Czy może być coś dobrego w chrześcijaństwie?

 

„Czy może być coś dobrego z Nazaretu?” – zapytał Natanael Filipa, gdy ten entuzjastycznie opowiadał mu o swoim spotkaniu z Jezusem (por. J 1,46). Echa tego pytania słychać w każdym pokoleniu. Czy może być coś dobrego w chrześcijaństwie?

opłaca się być wierzącym

„Co mi to da, że będę się modlił, czytał Pismo Święte i uczestniczył w liturgii?” – pytają często młodzi ludzie, sygnalizując, że nie zamierzają angażować się w przedsięwzięcia ich zdaniem nieopłacalne. Bardziej dojrzali i duchowo wyrobieni wierzący oburzają się na utylitarne podejście do życia i spraw wiary. Tymczasem jednak wątpliwości chyba nie są zupełnie bezzasadne, skoro nawet apostołowie nie byli od nich wolni. „Oto opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą. Cóż więc otrzymamy?” – zapytał pewnego dnia Piotr Jezusa. Co ciekawe, Ten nie oburzył się na impertynencję apostoła, ale zapewnił, że zyski z tej swoistej duchowej inwestycji znacznie przekroczą ewentualne straty: „Każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy” (por. Mt 19,27-29).

wiara daje nadzieję

Skoro tak, to spróbujmy potraktować poważnie niepokój wyrażony w pytaniach: „Co ja z tego będę mieć, że zostanę uczniem Jezusa?” lub: „Co jest dobrego w chrześcijaństwie?”. Oczywiście, odpowiedzi mogą być różne. Nie roszcząc sobie pretensji do wyczerpania tematu, chciałabym w pierwszym rzędzie zwrócić uwagę na jedną fundamentalną „rzecz”, którą daje nam wiara chrześcijańska – na nadzieję.

Święty Paweł, zwracając się do Efezjan, przypomina im, kim byli zanim przyjęli chrzest – a mianowicie ludźmi „nie mającymi nadziei ani Boga na tym świecie” (Ef 2,12). Zdanie to jest o tyle ciekawe, że Efezjanie nie byli przecież ateistami. W Efezie znajdowało się słynne na cały starożytny świat sanktuarium – świątynia Artemidy. Z pewnością prócz niej adresaci Pawłowego listu czcili też innych bogów. A jednak sprawowane przez nich obrzędy nie łagodziły poczucia, że życie jest jedynie podróżą w kierunku grobu, w kierunku ciemności Hadesu. Nowina, którą przyjęli od Pawła, była prawdziwie Dobrą Nowiną. Przyniosła im przyszłość – przekonanie, że nie zmierzają ku pustce, lecz ku otwartym ramionom Ojca (por. Ef 2,18-19). Tam zaś, gdzie nadzieja, jest przyszłość i sens.

prawda i dobro zwyciężą

Chrześcijańska nadzieja nie jest jedynie obietnicą przyszłego życia. Jest ona przede wszystkim przekonaniem, że ostateczne zwycięstwo należy do prawdy i dobra. To przekonanie pozwala podejmować codzienne zmagania, budować cywilizację miłości nawet pośród najbardziej mrocznych sytuacji, pozwala nie załamywać się, gdy efekty naszych starań nie tylko są niezadawalające, ale raz po raz niszczone. „Tylko wielka nadzieja-pewność, że na przekór wszelkim niepowodzeniom moje życie osobiste oraz cała historia są pod opieką niezniszczalnej mocy Miłości, i dzięki niej i dla niej mają sens i wartość – tylko taka nadzieja może w tym przypadku dodać jeszcze odwagi, by działać i iść naprzód” – pisze papież Benedykt XVI w encyklice Spe salvi. Już samo takie ujęcie sprawy sugeruje, że na przyjęciu wiary chrześcijańskiej zyskuje nie tylko pojedynczy człowiek, ale całe społeczeństwo. Kim bowiem byśmy teraz byli i gdzie byśmy byli, gdyby nie ludzie, którzy pośród nawet największego zamętu dziejowego umieli wskazać znaki nadziei i przekonać swoje otoczenie, że nadzieja ta nie jest oznaką głupoty, jak chcą niektórzy, lecz wiary w Boga, dla którego nie ma nic niemożliwego?

lepszy świat przed chrześcijaństwem?

