Camino – trudności są drogą

 

Wrzesień 2010 roku. Czworo ludzi, jeden miesiąc, dwie pary kolczyków i jedna wspólna pianka do golenia, zdrowe nogi, wygodne buty, 10 kg na plecach dla każdego, ponad 600 km trasy, temperatura 25°C. Deszcz? Bodajże dwa razy. Hiszpania, słońce, upał, brak dostępu do morza, La Rioja, Kastylia-León, Galicja, a w końcu Finisterre! Cały dobytek na plecach, cudowna beztroska i jedyne problemy: gdzie uda się dziś odprawić Mszę św., a gdzie będzie nocleg, no i co na obiad? Wspaniała perspektywa Camino de Santiago!

Santiago de Compostela w Hiszpanii, do którego prowadzą liczne pielgrzymkowe szlaki, jest trzecim, po Jerozolimie i Rzymie, miejscem kultu chrześcijańskiego. Tam właśnie spoczywa ciało św. Jakuba Apostoła, który zginął śmiercią męczeńską. Dawniej pielgrzymka do Santiago de Compostela miała charakter głównie religijny, dziś powodów do przebycia tej drogi jest tyle, ilu pielgrzymów, ale cel zawsze jest ten sam – dotarcie do grobu św. Jakuba. Najstarszy ze szlaków – Camino Francés liczy blisko 800 km, od granicy z Francją aż do Jakubowego miasta.

puk, puk

Udręka? Nie. Kara? W życiu! Wyrzeczenie? Być może. Przygoda? Z pewnością! Nasza przygoda ze św. Jakubem rozpoczęła się bardzo niepozornie, wręcz – patrząc z perspektywy czasu – nieco absurdalnie. Wszystko zaczęło się od maila o treści „puk, puk”. Nikt z nas nie przypuszczał, że w konsekwencji wyruszymy na szlak pielgrzymi i przebędziemy wspólnie ponad 600 km. Zaczęła się wymiana maili między mną a ks. Radkiem: Co słychać? Jak życie na emigracji? Jak studia? Jak moja magisterka? Trochę o planach, marzeniach, pomysłach na przyszłość, aż w końcu padło hasło camino. Do dzisiaj zadziwia mnie, jak szybko to wszystko się potoczyło. Długimi wieczorami przeglądane strony internetowe, blogi, świadectwa, pamiętniki oraz fora internetowe – by dotrzeć do wszelkich informacji o Camino de Santiago.

Czy wyruszyliśmy bez obaw? Oczywiście, że nie. Była ich niezliczona ilość – od kwestii, czy wyrobimy się w czasie, przez finansowe, po dobór towarzyszy pielgrzymki oraz bardziej przyziemne, np. czy wystarczy sił i co z językiem.

ekipa

Zdecydowaliśmy się na pielgrzymkę we wrześniu, gdy temperatury pozwalają na względnie normalne funkcjonowanie. Pielgrzymowaliśmy do Santiago de Compostela w 2010 roku – Roku Świętym. A on jest wtedy, kiedy święto św. Jakuba Apostoła obchodzone zawsze 25 lipca wypada w niedzielę. Następnym razem zdarzy się to w 2021 roku. Postanowiliśmy przejść 620 km w 24 dni, tak by 1 października – w pierwszy piątek miesiąca – dotrzeć do grobu św. Jakuba i jeszcze przed wylotem odwiedzić Finisterre, tzw. „koniec świata”.

Camino jest mało przewidywalne. Dużo łatwiej niż klucz do miejscowego kościoła można odnaleźć pielgrzymkowych przyjaciół. Przykład? Naszą pielgrzymkę zaplanowaliśmy w czteroosobowej polsko-włoskiej grupie: Natalia, Rita, ks. Maciej, ks. Radek. Do św. Jakuba dotarliśmy w siedem osób, łącząc się z Martinem – Szwajcarem pracującym na co dzień w jednym z tamtejszych banków, Kim – Koreanką mieszkającą w Norwegii, i Karoliną z Gdańska.

Oczywiście nie wędrujesz z wszystkimi na raz. Często robisz to sam, zanurzając się w ciszy, w przed chwilą odmówionej jutrzni czy we fragmencie Ewangelii, którą – jak Bóg da – usłyszysz w jeszcze nie wiadomo gdzie odprawianej Eucharystii. Camino to cisza i kontemplacja.

start

Weszliśmy na szlak w Logroño. Tam w parafialnym albergue (schronisku) otrzymaliśmy paszporty pielgrzyma (kredencjały) uprawniające do korzystania z noclegów na caminowym szlaku oraz muszle św. Jakuba – znak rozpoznawczy pielgrzymów. Na camino nie sposób zgubić drogę. Całą trasę wyznaczają wszędobylskie żółte strzałki oraz żółte muszle – malowane dosłownie wszędzie, gdzie sięga wzrok: na murach, krawężnikach, latarniach, kamieniach. Na camino nie sposób nie spotykać wciąż tych samych ludzi, choć każdy idzie własnym rytmem i sam decyduje, gdzie zatrzyma się na noc.

dzień dniem pogania

Jak wygląda przeciętny dzień na camino? Zawsze tak samo. No prawie zawsze: w niedziele sklepy spożywcze są zawsze zamknięte… Albergue można opuścić od godziny 6.00, raczej nie wcześniej, by nie budzić śpiochów. Nam jako jednym z pierwszych rano udaje się wyjść nie więcej niż trzy razy. Trzeba jednak opuścić nocleg przed godziną 8.00, takie przynajmniej panują zasady w galicyjskich państwowych schroniskach. Idziemy po ciemku, więc latarka, a najlepiej czołówka, jest naprawdę niezbędna. Słońce we wrześniu budzi się nieco później niż pielgrzymi.

Po dwóch godzinach od porannego wymarszu i myśli krążącej jak bumerang: „Czy wszystko wzięliśmy?”, zaczynamy szukać sklepu spożywczego bądź przydrożnego baru. W każdej miejscowości jest i kościół, generalnie otwarty. Zaglądają do nich pielgrzymi w większości po to, by przybić kolejną pieczątkę do kredencjału, czasem – by się pomodlić. Nasz pierwszy postój to czas na jutrznię – poranną modlitwę Kościoła. Przecież na camino Kościół odradza się. Bo choć jedynie około 30% pielgrzymów wyrusza na szlak z religijnych pobudek, to wcale owa smutna statystyka nie zamyka drzwi nawróceniu właśnie na szlaku.

Słońce najbardziej zaczyna doskwierać od 14.00, stąd wielu pielgrzymów właśnie o tej godzinie kończy dzienną trasę. My idziemy dalej. Chcąc zdążyć na pierwszy piątek miesiąca do Santiago de Compostela, a w konsekwencji na powrotny wykupiony już lot do domu, musimy przejść codziennie około 30 km… z całym ekwipunkiem.

a Msza św. dziś to gdzie?

Popołudnia są mniej tłoczne, dlatego łatwiej odmówić razem różaniec. Stajemy się coraz bardziej rozpoznawalni na szlaku, szczególnie przez to, że codziennie odprawiamy Eucharystię. Stąd częste pytania w różnych językach: „A gdzie dziś Msza św.?”. Przeważnie w kościołach, jeśli są otwarte, czasem poza nimi. W dwóch znanych nam językach: po polsku i włosku, czasem z Ewangelią po angielsku, jeśli ktoś z anglojęzycznych pielgrzymów zaliczył Biblię do kategorii rzeczy najpotrzebniejszych. W sumie jedynie dwa razy musieliśmy zrezygnować z Eucharystii, bo choć wszystko, co do niej potrzebne, nieśliśmy ze sobą, to nie zawsze miejsce na jej odprawienie było dobre. Uczestników nigdy nie brakowało. Najwierniejsza była Kim. Niewierząca. „Kim, ale ty przecież nic z tego nie rozumiesz?” – pytam, widząc jak Koreanka szykuje się na Eucharystię. „I co z tego? Jeśli wy po całym dniu szukacie miejsca, by się modlić, to musi to być ważne”.

pranie i gotowanie

Zakwaterowanie na nocleg zawsze podnosi adrenalinę. Mamy jedynie niesprawdzone opinie o albergue z Internetu. Zazwyczaj szukamy takich, które mają kuchnię, by samemu ugotować coś na obiadokolację. Zasada jest prosta. Wchodzisz do kuchni, sprawdzasz, jakie produkty poprzedniego dnia zostawili pielgrzymi, resztę dokupujesz w sklepie, gotujesz, a to, co zostanie, nigdy nie bierzesz ze sobą. Przecież camino nie kończy się po twoim odejściu…

Codziennie pierzesz, masz przecież w plecaku tylko dwa komplety ubrań – więcej nie potrzebujesz. Zresztą już po kilku dniach wędrówki dochodzimy do wniosku, że nie ma rzeczy, które nic nie ważą.

Potem konieczna drzemka, by wybudzić się jeszcze na wieczorne błogosławieństwo pielgrzymów w pobliskim kościele parafialnym.

ekstra bagaż

Z racji, że była to pielgrzymka, to oprócz plecaka wzięłam ze sobą dziesiątki osób i ich sprawy. Każdego dnia niosłam kogoś innego w sercu. Czasami pisałam SMS-a do osoby, za którą modliłam się danego dnia. Wielu przed wyjazdem prosiło mnie o tę modlitwę, więc czułam się zobowiązana. Zawsze myślałam o nich, gdy było mi szczególnie ciężko iść: „Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Mój wysiłek ci się przyda. Nie mogę się poddać!”.

Wybierając się do Hiszpanii, nie miej wielkich oczekiwań od camino. Ważniejsze jest to, jak przeżyjesz ten czas i czego się nauczysz, bo camino jest drogą do poznania samego siebie. Pielgrzymkę zaczęliśmy z popularnym wśród caminowiczów zdaniem: „To nie droga jest trudnością, to trudności są drogą”. Natomiast kończyłam z tym, co sama odkryłam: „Jestem w stanie zrobić więcej, niż mi się wydaje”. Każdy dzień pokazywał mi, jak wiele mogę. Nie spodziewałam się, że jestem w stanie tyle z siebie wykrzesać.

Zgodnie z tradycją wszystkie szlaki kończą się na Finisterre nad Oceanem Atlantyckim. Znajduje się tam słupek „0 km”. Ot, tak zwany „koniec świata”. W tym miejscu niektórzy palą pielgrzymkowe ubrania i kąpią się w oceanie – na znak, że człowiek po zmaganiu się ze wszystkimi swoimi słabościami na camino odrodził się. Wraz z ubraniami mają spłonąć również dawne przyzwyczajenia i grzechy. Wbrew pozorom to nie koniec, a dopiero początek. Bo jeśli raz się już wkroczy na camino, to pielgrzymuje się do końca życia.

W Hiszpanii przeżyłam największą przygodę mojego życia. Czasami myślę: „Niewiarygodne! To przyszło do mnie samo i potoczyło się swoim torem. Ktoś musiał to wcześniej nieźle obmyślić. Najpierw dał mi taką możliwość, później odwagę w podjęciu decyzji i środki niezbędne do realizacji zamierzenia”. Wiem, że tym kimś jest Bóg. Skoro On dał mi szansę, to wierzyłam, że da również siłę. Każdego dnia prosiłam: „Boże, daj siłę, wytrwałość i odwagę w dalszym pielgrzymowaniu mnie i moim towarzyszom…”. Tyle wystarczyło, by odkryć na nowo Jego bliskość – począwszy od przygotowań, przez całą trasę, po owoce, które ciągle zbieram. Otrzymałam siłę, która pozwoliła mi przekraczać własne bariery; wiarę, dzięki której udało się osiągnąć cel, oraz odwagę, by wyruszyć w drogę poznania siebie.

Natalia Kulig

12 IX 2010

pochmurność…

Odpoczęliśmy dziś od słońca, choć nie od kilometrów… Atapuerca, czyli 35 km. Jutro chcemy mieć lekkie wejście do Burgos i czas na zwiedzanie. Dziś niedzielny leśny klimat i Łukaszowe przypowieści o Bożej radości z każdego nawrócenia. Czy camino zmienia? To złe pytanie… Czy człowiek pozwoli się zmienić przez camino

1 X 2010

no pain, no glory

Dziesiąta z minutami docieramy przed katedrę. Wspólne zdjęcia. Pada. Kolejka po Compostelę. Uroczysta Eucharystia z botafumeiro na dziękczynienie. Czego więcej potrzeba pielgrzymowi? Wspólny uroczysty obiad z wyśmienitym winem. Pamiątki dla najbliższych. Przytulenie się do apostoła i modlitwa przy jego relikwiach. Spowiedź. Szczęście i poczucie spełnienia. Czego więcej potrzeba pielgrzymowi? Bo tutaj nic się nie kończy, tutaj wszystko na nowo się zaczyna.

ks. Radosław Warenda SCJ

Autor: ks. Radosław Warenda SCJ

Człowiek, chrześcijanin, sercanin, ksiądz. W takiej, a nie odwrotnej kolejności, choć to ostatnie przenika aż do początku. Dzieciństwo spędziłem w Sosnowcu, młodość zakonną w Stopnicy i Stadnikach. A pierwsze kapłańskie kroki w lubelskiej parafii Dobrego Pasterza i Społecznych Szkołach im. Klonowica, też w Lublinie. Niegdyś studiowałem na Gregorianie, a później w latach 2011-2015 byłem redaktorem naczelnym "Czasu Serca". Dziś pracuję w kurii generalnej w Rzymie. Z zabranych ze sobą książek wziąłem wszystkie Tomáša Halíka.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *