Być czy mieć? Czy pomiędzy nimi jest rzeczywiście sprzeczność?

Kościół patrzył przez całe wieki z dystansem na problem wolności czy godności człowieka. W oczach wielu dostrzeżenie wielkości przymiotów ludzkich wiązało się bowiem z zagrożeniem prymatu Boga. Dylemat był prosty: albo Bóg będzie wielki, albo człowiek taki będzie. Poza tym w podkreślaniu wolności ludzkiej widziano głównie pokusę człowieka do wyrządzania zła i krzywdy, to znaczy dążenia do swojego szczęścia kosztem innych. A zatem wyjątkowość człowieka była podejrzana, winna, grzechorodna. Czasy współczesne zmieniły w znacznym stopniu owe podejście. II Sobór Watykański zapoczątkował takie myślenie o wolności i godności człowieka, które nie tylko nie zagraża wielkości Boga, ale nawet z niej bierze swe uzasadnienie. Kościół zauważył, że Chrystus jest gwarantem i warunkiem ludzkiej wielkości. Skoro bowiem Bóg umarł za człowieka, to musiał on mieć w Jego oczach wielką wartość, dla której warto było poświęcić nawet kogoś najcenniejszego, bo własnego Syna.

chcę być, bo jestem wolny

Człowiek jest w dużej mierze panem własnego losu. To, w jaki sposób przeżywa on swoje życie zależy przecież od tego, co sam z nim robi. Co prawda, ulega on rozmaitym ograniczeniom, różną mają one postać, jednak gdzieś na dnie swojej duszy jest naprawdę wolny i dlatego może chcieć tego czy owego. Więcej, może nawet chcieć swojej wolności. Wolność oznacza bowiem możliwość, przede wszystkim możliwość wyboru. Mogę zatem wybrać, jak będzie wyglądało moje życie. Mogę zdecydować, jaki poziom zaangażowania włożę w wykonywaną pracę. Mogę przyjść komuś z pomocą. Mogę uwierzyć Bogu i Jego obietnicom. Mogę przyjąć określoną postawę myślenia o innym. Mogę w końcu wybrać własną wolność lub zgodzić się na niewolę. Nawet niewola stanowi bowiem wolny wybór człowieka. Jego nie może zniewolić coś lub ktoś od zewnątrz. Człowiek na niewolę „musi” się zgodzić wewnętrznie, by jej ulec. Dlatego również siedząc w więzieniu, może czuć się wolnym. Możliwość wybierania stanowi zatem istotną składową jego człowieczeństwa. Gdzie jej nie ma, tam człowiek w jakiś sposób jest nie w pełni sobą, jakby oddalony od siebie samego, bowiem pozbawiony tego, co jest mu tak bliskie. Z rozmaitych wyborów, dobrych i złych, składa się całe życie człowieka. Historia jego wyborów jest historią jego egzystencji. Człowiek tworzy się z wyborów, jakie dokonuje. On rodzi swoje wybory, one zaś rodzą go jako człowieka. Nawet raz obrana droga musi być przez niego nieustannie powtarzana. Dotyczy to np. wierności małżeńskiej czy trwania w jakimś postanowieniu. Wybór oznacza możliwość wierności. Wierność jest trwaniem w podjętym wyborze. Święty Augustyn przekonuje: „Raz wybrawszy, codziennie wybierać muszę”. To muszę trzeba jednak odpowiednio rozumieć. Oznacza ono bowiem w istocie „chcę”. Mogę i chcę codziennie wybierać, dzięki temu istnieję jako człowiek. „Muszę” chcieć, bowiem nie mam innego wyboru. Ale „muszę” istnieje tutaj w sensie „mogę”. Mogę zatem chcieć, dlatego jestem sobą naprawdę.

Tak jak nie wszystko, co myślą i robią chrześcijanie jest w istocie chrześcijańskie, tak samo nie wszystko, co człowiek czyni ze swej wolności, czyni go jeszcze bardziej wolnym, czyli naprawdę sobą. Ktoś zniewolony przez różne przywiązania nie jest z tej racji do końca sobą, bowiem naruszona jest jego fundamentalna możliwość, podstawowa wartość, konstytucja, czyli wolność. Wolność jest zatem w stanie mówić „chcę”. Czego ona chce? Chce coś mieć, czymś dysponować, o czymś decydować. Wolność pojawia się i karmi tym „chcę”. Bez niego ona nie istnieje. Nawet jeśli wolność potrafi z czegoś zrezygnować, to znaczy powiedzieć „nie chcę”, to tylko dlatego, że wcześniej to „miała”, choćby w pragnieniach, a to znaczy, że tego „chciała”. Nie można oddać czegoś, czego się w jakimś sensie nie ma. Im więcej się ma, tym więcej można również stracić. Jak na giełdzie. Mieć można jednak na różny sposób. Można nie mieć czegoś fizycznie w rękach, a być tego posiadaczem w pożądaniu. Dzieje się tak na przykład w zazdrości. Kiedy zazdroszczę, to jakbym nie miał i miał jednocześnie. Podobnie jest z używaniem. Człowiek, który nie chce, by inni wiedzieli, że coś ma, bowiem właściwie nie chce tego mieć, używa. Ale używanie to też posiadanie, tyle że na określony czas. A zatem na bardzo różny sposób jako ludzie mamy bardzo wiele. Im bardziej jesteśmy tego świadomi, tym więcej mamy.

między nikim a kimś

Nie da się nie mieć nic. Nic ma wyłącznie nikt. Ktoś „musi” coś mieć, żeby w ogóle być. W tym sensie człowiek posiada np. swoje ciało (twarz, ręce, wszystkie tkwiące w nim organy i narządy), określony charakter i temperament. Ma on czas do przeżycia, marzenia, moc we własnych rękach, a czasem pecha. Ma rodzinę, przyjaciół, określony status społeczny, godność, historię rozmaitych doświadczeń itp. A przede wszystkim ma siebie samego. Bez tego wszystkiego w ogóle by nie istniał. W rozumieniu tego fundamentalnego dla ludzkiego sposobu istnienia „mieć” z pomocą przychodzi nam łacina. Przy jej użyciu określamy ogólną kondycję oraz predyspozycje człowieka mianem habitus. Habere tłumaczy się jako „mieć”. A zatem człowiek na najbardziej podstawowym poziomie swego życia ma siebie, a przez to jest sobą, a nawet o-sobą. Jego bycie określone jest przez jego mienie. W tym sensie „być” znaczy dla człowieka „mieć”, bowiem bez „mieć” nie ma jego „być”. Oczywiście może on nie zgadzać się na takiego siebie, jaki jest we własnych oczach czy w spojrzeniach innych. Może siebie odrzucać, nie akceptować. Dzieje się tak np. w buncie nastolatków czy w przypadku osób, u których wykryto poważną chorobę. Człowiek chce wówczas być inny, niż jest w rzeczywistości. A ponieważ nie bardzo jest w stanie to zmienić, przeżywa ból. Nie jest to jednak zwyczajny ból zęba czy głowy. Ten ból dosięga człowieka bardzo głęboko. Moglibyśmy nawet powiedzieć, że wtedy boli go całe jego istnienie. On sam jest swoim bólem.

Człowiek ma zawsze jakieś wyobrażenie o sobie, jakąś wizję samego siebie. Dzięki niej ma również nadzieję, że jest w nim coś do uratowania, ocalenia, coś co może on przenieść w przyszłość. Bez tej nadziei rodzi się w nim rozpacz. Mówi wtedy: „Jestem nikim”. A nikt nie ma prawa żyć, dlatego sam sobie to prawo odbiera. „Nie ma we mnie niczego, co można by jeszcze uratować. A zatem wszystko skończone”. To, co człowiek „ma” jest więc zagrożone, w niebezpieczeństwie. Jan Kochanowski pisze: „Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy. Próżno tu człowiek ma co mieć na pieczy”. Również Kohelet jest bliski tego przekonania: „Marność nad marnościami – wszystko marność” (Koh 1,2). Człowiek może stracić to, co ma. Im jest mu to bliższe, tym bardziej cierpi z powodu straty. Wtedy ma już wyłącznie nadzieję, że może to odzyska lub otrzyma coś lepszego w zamian. Podobną motywację zaszczepiał w uczniach Jezus: „Wtedy Piotr rzekł do Niego: «Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy?». Jezus zaś rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach, sądząc dwanaście pokoleń Izraela. I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy»” (Mt 19,27-29).