Trudno nam sobie wyobrazić, czym byłby świat bez chrześcijaństwa, ale możemy sobie wyobrazić świat przed chrześcijaństwem. To świat, w którym na miano człowieka zasługuje tylko człowiek wolny, a precyzyjnie – wolny mężczyzna (niewolnik jest rodzajem mówiącej rzeczy); to świat bez szpitali, w których pomoc znaleźć by mogli najubożsi; to wreszcie świat, w którym życiem człowieka rządzi ślepy los i prawo silniejszego, od którego nie ma odwołania.

Gdy bizantyjski cesarz Julian Apostata zapragnął odwrócić bieg historii i sprawić, żeby cesarstwo wróciło do kultów pogańskich, szukał dróg, jak tego dokonać, wiedząc, że samo prześladowanie chrześcijan na niewiele się zda. W liście skierowanym do pogańskiego kapłana Arsakiosa wskazywał, że nie przeciwdziała się przechodzeniu ludzi na chrześcijaństwo, jeśli nie zacznie się naśladować „Galilejczyków” (tj. chrześcijan) w tym, z czego słyną, a mianowicie w miłosierdziu okazywanym wszystkim potrzebującym, także tym, którzy nie wyznają ich wiary. Co ciekawe, argumentacja, jaką przedstawił, była na wskroś praktyczna – w helleńskiej tradycji trudno mu było znaleźć coś, co uzasadniałoby odwiedzanie więźniów, wspieranie ubogich ze składek wspólnoty, karmienie głodnych bez względu na to, kim są. Ostatecznie też trudno mu było przekonać kapłanów pogańskich do tego, co było i jest jedną z podstawowych zasad chrześcijaństwa, a co zwięźle wyraził św. Jakub: „Religijność czysta i bez skazy wobec Boga i Ojca wyraża się w opiece nad sierotami i wdowami w ich utrapieniach” (Jk 1,27).

w Atenach nie każdy był osobą

Ktoś powie: chrześcijaństwo skupiło wzrok człowieka na Bogu, odkrycie wielkości człowieka to przecież renesans i jego zachłyśnięcie się antykiem. Zanim jednak powtórzy się po raz kolejny ten frazes, warto przypomnieć, jak świat antyczny rozumiał człowieczeństwo. Gdy oglądamy piękne rzeźby antycznych mistrzów: Praksytelesa, Fidiasza czy Polikteta, łatwo nam uwierzyć, że antyk to czas, w którym dominował zachwyt nad osobą ludzką. I w sumie można z tym założeniem się zgodzić. Przy jednym zastrzeżeniu: nie każdego określało się mianem osoby. Wiele możemy zarzucać chrześcijaństwu –  to, że zbyt opieszale odeszło od pogańskiej wizji człowieka, że zbyt długo tolerowało niewolnictwo, ale z pewnością nie to, że gloryfikowało ucisk i odmawiało osobowej godności tym, którzy mieli pecha urodzić się jako niewolnicy, biedacy czy… kobiety. Kto nie wierzy, niech poczyta, jak funkcjonowała chociażby słynna demokracja ateńska i skąd wzięło się tak powszechnie dziś używane pojęcie „osoba”.

Jak czytamy w arcyciekawej i godnej polecenia książce Davida Bentleya Harta pt. Chrześcijańska rewolucja a złudzenie ateizmu: „Nowy świat, którego narodziny dostrzegamy w Ewangeliach, to świat, w którym cała wspaniała kosmiczna architektura prerogatyw, władzy i eminencji została zachwiana, a nawet zastąpiona przez nowy, w zasadzie „anarchiczny” porządek; taki porządek, w którym widzimy chwałę Bożą objawioną w ukrzyżowanym […] i otrzymujemy nakaz, by w wyklętych i zapomnianych tej ziemi widzieć dzieci nieba” (s. 219-220).

Autor: s. Natalia Tendaj SłNSJ

Imię zakonne Celina, od 1992 r. sercanka (i nie jest to rok urodzenia). Pochodzi z Lublina, ale z zasiedzenia czuje się prawie krakowianką. Katechizuje w V LO w Krakowie i czerpie z tego mnóstwo radości. Od dzieciństwa nie minął jej zwyczaj zadawania pytań, zaczynających się od słówka "dlaczego?" i nie uznaje łatwych odpowiedzi. Ma nadzieję, że kiedyś trafi do nieba, w którym uzyska odpowiedzi na najbardziej nurtujące ją pytania. Lubi podróże i ludzi, z którymi można podyskutować. Mówi, że matematyka to poezja, a nowe technologie są fascynujące, ale na roślinkach i zwierzątkach kompletnie się nie zna. Przy okazji - jest doktorem teologii fundamentalnej, czego jednak nie należy kojarzyć ani z medycyną ani fundamentalistami.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *