Bóg w ramach

 

Cisza wcale nie oznacza pustki, tak jak milczenie Boga nie jest równoznaczne z Jego nieobecnością. Mówią, że Bóg przemówił przez Dziecko, konkretną Istotę – Jezusa. Zatem nagle okazało się, że milczący Bóg jest Nowonarodzonym. Tak, Bóg ma ręce i nogi, a to chyba ważniejsze niż usta. Dziś Bóg jest w stanie zrobić to, czego nie potrafili bogowie: dotknąć fizycznie, podnieść, a nawet przytulić. Bóg nie kryje się w ustach proroków, za czasami spektakularnymi cudami. Bóg tamtej nocy zyskał narodowość, tymczasowe zameldowanie, rodowe korzenie. Wywrócił świat do góry nogami, albo raczej wywróconemu światu pokazał, jak stanąć na nogi. Świat – wtedy ich, dziś przede wszystkim mój.

czy wiara pachnie?

Lubimy hasła. Zresztą jesteśmy dość kreatywni w ich tworzeniu. Nie gorzej jest na kościelnym polu; a to Kościół nazywamy domem. Nota bene chyba dość ryzykownie, biorąc pod uwagę dzisiejsze konkretne doświadczenia, często przykre, związane z terminem „dom”. Ten rok z papieskiej inicjatywy ma stać pod znakiem wiary. Wiary, która nie tylko jest marzeniem i zaufaniem, że tam będzie tak, jak On mówi. Ale wiary, która ma tu i teraz swoje dziś. Wiary, która pachnie relacją twarzą w twarz. Relacją bardziej osobową niż osobistą. Ta wcale nie musi zakładać potoku religijnego słownictwa, odmówionych różańców liczonych na pęczki, kolejnych inicjatyw – im bardziej szumnych, tym lepszych. Wiara jest często milczeniem, serią wydarzeń bez huku. Nie ma szału? Bo tak też może być. W Betlejem fajerwerków na to właściwe narodzenie Boga również nie było.

Prawdziwa wiara nie ogranicza się jedynie do zewnętrznego kultu religijnego, uczestnictwa, biernego stania lub nieobecności na niedzielnej Mszy św. Wiara nie jest pięciozłotówką w napięciu poszukiwaną w portfelu w czerwone dni w kalendarzu, by było co na tacę rzucić. Wiara nie pachnie tylko a to choinką, a to święconką, ani święconą wodą, ni śnieżną bielą komunijnej czy ślubnej sukienki. Czym zatem pachnie? Czasem w ogóle niczym.

Bóg spod mostu

Nowonarodzony nie zdobył czołówek prasy. Co więcej, wiemy, jak śmiertelne skutki wywołała informacja o Jego pojawieniu się zdobyta przez Heroda od mędrców, magów. Jesteśmy w stanie usłyszeć krzyk dzieci betlejemskich zarzynanych z lękliwej nienawiści. Jezus rodzi się poza miastem, poza kręgiem zainteresowań, poza miejskim szumem. Historia lubi się powtarzać, więc choć z hukiem, to i poza miastem umiera. Ze sporą dozą goryczy, że pomimo cudownych znaków i mocnych słów nie zdobył ludzkiej świadomości. „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34). Poza miastem narodzony, poza miastem ukrzyżowany – bo dziś Bóg jest na marginesie. A wierzący zawsze będą poza głównym nurtem, będą solą w oku salonowych bywalców. Autentyzm chrześcijański musi dziś brać pod uwagę wytykanie palcami, przylepianie etykietek, szufladkowanie. Czasem i mocniej: rezygnację z kariery, lepszych zarobków. Żywy chrześcijanin płynie pod prąd napędzany ewangeliczną nadzieją i świadomością, że to Bóg ma rację.

Na co nie mogę sobie w życiu pozwolić? By Bóg w moich konkretnych decyzjach znów grzał ławkę rezerwowych. Bez względu na to, czy będzie to sfera życia prywatnego, zawodowego czy publicznego. Papież Benedykt XVI w swojej najnowszej książce Jezus z Nazaretu. Dzieciństwo pisze: „(…) cząstką stawania się chrześcijaninem jest wyjście z tego, o czym wszyscy myślą i czego chcą, odrzucenie dominujących kryteriów, umożliwiające znalezienie światła prawdy naszego bytu, i wejście w tym świetle na dobrą drogę”.

sięganie do nieba

I dziś zwyczajna ludzka intuicja, stara metoda nie wiedzieć czemu akurat na chłopski rozum, staje się skuteczna. Obustronnie. Bo sami z jednej strony coraz wyraźniej widzimy, że słowne deklaracje rozjeżdżają się z nie jedynie obserwowaną, ale przeżywaną na własnej skórze rzeczywistością. A z drugiej świadomi jesteśmy, że i nasze poletko nie jest wolne od owego dysonansu. Miał Jakub rację, gdy pisał, że wiara bez uczynków śmierdzi trupem (por. Jk 2,14-18). Co więcej, ma i dziś rację, gdy w pierwszym rozdziale pisze: „Jeżeli bowiem ktoś przysłuchuje się tylko słowu, a nie wypełnia go, podobny jest do męża oglądającego w lustrze swe naturalne odbicie. Bo przyjrzał się sobie, odszedł i zaraz zapomniał, jakim był” (Jk 1,23-24). Bo czy dziś bycie wierzącym bardziej niż szukać zrozumienia nie przybiera rumieńców pseudokościelnych demokracji?

Pamiętam pewne święta przeżyte na ukraińskiej ziemi. Mała miejscowość, gdzie po istniejących zakładach przemysłu gumowego pozostały puste hale produkcyjne. Pasterka, zresztą druga tej nocy. Murowany kościół i przenikliwe zimno, które z sukcesem przedzierało się przez podwójną warstwę dywanów. Ampułki z wodą i winem stojące przy grzejniku chroniącym przed zamarznięciem ich zawartości. Z sukcesem w bożonarodzeniowym nastroju dotarliśmy do ostatnich chwil Mszy św. Zostały ogłoszenia duszpasterskie. Proboszcz, dość dobrze radzący sobie z – dla mnie osobiście nieznanym – językiem ukraińskim, podziękował za przybycie pomimo trzaskającego mrozu, dodając na koniec, że kościół wprawdzie ogrzewany, ale jak drzwi otwarte to ogrzewanie na niewiele się zda… Na te słowa pewna „pobożna” kobieta wstała z ławki i głośno oznajmiła proboszczowi, że drzwi to drogie były, a jak tak nimi w tę i we w tę machać każdy będzie to i zepsują się szybko… Cóż „pragmatyzm” bierze czasem górę nad zdrowym rozsądkiem. Dlaczego o tym? Bo dziś wiarę zniżamy do roli pełnionej w kościelnej społeczności. A co najgorsze, myślimy, że ta jest wprost proporcjonalna do parafialnego zaangażowania.

A wiara nie przekłada się łatwo na kościelne zaangażowanie ani na pokusę intelektualnego smyrania Boga po stopach. Bóg nie może być bowiem obiektem intelektualnego pożądania, ale podmiotem, z którym wejdę w relację, wiedząc, że On może mnie przemienić.

dyskusja z obiadem

Żłób, czyli miejsce, gdzie można znaleźć pokarm. Tamten w betlejemskiej grocie owej nocy nabrał nowego znaczenia. Wypełnił się już nie tyle sianem, co Chrystusem. Bo Bóg jest Tym, który nawet gdy człowiek zezwierzęcieje, nie wciska mu siana, jakiegoś tam substytutu, nie odsyła z kwitkiem, ale daje mu samego siebie. Bóg pozwala ci karmić się sobą. W żłobie leży Chleb z nieba. Leży nie dla własnej przyjemności czy satysfakcji, ale dla człowieka. By ten ziemski chleb stawał się niebieskim.

Maciej Stuhr w luźnej rozmowie dla jednego z portali internetowych opowiada o Kościele, który nie dość, że na podobno marnych intelektualnie kazaniach kręci się jedynie wokół aborcji, to jeszcze i w konfesjonale trudno znaleźć z nim wspólną linię porozumienia. „Idziesz do konfesjonału i zaczynasz wyznawać swoje grzechy. I tutaj znowu jest problem, bo pomimo moich usilnych starań ja mam trochę inne wyobrażenie o grzechu niż ten człowiek, który siedzi za kratkami. Jego interesuje to, czy ja stosuję środki antykoncepcyjne”. Tak, przyznam się, czasem pytam o to. Ale tylko wtedy, gdy dyskusja schodzi na te tory. Trudno wyobrazić sobie, że zapewne „wścibskie” pytania spowiednika zawsze krążą wokół jednego tematu mającego obedrzeć z prywatności skruszonego grzesznika. Łatwiej za to wyobrazić sobie, że rozumienie grzechu spowiadającego się może być inne niż kościelno-boskie nauczanie. Problem w tym, że dobro i zło są już określone, i to wcale nie demokratycznie. One raczej są do odkrywania niż do dyskusji.

„Mam wrażenie – kontynuje pan Maciej – że Kościół nie chce ze mną dialogować, tylko coś mi cały czas krzyczy o aborcji, z którą ja nigdy w życiu nie miałem nic wspólnego. Więc nie mamy o czym rozmawiać”. Zatem może owa niechęć dialogowania wynika nie tyle z monotematyczności Kościoła, ale – daj Boże, że się mylę – z podjętej już decyzji: „więc nie mamy o czym rozmawiać”. Bo chrześcijaństwo jest religią objawienia. Czyli religią, w której Bóg ukazuje się człowiekowi i mówi, kim jest, zaś to, jak i co mówi, świadczy o Nim. A my czasami z uporem maniaka chcemy usadzić i Boga, i Kościół przy stole i opowiadać im o człowieku. Opowiadać Stwórcy o stworzeniu, konstruktorowi samochodu o kierownicy? Czy to już absurd, czy może mrzonka o własnej pełnej samoświadomości?

oślepione zwierzęta

Bóg jest światłem – światłem na oświecenie pogan (por. Łk 2,32), tak prorokuje Symeon wobec Chrystusa. Jest światłem dla pogan, czyli dla tych, którzy poznania Boga nie doświadczyli, ale mają coś równie cennego: otwartą wolę i logiczne myślenie. A mnie w pewien listopadowy wieczór ręce opadły podczas słuchania jednego z wieczornych wydań serwisów informacyjnych, które najnowszą książkę Benedykta XVI – trzecią część Jezusa z Nazaretu, tym razem dotyczącą dzieciństwa – bezlitośnie zminimalizowały do fałszywej zresztą informacji, że oto papież niemalże dogmatycznie wyeksmitował ze żłóbka wszystkie zwierzęta. Rzekomo Benedykt XVI odkrywczo stwierdza nieodpowiedniość umieszczania zwierząt w żłóbku. W rzeczywistości papież powtarza wszystkim wiadomy fakt, że Ewangelie o zwierzętach nie wspominają. Zaznacza jednak, że tradycja łączy opis Jezusowych narodzin z innym fragmentem starotestamentalnym z pierwszego rozdziału Księgi Izajasza: „Wół rozpoznaje swego pana i osioł żłób swego właściciela; Izrael na niczym się nie zna, lud mój niczego nie rozumie” (Iz 1,3). Co więcej, to właśnie te dwa zwierzęta znajdują swoje miejsce w tradycji ikonograficznej. Bóg jest światłem dla pogan. Nie sposób jednak nie zapytać, czy dzisiejsi neopoganie potrzebują jakiegokolwiek światła. Bo otwartej woli i logicznego myślenia coraz częściej trzeba szukać z lupą. Jak dziś Bóg jest zatem w stanie przebić się przez ideologiczny Światłowstręt?

A aniołowie wołali: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom, w których sobie upodobał” (Łk 2,14). Bóg jest w chwale, warto zatem by na ziemi – nie tylko mojej prywatnej – nastał pokój. Jest tylko jeden warunek: zakochania się w Bogu. On już to wobec mnie zrobił, dając się poznać najpewniej w ramach Ewangelii.

ks. Radosław Warenda SCJ

Autor: ks. Radosław Warenda SCJ

Człowiek, chrześcijanin, sercanin, ksiądz. W takiej, a nie odwrotnej kolejności, choć to ostatnie przenika aż do początku. Dzieciństwo spędziłem w Sosnowcu, młodość zakonną w Stopnicy i Stadnikach. A pierwsze kapłańskie kroki w lubelskiej parafii Dobrego Pasterza i Społecznych Szkołach im. Klonowica, też w Lublinie. Niegdyś studiowałem na Gregorianie, a później w latach 2011-2015 byłem redaktorem naczelnym "Czasu Serca". Dziś pracuję w kurii generalnej w Rzymie. Z zabranych ze sobą książek wziąłem wszystkie Tomáša Halíka.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *