Cud znad Wisły, czyli the perfect way is love

 

Wiktor, 25 lat, urodzony i wychowany w polskiej stolicy. Zwyczajny chłopak ze zwyczajnymi problemami, mający zwyczajnych rodziców i zwyczajne towarzystwo. Zwyczajna szkoła, zwyczajne decyzje, zwyczajne nałogi, zwyczajne odejście od Boga i Kościoła. Wszystko zwyczajne, znaczy typowe, chociaż on sam – podobnie jak każdy – indywidualny i niepowtarzalny. Zwyczajne staje się jednak w pewnym momencie nadzwyczajne. Pokazuje to jego historia, którą podzielił się z ks. Przemysławem Bukowskim SCJ.

Na początku sięgnijmy do początków właśnie. Wydaje mi się, że dużo przeżyłeś jak na jednego człowieka, w dodatku jeszcze dość młodego. Nazwijmy to zatem kompletowaniem doświadczeń. Zacznijmy od najbliższych. Jak to było z tą wiarą w domu?

Moja rodzina, a raczej głównie mama, była tradycyjnie katolicka. Mam na myśli to, że zadbano, bym w dzieciństwie został ochrzczony, później przystąpił do Pierwszej Komunii Świętej, a za rok już trochę przymuszony wyspowiadał się, by świętować rocznicę pierwszej przyjętej Eucharystii. Wydaje mi się jednak, że już wtedy – jako mały chłopiec chodzący regularnie do kościoła – przeczuwałem, że tylko kwestią czasu jest zaprzestanie praktyk religijnych z powodu braku wewnętrznego przekonania. Tak zresztą się stało. Dziwne, bo do pewnego czasu, nawet mimo owego braku wewnętrznych przynagleń, spowiedź czy Msza św. sprawiały mi wiele radości i czyniły lżejszym. Pewnie zatem wówczas mogłem jeszcze wybrać tę lepszą stronę.

A co takiego wybrałeś?

W gimnazjum zasmakowałem w alkoholu i narkotykach. Radziłem sobie w szkole, chociaż nauka była poza zakresem moich zainteresowań. Chciałem się bawić, imprezować. W liceum alkohol szybko stał się problemem, a później chorobą, która ciągle postępowała, chociaż ja nadal świetnie się bawiłem. Gościnnie pojawiałem się na lekcjach. Mimo to jakoś zdałem maturę i dostałem się na studia wieczorowe. Do domu często wracałem pijany. Rodzice wiedzieli też, że biorę narkotyki, ale póki co było to raczej problemem dla nich niż dla mnie. Mama nie dawała sobie ze mną rady, więc zaczęła uczęszczać na grupę wsparcia dla rodzin, w których występuje problem uzależnień. Doszło do tego, że rodzice przestali wpuszczać mnie do domu. Zdarzyło się nawet, że spałem w ogródku. W końcu definitywnie wyrzucili mnie z domu. Rozumiem, że musieli być konsekwentni w stawianych mi wymaganiach. Ja zaś nie potrafiłem i chyba też nie chciałem im sprostać. Kolejny rok to spanie po klatkach schodowych, codzienne picie i kradzieże, żeby mieć za co kupić alkohol. W pewnym momencie odezwał się do mnie tata, proponując powrót do domu. Warunkiem była zgoda na uczestnictwo w terapii. Oczywiście nie uważałem, że mam jakiś problem. Było mi to raczej obojętne, ale zgodziłem się. Znów chciałem spać w swoim łóżku. Pierwszym dniem bez alkoholu była niedziela 23 grudnia 2007 roku.

Dzień przed Wigilią… Zatem zaczęła się terapia. I od tej pory było łatwiej?

Nie wierzę w przypadki. Zacząłem uczestniczyć w terapii uzależnienia od alkoholu. Z perspektywy czasu patrzę na to, jak na wielką łaskę. W ośrodku powoli, ale skutecznie spadają łuski z oczu. Na dziesięć osób biorących udział w kuracji tylko trzy przechodzą dwuletni proces terapeutyczny. Ja byłem jedną z nich. Uwierzyłem, że jestem alkoholikiem i muszę z tą chorobą żyć. Uzależnienie karmi się iluzjami, dlatego trzeba zmienić myślenie, które te iluzje tworzy. To nie jest łatwe.

No dobrze, a co z Twoją relacją do Boga?

W moim przypadku było to dosłownie przejściem ze śmierci do życia. Podczas terapii po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że istnieje ktoś potężniejszy ode mnie, kto chce mi pomóc. Odkryłem, że istnieje w ogóle jakaś duchowa strona życia. Oczywiście na początku to wszystko było nowe i trudne. Jednak niemal każdego dnia wręcz fizycznie odczuwałem, że coś się zmienia, że sam się rozwijam. Już nie musiałem przestawać pić, jakby to był konieczny warunek jakiejś poprawy. Ja po prostu chciałem nie pić. Z czasem ta duchowa strona coraz bardziej mnie pociągała, ale prawdziwe nawrócenie przeżyłem w kwietniu 2010 roku. Owa „siła wyższa” przybrała wtedy konkretną formę. Stało się to poniekąd pod wpływem mojego kolegi, jakby na dowód tego, że wiara rodzi się ze słuchania. Moja modlitwa, wcześniej wysyłana „w kosmos”, nabrała innego sensu. Zaczynałem od najprostszych modlitw, które znałem z dzieciństwa. Powróciła chęć uczestnictwa we Mszach św. „Połykałem” też literaturę religijną. Chciałem dowiedzieć się jak najwięcej. Szukałem prawdy. Myślę również, że nie bez znaczenia była pielgrzymka na Jasną Górę, podczas której usłyszałem o krucjacie wyzwolenia człowieka. Sam do niej przystąpiłem, uświadamiając sobie jednocześnie, że moje nawrócenie – łaskę nowego życia – mogę zawdzięczać komuś, kto podjął się takiego zobowiązania.

Jak to jest z samym przejściem z niewiary do wiary? Włącza się głośny alarm, zapala czerwona lampka czy następuje porażenie prądem przez Boga, który stracił cierpliwość?

Ciężko powiedzieć, że moje nawrócenie to był jakiś jeden konkretny moment. To trwało dłużej, było raczej procesem. Jak już wspominałem, z jednej strony ważne były rozmowy z moim kolegą, który również świeżo się nawrócił, zaś z drugiej – lektura, przez którą szukałem możliwości poznania Boga. Pamiętam jednak dokładnie chwilę, kiedy zacząłem się modlić. Zgiąłem kolana i pierwszy raz po latach odmówiłem Ojcze nasz. Było mi po prostu bardzo ciężko. Doszedłem do wniosku, że sam sobie dłużej nie poradzę i muszę poprosić Boga o pomoc.

W co zatem dzisiaj wierzysz?

Jak już wspomniałem, nie wierzę w przypadki. Dlatego staram się wierzyć w sens mojego życia, że ma ono cel, a to wszystko, co mnie spotyka, nie jest dziełem ślepego losu, ale właśnie ku temu celowi prowadzi. Niesamowite jest również to, że w ogóle żyję, istnieję, chociaż wcale nie było to konieczne. Świat nie przestałby się przecież kręcić, gdyby mnie na nim nie było. Bóg nie musiał mnie zechcieć. Ale zechciał. Widocznie jestem dla Niego ważny. To wielka i piękna sprawa, że Bóg jednak mnie chciał, a skoro chciał to nadal chce.

Czy w okularach wiary świat wygląda inaczej? Czy ona pomaga, czy raczej przeszkadza?

Wiara zdecydowanie pozwala mi zauważyć sens życia, w jego poszczególnych momentach i nawet z pewnej perspektywy. Gdy przyglądam się swojej przeszłości po nawróceniu: studiom politologicznym, zajęciom u Krzysztofa Zanussiego, potem studiowaniu filologii klasycznej, sześciomiesięcznemu stypendium i pobytowi w Indonezji, a następnie niby przypadkowemu trafieniu na studia do niemieckiego Fryburga, w którym po jednej z Mszy św. poznałem swoją dziewczynę Iwonę, nie mogę tego wszystkiego traktować jak przypadku. Przecież to nieprawdopodobne! Dzisiaj planujemy z Iwoną wspólną przyszłość, a jeszcze kilka lat temu… Moja wiara zatem jakby wyjaśnia moje życie. Ale i moje życie pomaga mi wierzyć. Idę swoją niepowtarzalną drogą, ale jednocześnie wiem, że nie jestem na niej sam. Tak, dzięki wierze kolory są ostrzejsze, a ludzie łatwiejsi do kochania.

To wszystko brzmi trochę jak z bajki. Gdzie jest zatem haczyk?

Sęk w tym, iż nam się wydaje, że to my szukamy Pana Boga. Że to nasza misja i sens wiary. A tymczasem to On nas szuka, również w pragnieniu szczęścia, które w nas jest. Nie znam nikogo, kto nie chciałby być szczęśliwym. Myślę, że znalezienie prawdziwego szczęścia, czyli takiego niezawodnego, to wielka sprawa dla każdego. Oczywiście wiara nie buja tylko w obłokach. Ona pozwala również spojrzeć na świat z odpowiedniego dystansu, bez absolutyzowania tego, co mi się przytrafia. To chyba dobra perspektywa.

No dobrze, ale wróćmy jeszcze do Twojego nawrócenia. Mówisz, że liczy się perspektywa, że teraz wszystko widzisz inaczej. Dlaczego Bóg w ogóle pozwolił, byś wcześniej marnował swoje życie? Czy On na pewien czas dał sobie z Tobą spokój? Czy przebaczyłeś Bogu Jego „nieobecność”?

Kto tutaj jest teologiem? Przecież jeśli Bóg mógłby nie kochać, nie byłby Bogiem. Oczywiście, kiedy byłem jeszcze po stronie szklanej butelki, znieczulałem alkoholem wiele swoich decyzji. Ale coś tam w środku przypominało mi, że to, co robię, nie jest dobre. Nie obwiniam Boga za to, co wtedy działo się w moim życiu. On nie potrzebuje mojego przebaczenia. Problem polegał najpierw na tym, żebym umiał wybaczyć samemu sobie. Niewątpliwie krzywdziłem wiele osób wokół siebie, ale myślę, że najbardziej skrzywdziłem dziecko, którym jeszcze byłem, gdy zacząłem pić i gubić wiarę.

Czy istnieje coś, czego mimo wszystko nie udało Ci się w sobie zniszczyć? Innymi słowy, co ocalało i pozwoliło Ci się później pozbierać i wrócić, a może po prostu pójść inną drogą?

Myślę, że ważna jest szczerość, czyli uczciwość wobec samego siebie. Oczywiście możemy się długo oszukiwać. Jeśli jednak nie będziemy wobec siebie uczciwi, to nie będziemy również wolni. Wyzwań i prób zaś nie brakuje. Skoro nawet Adam i Ewa, spacerując za plecami Boga w raju, dali się zwieść, to i ja muszę się mieć na baczności. Nadal wiele jest takich momentów, w których kłamstwa wydają mi się wyjątkowo prawdopodobne.

Trochę z innej beczki… Czy można przesadzić w nawróceniu? I czy Pan Bóg wybiera tylko tych, którzy sami sobie dadzą radę?

Miałem z tym wielki problem. Jeszcze trzy lata po nawróceniu wszystko wokół mnie oskarżało. Często też myślałem, że powinienem wszystko dla Boga poświęcić. Jemu się to po prostu należy! Idealnym rozwiązaniem byłoby zatem poświęcenie mojej miłości do Iwony i wstąpienie do kontemplacyjnego zakonu, np. kamedułów czy kartuzów. Na poparcie tej tezy odnalazłbym nawet kilka biblijnych cytatów. Zresztą do dzisiaj mawiam, że nie palę za sobą mostów, bo ślubu jeszcze nie biorę. Jednak, gdy się sobie przyglądam, zauważam, że w moim przypadku byłby to przejaw nie tyle miłości do Boga, co poczucia winy – z jednej strony i perfekcjonizmu – z drugiej. Bóg darował mi przecież nowe życie. Wyrazem wdzięczności winna być zatem moja „ofiara doskonała”. Rozmawiałem o tym z pewnym księdzem w pustelni San Barnaba we Włoszech. Mówiłem o perfect way to give myself to God (idealnej drodze oddania się Bogu), na co on zareagował błyskawicznie: The prefect way is love (idealną drogą jest miłość). Dużo mi to wyjaśniło.

Jasne, że łatwo popaść w radykalizm, nawet w taką nieludzką duchowość. Chcieć z siebie utworzyć takiego nadczłowieka jak w filozofii Fryderyka Nietzschego. Jestem kimś, kiedy jestem silny, kiedy świetnie sobie ze wszystkim daje radę. Ale Bóg szuka właśnie tego, co zagubione, szczególnie zagubione w nas samych. Szuka tej jednej owcy, która przepadła. Dać się zatem odnaleźć – to też wymaga siły rezygnacji z własnych pomysłów na zbawienie.

Czy nie wydaje Ci się, że dzisiaj działa to częściej w odwrotnym kierunku. To znaczy, że chętniej się od Kościoła czy od Boga odwracamy, niż nawracamy…

Zdaje się, że panuje taka moda. Modne stają się też odważne publiczne deklaracje ateizmu czy ataki na Kościół. Niedawno czytałem wywiad z dość znaną piosenkarką. Otwarcie wyznała w nim, że „święta bez Boga są ok”. Mnie osobiście nie przekonują „święta z konkubentem”. Myślę też, że celem życia każdego człowieka jest stanie się sobą. Gonitwa za modami raczej utrudnia osiągnięcie tego celu.

I ostatnie pytanie. Kościół przeżywa Rok Wiary. Czy potrzebni są mu ci, którzy z wiarą nie zawsze sobie radzą?

Mógłbym odpowiedzieć innym pytaniem: Czy istnieją w ogóle tacy, którzy z wiarą zawsze świetnie sobie radzą?

ks. Przemysław Bukowski SCJ

Autor: ks. Przemysław Bukowski SCJ

Pochodzę z Bełchatowa, choć nie wszystko się tam zaczęło. Na księdza wychowali mnie sercanie. Lubię myśleć, że potrafię myśleć. Dlatego od kilku lat, najpierw w niemieckim Freiburgu, a obecnie na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie, inspirowany głównie myślami Józefa Tischnera i tych, którzy jego inspirowali, uczę się bycia filozofem człowieka. Nic mnie bowiem tak nie kręci, jak pytania zadawane pytającym.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *