zaspokojenia w świecie wirtualnym.

Świat realny jest najwłaściwszym miejscem do odkrywania piękna, poszukiwania dobra i doświadczania różnorakich przeżyć. To miejsce, w którym mają realizować się najgłębsze potrzeby ludzkiego serca. Dziecięce serca są przepełnione pragnieniem przeżywania przygody. Niech Internet będzie elementem ułatwiającym zaplanowanie i przeżycie niezwykłych chwil. Niezapomniane wycieczki – dalekie i całkiem bliskie, noclegi pod namiotami, poznawanie historii, kontakt ze zwierzętami, wspólne urządzanie przyjęcia, szycie ubranek dla lalek, uczestniczenie w spotkaniach z innymi rodzinami, poznawanie nowych osób – dziecięce przygody niejedno mają imię. Im prościej i swobodniej, tym lepiej. Po takich wspólnych przeżyciach w pamięci dziecka będą przewijały się wspaniałe wspomnienia, nie zaś kolejne migawki z gier komputerowych.

Wiem, jak ci pomóc

| Brak komentarzy

Wiem, jak ci pomóc

 

Sprawa jest ekstremalnie trudna i bolesna, dotyczy bowiem psychologicznych skutków aborcji widzianych od strony kobiety decydującej się na ten czyn. Kobiety, która z ciężarem podjętej już nieodwracalnej decyzji często jest pozostawiona samej sobie.

„skazane” na aborcję

Decyzja o aborcji jest jedną z ważniejszych lub nawet najważniejszą decyzją w życiu. Dotyka głębi egzystencjalnej, choć kobieta często jest zupełnie nieświadoma tego faktu. Podejmuje decyzję o życiu lub śmierci własnego dziecka i robi to w bardzo trudnej sytuacji emocjonalnej. Dzieje się to zazwyczaj w krótkim czasie po poczęciu, kiedy dokonuje się zasadnicza zmiana w funkcjonowaniu organizmu matki, zarówno na poziomie fizjologicznym, jak i w sferze psychologicznej. Kobiecie towarzyszą skrajne, bardzo niestabilne stany emocjonalne: wstyd, poczucie winy, bezradność, rozpacz, a dominuje w tym wszystkim zazwyczaj bardzo silny lęk. Ta ogromna wewnętrzna presja emocjonalna, często połączona z naciskami zewnętrznymi, prowadzi do uruchomienia myślenia o użyteczności aborcji, mniejszym złu czy też złu koniecznym. Większość kobiet czuje, że aborcja jest złem, i pragnie w głębi serca, by ktoś pomógł jej nie dokonywać, jednak siła presji wewnętrznej i zewnętrznej bywa nie do przezwyciężenia.

instynkt nie do oszukania

Z moich rozmów z takimi osobami wynika, że bez względu na światopogląd kobieta niejako z natury czuje, że działa wbrew sobie, wbrew swojej najgłębszej istocie, gdyż cała sfera instynktowo-popędowa, a także fizjologiczna ukierunkowana jest na ochronę dziecka, a nie na jego unicestwienie. Dlatego, aby podjąć tę decyzję, kobieta „musi” zdeprecjonować dziecko, uznać, że nie jest to „ktoś”, ale „coś”. Jest to jeden z mechanizmów obronnych zmniejszających jej napięcie, lęk, poczucie winy i wstydu. Zazwyczaj dokonuje też wyparcia i stłumienia tych trudnych emocji.

Co dzieje się potem? Objawy zaburzeń pojawiających się po aborcji są charakterystyczne dla tzw. Zespołu Stresu Pourazowego (PTSD), który występuje wówczas, gdy człowiek doświadcza traumatycznego przeżycia związanego z zagrożeniem lub utratą życia swojego lub cudzego. Efektem tego doświadczenia są nawracające dręczące wspomnienia, paraliż psychiczny, wycofanie, odrętwienie emocjonalne występujące często naprzemiennie z objawami silnego pobudzenia, co prowadzi do wybuchów złości, agresji, rozpaczy. Symptomy te mogą ujawnić się w postaci ostrej – bezpośrednio po aborcji lub też mogą wystąpić nawet po kilkudziesięciu latach. Dlatego też najczęściej mówi się o dwóch grupach zaburzeń: rozpaczy poaborcyjnej (PAD – Post Abortion Distress) i zespole poaborcyjnym (PAS – Post Abortion Syndrome). PAD pojawia się zazwyczaj w ciągu pierwszych trzech miesięcy i trwa do szóstego miesiąca po aborcji. Jest reakcją ostrą, w ramach której ujawniają się: fizyczny i psychiczny ból, silne poczucie straty (nie tylko dziecka, ale także samej siebie, swojej roli matki, sensu życia), głęboka rozpacz, żal, poczucie krzywdy, osamotnienia, życiowej pustki i oszukania. Towarzyszy temu niechęć do męża, często także do dzieci, lęk przed współżyciem seksualnym i kolejną ciążą oraz zaburzenia snu. PAS natomiast jest stanem chronicznym, którego przyczyny mają charakter fizjologiczno-psychologiczny i wynikają z gwałtownego przerwania przemian zachodzących w organizmie matki po poczęciu dziecka. U jego źródeł leżą wyparte reakcje emocjonalne (np. żal, wstyd, poczucie winy) oraz ból fizyczny i psychiczny, dlatego może pojawić się nawet wiele lat po aborcji. Powstaje na skutek załamania się wewnętrznych sił psychicznych kobiety. Nie jest on ani psychozą, ani nerwicą. To zespół psychosomatyczny z charakterystycznymi objawami, które towarzyszą kobiecie, rodzinie czy też związkowi, w którym dokonano aborcji.

powracająca trauma

Do kryteriów diagnostycznych PAS należą: powtórne przeżywanie traumy (tzn. stresujące wspomnienia, halucynacje, rozpacz wywołana skojarzeniami, „rocznicowe” reakcje żałoby, patologiczna żałoba, poczucie winy), unikanie (tzn. podejmowanie starań unikania myśli, uczuć, sytuacji przypominających aborcję, niepamięć sytuacji aborcji, poczucie wyobcowania, izolacji, wycofywanie się z relacji, odrętwienie emocjonalne, apatia, depresja) oraz tzw. objawy dodatkowe (tzn. problemy ze snem, wybuchy złości, problemy z koncentracją, nadwrażliwość, lękliwość, nadreaktywność na sygnały przypominające aborcję, depresja, myśli samobójcze, poczucie winy, poniżanie siebie, niezdolność do przebaczenia sobie, sięganie po używki, problemy seksualne).

droga do uzdrowienia

Jak można pomóc? Jeśli z powodu dokonanej aborcji cierpi ktoś, kogo znamy, warto motywować go do podjęcia terapii. Aby było to skuteczne, trzeba pamiętać o empatii i otwartości. Należy pomóc zrozumieć i nazwać przeżywane uczucia, ponazywać wszystkie dolegliwości, a także to, czego osoba się obawia, udzielić wsparcia i zapewnić, że stan taki jest do wyleczenia, a na koniec zaproponować terapeutę. W Polsce terapeuci zajmujący się pomocą osobom dotkniętym skutkami aborcji pracują w ramach stowarzyszenia NEST – New Experience for Survivors of Trauma. Kontakt można znaleźć na stronie internetowej www.nest-terapia.eu.

Proces leczenia PAS jest bolesny i wymaga poważnego zaangażowania. Wiedzie on przez kilka etapów: poznanie prawdy, czyli odkrycie stłumionych emocji i dokonanie nowego wglądu, ponowne uczłowieczenie dziecka, przeżycie żałoby, pracę z poczuciem winy, pojednanie, odbudowanie więzi, uwolnienie od masek, rehabilitację i nową wizję przyszłości. Dla osób wierzących istotne jest odwołanie się do Boga i Jego łaski, doświadczenie Jego miłości i przebaczenia, także w wymiarze sakramentalnym. Błogosławiony Jan Paweł II w encyklice Evangelium vitae pisze do takich osób: „Nie ulegajcie (…) zniechęceniu i nie traćcie nadziei. Starajcie się raczej zrozumieć to doświadczenie i zinterpretować je w prawdzie. Z pokorą i ufnością otwórzcie się – jeśli tego jeszcze nie uczyniłyście – na pokutę: Ojciec wszelkiego miłosierdzia czeka na was, by ofiarować wam swoje przebaczenie i pokój w Sakramencie Pojednania. Odkryjcie, że nic jeszcze nie jest stracone, i będziecie mogły poprosić o przebaczenie także swoje dziecko: ono teraz żyje w Bogu. Wsparte radą i pomocą życzliwych wam i kompetentnych osób, będziecie mogły uczynić swoje bolesne świadectwo jednym z najbardziej wymownych argumentów w obronie prawa wszystkich do życia”.

Dobrze, że ksiądz przyszedł. Spotkanie 24.

| Brak komentarzy

Był piękny lipcowy dzień. W gronie przyjaciół przemierzałem szlaki Sudetów. Właśnie zdobyliśmy szczyt Góry Iglicznej, nawiedzając znajdujące się tam sanktuarium Matki Bożej Śnieżnej. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną do Międzygórza. Aby uatrakcyjnić naszą wędrówkę, postanowiliśmy schodzić innym szlakiem. Humory dopisywały i było nam bardzo wesoło. Po około dwudziestominutowym marszu uświadomiliśmy sobie, że idziemy w niewłaściwym kierunku…

Byliśmy zdziwieni, bo znaliśmy ten szlak. Cóż, zawróciliśmy i znów powędrowaliśmy w kierunku kościoła Matki Bożej Śnieżnej. Dochodząc do skrzyżowania szlaków, bez wahania wybraliśmy „odpowiedni” kierunek. Jednak, gdy czas marszu jakoś dziwnie się wydłużał, zapytaliśmy napotkanych turystów jak daleko mamy jeszcze do Międzygórza? Odpowiedź całkowicie zbiła nas z tropu. Okazało się, że jesteśmy po przeciwnej stronie góry. Dotychczasowa pewność siebie w jednej chwili ustąpiła miejsca pokornemu uznaniu zawodności własnej intuicji. Nie pozostało nam nic innego, jak jeszcze raz zawrócić. Wskazano nam krótszą – ale za to bardzo trudną – drogę, prowadzącą przez szczyt Góry Iglicznej. Oprócz zmęczenia, zaczynającego padać deszczu i obawy, że możemy nie zdążyć na ostatni autobus, dodatkowym obciążeniem była dla nas świadomość własnej bezsilności wobec zaistniałej sytuacji. Paradoksalnie to, co miało być dla nas radością, stało się trudnym doświadczeniem. Jednak w trakcie mozolnego wdrapywania się na szczyt góry, przyszła refleksja, że chyba Pan Bóg chce nas czegoś nauczyć. Oto byliśmy jak lud izraelski błądzący po pustyni, która wcale nie była aż tak rozległa, aby przemierzać ją czterdzieści lat. Trzeba było jednak takiego czasu, aby naród wybrany zrozumiał swą zależność od Boga i poddał się Jego działaniu. W naszej wakacyjnej przygodzie Bóg także nam dał lekcję pokory, a prowadząc kolejny raz do górskiego sanktuarium Swej Matki, pozwolił odpocząć i nabrać sił, aby idąc już właściwą drogą, dojść do obranego celu.

Przed nami czterdzieści wielkopostnych dni. Po radościach karnawałowego chodzenia własnymi ścieżkami, Bóg wprowadza nas w czas pokuty. Być może kolejny raz trzeba nam zawrócić z drogi, którą podążamy kierując się ludzką mądrością i wybrać drogę naznaczoną Jezusowym Krzyżem. Drogę trudną, ale prowadzącą we właściwym kierunku. U szczytu tej drogi spotkamy Jezusa, który napełni nas mocą swej łaski. Dzięki niej na pewno dojdziemy do wyznaczonego nam przez Boga życiowego celu.

Serce pokorne

| Brak komentarzy

Dojrzały chrześcijanin to człowiek pokornego serca. Chrześcijańska pokora nie ma jednak nic wspólnego z pogardą wobec własnej osoby, z poniżaniem samego siebie, z dostrzeganiem w sobie wyłącznie negatywnych cech czy z zapominaniem o niezwykłej godności, jaką ma każdy człowiek. Bóg stworzył ludzi na swój obraz i podobieństwo i dlatego każdy z nas ma nieskończoną wartość w Jego oczach. Jesteśmy aż tak cenni, że Syn Boży ofiarował za nas własne życie, potwierdzając w ten sposób, że los każdego z nas jest dla Boga ważniejszy niż Jego własny!

Na czym w takim razie polega dobrze rozumiana pokora? Otóż człowiek pokorny to ktoś, kto uznaje całą prawdę o sobie. Taki człowiek wie, że życie, godność, łaskę zbawienia, wolność i zdolność do miłości, że wszystko to otrzymał zupełnie za darmo, bez najmniejszej nawet zasługi ze swej strony. Właśnie dlatego człowiek pokornego serca jest najpierw kimś wdzięcznym. Jest kimś ogromnie wdzięcznym Bogu i ludziom za niezwykłe dary, które otrzymał. Człowiek, któremu brakuje pokory, odkrywa, jak bardzo potrzebuje pomocy Boga i bliźnich zwykle dopiero wtedy, gdy jest poważnie chory albo gdy czuje się opuszczony, zapomniany, niekochany. Tymczasem człowiek pokornego serca nieustannie dziękuje Bogu i ludziom za otrzymane dary, bez których nie byłby w stanie istnieć. Taki człowiek czuje się nie jak bezradne dziecko w wielkim i tajemniczym świecie, ale jak dziecko, które jest bezpieczne w ramionach kochającego Boga Ojca.

Człowiek pokorny jest nie tylko kimś serdecznie wdzięcznym, lecz też kimś bardzo czujnym. Uznaje bowiem nie tylko fakt, że swe istnienie i godność zawdzięcza komuś innemu. Akceptuje też prawdę, że jest kimś wielkim i jednocześnie kimś ogromnie zagrożonym. Każdy z nas jest kimś wielkim, gdyż może myśleć, kochać i postępować na podobieństwo Chrystusa. Żadne zwierzę nie zostało obdarzone przez Stwórcę podobnymi talentami i możliwościami.

Z drugiej strony człowiek pokornego serca ma świadomość, że jest kimś zagrożonym z zewnątrz i od wewnątrz. Z zewnątrz jesteśmy zagrożeni przez tych ludzi, którzy nie kochają, którzy ulegają egoizmowi, którzy prowadzą nas na pokuszenie. Symbolem kogoś zagrożonego z zewnątrz jest biblijny Józef, syn Jakuba, sprzedany do niewoli przez własnych braci. Człowiek pokornego serca pamięta także o tym, że jest kimś zagrożonym przez samego siebie: przez własną słabość, naiwność, ignorancję i grzeszność. Symbolem krzywdzenia samego siebie jest syn marnotrawny z przypowieści Jezusa. Syn ten miał wspaniałego ojca, który mądrze go kochał i szlachetnie wychowywał, mimo to wybrał błędną drogę życia.

Człowiek pokorny pozostaje zawsze czujny i zdyscyplinowany po to, by nie utracić otrzymanego daru życia, miłości i wolności. Taki człowiek wie, że najpiękniejszą formą pokory jest świętość, czyli realizowanie Bożych, a nie własnych – choćby najpiękniejszych – pragnień i aspiracji. Wzorem pokory jest Maryja, która uwierzyła, że Bóg ma dla Niej piękniejsze plany od jej własnych aspiracji i marzeń.

Człowiek pokornego serca każdego dnia od nowa pragnie spełniać Boże pragnienia, czyli dorastać do świętości. To człowiek, który poważnie traktuje Boże marzenia oraz otrzymaną od Boga godność dziecka Bożego. Równie poważnie traktuje też własną słabość, gdyż wie, że powołanie do świętości nosi w kruchym naczyniu ludzkiej natury, zranionej skutkami grzechu pierworodnego oraz skutkami grzechów kolejnych pokoleń ludzi tej ziemi.

Dobrze się kłócić?

| Brak komentarzy

Dobrze się kłócić?

W naszej świadomości społecznej istnieje bardzo ugruntowane przekonanie, że dobrym małżeństwem jest to, które nigdy się nie kłóci. Często w rozmowach z narzeczonymi przygotowującymi się do zawarcia sakramentu małżeństwa na pytanie o to, jak rozwiązują konflikty, uzyskuję taką odpowiedź: „My się nigdy nie kłócimy, więc nie mamy potrzeby niczego rozwiązywać”.

Za tym sformułowaniem kryje się przywołane powyżej przeświadczenie: nie kłócimy się, więc jesteśmy dobrymi kandydatami do małżeństwa. Jest to jednak tylko złudzenie i – powiedziałabym – myślenie życzeniowe. Tam, gdzie znajduje się więcej niż jeden człowiek, konflikt jest rzeczą nieuniknioną, a dobry związek to taki, w którym ludzie nie tyle się nie kłócą, ile potrafią się pojednać i rozwiązać konflikt.

 

Według Gordona W. Allporta konflikt to sytuacja emocjonalnego i umysłowego stresu wymagająca zmiany perspektywy w krótkim czasie, co poważnie wpływa na poczucie własnej wartości. W jego rozwiązaniu nie wystarczają proste, nawykowe sposoby przystosowania. Innymi słowy, żeby się z nim uporać, musimy niejako wyłamać się z dotychczasowych utartych zachowań. Nie jest to łatwe, gdyż te sposoby postępowania działają w nas automatycznie, reagujemy nawykowo, odruchowo, z tego powodu często dopiero po czasie myślimy, że powinniśmy byli zachować się inaczej, ale… wyszło jak zawsze. Dlatego sytuacja konfliktowa wymaga specjalnego potraktowania i świadomego zajęcia się nią. Od czego zatem warto zacząć?

szansa dla dwojga

Punktem wyjścia jest zmiana spojrzenia na konflikt. Powszechnie uważa się, że konfliktów należy unikać za wszelką cenę, gdyż są one złem. Tymczasem – jak już wcześniej wspomniałam – konflikty są nieuniknione, a nawet pożądane. Co więcej – są sygnałem zdrowia, bo oznaczają, że każdy z nas wyraża samego siebie i jest szczery wobec drugiego. Są także bodźcem rozwoju, gdyż napięcie wewnętrzne, jakie powodują, zmusza nas do podjęcia działań, które nas rozwijają. Konflikty w związku wytrącają małżonków z rutynowego traktowania wzajemnej relacji, a co za tym idzie – mogą pomóc pogłębić więź małżeńską. Może się tak stać pod jednym warunkiem: jeśli małżonkowie potraktują sytuację konfliktową jako zadanie do rozwiązania i okazję do rozwoju, a nie jako koniec ich związku. Na podstawie wieloletniej praktyki poradnianej mogę stwierdzić, że nie ma małżeństwa skazanego na niepowodzenie w sytuacji konfliktu czy kryzysu, jeśli tylko obie strony mają wystarczająco silną motywację, by problem rozwiązać. Ważne jest, by energię mobilizować na poszukiwanie rozwiązań, które uwzględnią potrzeby i oczekiwania obu stron. W praktyce wymaga to pewnego wysiłku i zdyscyplinowania. Kluczowe w rozwiązywaniu konfliktów są poniższe zasady.

od różnic…

Pamiętajmy, że jesteśmy inni. Różnice między małżonkami wynikają po pierwsze z faktu różnicy płci, a co za tym idzie – innego sposobu przeżywania emocjonalnego, innych priorytetów, innych potrzeb, innego sposobu myślenia. Temat różnic psychoseksualnych jest dziś często – w imię fałszywie pojętej równości płci – pomijany, podczas gdy w relacji małżeńskiej odgrywa jedną z kluczowych ról. Drugie źródło różnic to osobowości małżonków. Bardzo często dobieramy się w pary dzięki fascynacji odmiennością drugiego. On/ona ma to, czego mi brakuje i dlatego mnie interesuje, przyciąga, zachwyca. Czyli zakochujemy się w naszych przeciwieństwach, co później we wspólnym życiu staje się ogniskiem zapalnym dla konfliktów, gdyż właśnie ta inność generuje zderzenie się różnych potrzeb. Warunkiem koniecznym dobrego życia małżeńskiego jest akceptacja odmienności drugiej strony.

Uznajmy prawo współmałżonka do czasem niekonsekwentnych lub nieprzewidywalnych reakcji. Pod wpływem emocji zachowujemy się irracjonalnie; często nasz stan wewnętrzny jest zlepkiem wielu emocji i sami dziwimy się po czasie, jak mogliśmy tak się zachować. Za takimi trudnymi zachowaniami stoją zazwyczaj trudne emocje, które mogą przestać być destrukcyjne dopiero w momencie, kiedy je sobie uświadomimy i zaakceptujemy, że są. Wtedy właśnie możemy podjąć odpowiedzialność za zachowania przez nie wywołane. Zarówno wobec siebie, jak i wobec współmałżonka powinna obowiązywać zasada: „Wszystkie emocje można zaakceptować, określone zachowania należy ograniczać”.

Przyjmijmy za oczywistą prawdę, że mogę zmieniać tylko siebie, a nie jestem w stanie zmienić drugiego. Ta prawda, choć oczywista, bywa trudna do przyjęcia, gdyż każdy z nas nosi w sobie silne przekonanie o tym, że ma rację i jest w porządku, oraz cały zestaw oczekiwań na temat tego, jaki powinien być ten drugi i co z nim jest nie w porządku. I tutaj bardzo często tkwi źródło problemu z rozwiązaniem konfliktu. Myślenie, że wyłączną przyczyną kryzysu jest zachowanie „tego drugiego” towarzyszy większości par będących w konflikcie. Rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej – za to, co mamy w naszym związku dziś, jesteśmy odpowiedzialni oboje. A żeby to zmienić, każdy z nas musi zająć się sobą i zmieniać siebie. Konieczne jest odrzucenie pychy, podjęcie ryzyka i świadoma zmiana dotychczasowego zachowania. Wiąże się to z postawą pokory – ten, kto nie potrafi nie mieć racji, pozbawia miłość szansy na przetrwanie, bowiem kochający się ludzie często muszą się przepraszać.

… do dialogu

Przyjmijmy założenie, że jesteśmy i będziemy razem, nie szermujmy w rozmowie groźbą rozwodu. Ważne jest, by zaangażowanie w związek – oparte nie tylko na aktualnych emocjach, ale na zobowiązaniu – było mocnym punktem odniesienia dla małżonków. Choć emocjonalnie jesteśmy zmęczeni, zniechęceni, rozdrażnieni i nie mamy ochoty na walkę o coś, co wydaje nam się skazane na niepowodzenie, warto opierać się pokusie rezygnacji. W większości przypadków zmiana partnera nie rozwiązuje problemu. Każde małżeństwo da się uratować, jeżeli obie strony wykażą dostateczną dozę dobrej woli. O możliwości powrotu małżonków do siebie rozstrzyga fakt, czy obie strony dostatecznie mocno tego chcą. A uczucie nie musi wrócić już jutro, ale istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że wróci.

Przebaczajmy 77 razy, co oznacza stałą gotowość do przebaczenia. Brak przebaczenia ma źródło w głębokiej wewnętrznej pretensji, że nie dzieje się tak, jak powinno. Jest to często żal do życia, żal do Pana Boga, niezgoda na rzeczywistość. Akceptacja tej rzeczywistości, a w niej cierpienia, jest punktem wyjścia do przebaczenia. Ważne jest tu uświadomienie sobie prawdy o samym sobie, o własnej zdolności do czynienia zła – zatem znowu mamy do czynienia z postawą pokory. Warto zacząć od przepracowania emocji, czyli odkrycia i wypowiedzenia trudnych uczuć i myśli, jakie w sobie nosimy, zważając, by własne cierpienie nie stało się czymś najważniejszym. Przebaczenie potrzebne jest krzywdzicielowi i skrzywdzonemu.

Wykonajmy cztery kroki: przeprośmy drugiego, nie dopuśćmy do powstania urazy w sobie samym, przebaczmy i zrozumiejmy oraz podejmijmy dialog.

Historia każdego małżeństwa to powtarzające się okresy stabilizacji i niepokoju, równowagi i burz, radości i smutków. Ważne, żeby o tej zmienności pamiętać i przy kolejnym kryzysie trwać z nadzieją, że to tylko kolejny etap, po którym znowu zaświeci słońce.

Dobrze, że ksiądz przyszedł. Spotkanie 31.

| Brak komentarzy

Skończyły się już wakacje. Wracamy do zwykłych zajęć. Wielu młodych ludzi przeżywa z tego powodu frustrację. Niechętnie podejmują wysiłek zgłębiania wiedzy, często dlatego, że nie mają perspektywy znalezienia pracy w wymarzonym zawodzie. Jednak podjęcie trudu intelektualnej formacji ma ogromne znaczenie w kontekście całego życia człowieka. Wpływa mianowicie na kształtowanie się naszej osobowości, sprzyja rozwijaniu horyzontów myślowych i wybieraniu prawdziwych wartości.
Przed tobą różne drogi. Możesz stawać się coraz pełniej człowiekiem, rozwijać w sobie to, co najbardziej ludzkie: rozumność i wolność. Stawać się mądrzejszym, coraz bardziej samodzielnym i niezależnym. Rozwijać swą osobowość. Ale możesz też zdegenerować się w swoim człowieczeństwie do poziomu nic niepojmującego głupca, popychadła podatnego na manipulacje.

Przyszedłeś na świat z konkretnymi predyspozycjami fizycznymi i psychicznymi. Nie możesz jednak pozostawić ich samym sobie, lecz powinieneś podjąć wysiłek ich rozwijania. Do tego wzywa cię Chrystus w ewangelicznej przypowieści o talentach. To jest twoje szczególne zadanie w okresie młodości! Odpowiadasz za swoje ciało i psychikę, a już prawdziwym twórcą stajesz się w sferze moralnej, w sferze swojego ducha. Oczywiście, kształtowanie siebie nie jest sprawą jednej chwili, ale długotrwałym procesem. Wiedz jednak, że są w tobie nieodkryte jeszcze zasoby energii i sił duchowych. Trzeba je tylko uruchomić! W twym wnętrzu kryją się szczere i dobre pragnienia, które jak ziarno wrzucone w glebę rozwiną się, jeśli znajdą podatny grunt, jeśli nie zagłuszy ich zło.

Jesteś więc odpowiedzialny za to, kim się stajesz, za kształt własnego życia. Odpowiadasz przed samym sobą. Odpowiadasz również przed innymi za to, co realizujesz w swoim życiu. Będziesz radością lub zgryzotą tych, którzy cię kochają. To, kim się staniesz, będzie z kolei wzorem dla innych. Jesteś także odpowiedzialny za kształt twego życia przed Bogiem. Ten, który cię stworzył na swój obraz i podobieństwo, staje się uwielbiony lub poniżony w tobie, zależnie od tego, jakie wartości w swym życiu wybierasz. On czuwa, abyś mógł wzrastać i rozwijać się duchowo, ale ty sam też tego musisz chcieć.

Nowy rok szkolny czy akademicki otwiera zatem przed tobą wspaniałą przygodę: możesz zgłębiać wiedzę i stawać się coraz pełniej człowiekiem. Nikt tego za ciebie nie zrobi. Nikt ci tego nie zdoła narzucić. To może wyrosnąć tylko z twego pragnienia. I to będzie twój życiowy dom, który wzniesiesz i w którym zamieszkasz.

Dobrze, że ksiądz przyszedł. Spotkanie 30.

| Brak komentarzy

Gabrysia przeżywała takie same problemy jak większość nastolatek. Z tego powodu była sfrustrowana i łatwo wpadała w rozdrażnienie. Nie potrafiła zaakceptować samej siebie, choć bliskie osoby starały się jej w tym pomóc. Czuła się nieszczęśliwa, a swym zachowaniem raniła tych, dla których rysy jej twarzy nie miały większego znaczenia, bo darzyli ją sympatią i miłością.

Wiele dziewcząt, a niekiedy także i chłopców, chyba jednak „przesadza” z kompleksami na punkcie swojej urody. Niektórzy z nich robią wszystko, aby upodobnić się do modelek czy zwyciężczyń konkursów piękności bądź też idoli sportu, znanych aktorów i piosenkarzy. Tymczasem fizyczne piękno z czasem przeminie, bo takie jest prawo natury. Kolejne warstwy makijażu nie zakryją w pełni zmarszczek, będących oznaką nieuchronnych procesów starzenia się. Modne ubranie nie odejmie lat. Czy jest zatem jakiś sposób na to, aby pomimo przemijania urody podobać się i imponować innym?

Moim zdaniem – tak. Większość ludzi w rzeczywistości szuka w swym życiu prawdziwych przyjaciół. Chcemy znaleźć człowieka, na którym można zawsze polegać, a tu uroda odgrywa niewielką rolę. Dziewczyna potrzebuje mądrego i uczciwego chłopca, przy którym mogłaby czuć się bezpieczna i z którym mogłaby założyć szczęśliwą rodzinę. Chłopiec zaś szuka na swą życiową towarzyszkę dziewczyny nie tyle pięknej, ile raczej pełnej kobiecego wdzięku, miłej, wrażliwej i dobrej, czyli mającej „urodziwy” charakter. Zatem chcąc podobać się innym, nie można wyłącznie patrzeć w lustro i ubolewać nad tym, że nie jest się pięknością z pierwszych stron kolorowych czasopism. Zamiast pragnąć za wszelką cenę przyciągać wzrok płci przeciwnej zewnętrzną urodą, lepiej zainwestować w swój charakter – postarać się o piękno własnego wnętrza. Wtedy niezależnie od wieku i wyglądu zawsze będzie można wzbudzać podziw, bo wartości duchowe w przeciwieństwie do urody nigdy się nie starzeją i są niezbywalną wartością.

Dobrze, że ksiądz przyszedł. Spotkanie 29.

| Brak komentarzy

Gdy rozmawiamy ze znajomymi lub przygodnie spotykanymi ludźmi, doświadczamy powszechnego narzekania. Jednym brakuje pieniędzy, drugim zdrowia, a z kolei inni, mając wszelkie dobra materialne, przeżywają kryzys miłości małżeńskiej. To niekiedy odbiera nam radość życia. Braku zadowolenia nie można jednak tłumaczyć tylko wspomnianymi przeciwnościami. Musi tu rodzić się pytanie o najgłębszą przyczynę tego stanu rzeczy. Tak bowiem się składa, że pieniądze, praca czy jakiekolwiek inne wartości wcale nie są gwarancją ludzkiego szczęścia. I przeciwnie – doświadczając różnorodnych trudności, można być szczęśliwym.

Młoda kobieta, która w wypadku samochodowym straciła ukochaną córkę i sama doświadczyła kalectwa, stwierdziła, że właśnie owo wydarzenie stało się dla niej początkiem prawdziwego szczęścia, bo pomogło jej odnaleźć Boga, zagubionego w pogoni za wygodnym życiem. Wszystko, co było dla niej dotychczas źródłem szczęścia: dobra praca, komfortowe mieszkanie, samochód, a także niesakramentalne małżeństwo, rozpadło się jak przysłowiowy domek z kart. Córka zginęła, mąż odszedł do innej kobiety, prestiżową pracę zastąpiła renta inwalidzka, a oszczędności pochłonęła kosztowna rehabilitacja. W tej sytuacji, po ludzku całkiem beznadziejnej, kobieta zwróciła się do Boga, stawiając Go na pierwszym miejscu. Zrozumiała, że to On nadaje człowiekowi sens życia. Zatem radykalnie je przewartościowała. To sprawiło, że nauczyła się cieszyć drobiazgami i stała się osobą spokojną o swą przyszłość.

Różnie więc można przeżywać własne życie. Można nim się cieszyć albo być z niego niezadowolonym. A jakie uczucia towarzyszą mojemu życiu? Czy jestem człowiekiem dziękującym Bogu za istnienie czy raczej kimś sfrustrowanym i utyskującym na swój los? Może warto pod tym kątem zweryfikować własną postawę, aby czas Wielkiego Postu zaowocował wewnętrzną przemianą, która w poranek wielkanocny obudzi w naszych sercach poczucie wdzięczności wobec Boga, który ZMARTWYCHWSTAŁ I ŻYJE, aby być naszą nadzieją i radością.