bogaty biedak

Człowiek ma wiele i to stanowi jego bogactwo, kształt jego człowieczeństwa. Paradoksalnie jednak ma najwięcej wówczas, gdy wszystko rozda. Gdy ze swojego „chcę” uczyni: „Wystarczy mi tylko jedno, a będę miał wszystko”. Przykładem takiej postawy jest św. Franciszek z Asyżu. Nie miał on nic, a przecież miał wszystko, bo miał Boga, który ma wszystko. To prawda, nie wszyscy jesteśmy Franciszkami. Nie potrafimy i nawet nie chcemy żyć w ubóstwie. Tymczasem chrześcijaństwo zachęca do ubóstwa, ale ubóstwa szczególnego. Jezus mówi: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (Mt 5,3). Franciszek zinterpretował te słowa w bardzo radykalny sposób. Dlatego w imię najwyższego bogactwa zrezygnował z bogactw mniejszych. Miał on wszystko u Boga, dlatego postanowił być u-Bogi. Mówi się, że naprawdę biedni są ludzie, którzy mają tylko pieniądze. Rzecz zatem w tym, żeby mieć w taki sposób, aby się nie miało tego w duchu, to znaczy w najgłębszych pragnieniach pozostało się wolnym nawet wobec tego. Jakby nie miało to znaczenia, czy mam, czy też nie mam. W jaki sposób mieć tak, jakby się nie miało na sposób duchowy? Nie chodzi tylko o sprawę przywiązania do czegoś lub jego braku. Przywiązania są sprawą kaprysów i mogą ulegać zmianom. Istota jest głębsza. Ponownie kryje się ona w wolności. Franciszek był wolny jak nikt inny w jego czasach, bowiem oddał wszystko. Był wolny tak jak Chrystus, który też oddał wszystko, nawet własne życie. I w tym tkwi sedno. Powiedzieliśmy przed chwilą, że wolność może chcieć. Oczywiście może chcieć grzechu, ale może też chcieć łaski. Wolność jest w jakiejś mierze nieobliczalna, ryzykowna. Mieć w taki sposób, jakby się nie miało w swoim duchu, oznacza poświęcić się. Do tego jest zdolny tylko ktoś naprawdę wolny. Poświęcenie dotyczy zawsze złożenia jakiejś ofiary. Ale nie byle jakiej ofiary. Chodzi o ofiarę z siebie, czyli z tego, kim się „jest” ze względu na to, co się „ma”. Psalmista woła: „Nie chciałeś ofiary krwawej ani obiaty, lecz otwarłeś mi uszy; całopalenia i żertwy za grzech nie żądałeś. Wtedy powiedziałem: «Oto przychodzę»” (Ps 40,7-8). Owo „oto przychodzę” stanowi ofiarę największą, bowiem jest ofiarą ze swojej woli, czyli ze swojej wolności. Autor dodaje za moment, jakby na jednym tchu: „Jest moją radością, mój Boże, czynić Twoją wolę” (Ps 40,9). Franciszek przeżył w swoim życiu to doświadczenie, że szczęściem człowieka jest pełnić wolę Boga, czyli Jego, a nie moją wolność. Twoje „chcę” Boga było dla niego ważniejsze niż jego własne. On chciał się poświęcić, bowiem naprawdę kochał. Tylko człowiek, który kocha, może złożyć ofiarę ze swojej woli. Wówczas jest on tym, kim jest nie dzięki temu, co „ma”, ale poprzez to, co stracił dla innego, to znaczy poświęcił dla niego.

ks. Przemysław Bukowski SCJ

Autor: ks. Przemysław Bukowski SCJ

Pochodzę z Bełchatowa, choć nie wszystko się tam zaczęło. Na księdza wychowali mnie sercanie. Lubię myśleć, że potrafię myśleć. Dlatego od kilku lat, najpierw w niemieckim Freiburgu, a obecnie na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie, inspirowany głównie myślami Józefa Tischnera i tych, którzy jego inspirowali, uczę się bycia filozofem człowieka. Nic mnie bowiem tak nie kręci, jak pytania zadawane pytającym.

Podziel się

2 komentarze

  1. Bardzo dziękuję za piękny i mądry tekst. Zainspirowany przemysleniami ekumenicznej Mszy Sw. z lutego w Łopusznej i głękokoscią spowiedzi w Ludzimierzu przekazuję Dobrą Nowinę dalej.
    Pozdrawiam
    Andrzej Twardowski

    Odpowiedz
    • Również bardzo dziękuję!
      Spotkania z wyjątkowymi ludźmi inspirują wyjątkowo intensywnie 🙂
      Pozdrowienia z nadzieją ponownych zobaczeń.

      Odpowiedz

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *