Bóg mówi: „Ja jestem!”

 

Cuda są dla niedowiarków. Bóg przedstawia się przez nie jeszcze wyraźniej. Dla wierzących jest Eucharystia, w której mówi On: „Ja jestem!”. Nieraz musi jej jednak zabraknąć, byśmy odkryli na nowo ten spowszedniały nam skarb.

Przed kilku laty wybraliśmy się z grupą przyjaciół na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. Zanim wyruszyliśmy Drogą św. Jakuba, rozpytywaliśmy wśród tych, którzy ją przeszli, jak jest z możliwością codziennego udziału we Mszy św. Przeważały głosy, że nie ma większego problemu. Idący z nami ksiądz zdecydował więc, że nie weźmie podręcznego zestawu do odprawiania Mszy św., by odciążyć bagaż. Szybko tego pożałowaliśmy. W Galicji mijaliśmy wiele kościołów… zamkniętych na cztery spusty. Najtrudniej było pewnej niedzieli, kiedy z powodu kontuzji koleżanki doszliśmy na nocleg z dużym opóźnieniem. Zapukaliśmy na miejscową plebanię z pytaniem: „Czy możemy skorzystać z kościoła, by odprawić Mszę św.?”. W odpowiedzi nasz ksiądz dostał garść hostii i buteleczkę z winem. W dość minorowym nastroju wróciliśmy do schroniska. Zmęczeni trudem drogi padliśmy na kolana, gdy kapłan wzniósł plastikowy kubek z krwią Chrystusa, a Jego ciało położył na papierowej serwetce. Liturgiści dostaliby na pewno zawału serca, a przywiązani do formy tradycjonaliści odsądziliby nas od czci i wiary. Może i nie bez racji. Jednak to doświadczenie było dla nas jednym z najmocniejszych na Jakubowym szlaku. Zobaczyliśmy, jak bardzo przyzwyczailiśmy się do tego, że Wszechmocny jest na wyciągnięcie ręki i w każdej chwili możemy iść na Mszę św., by spotkać się z żywym Bogiem.

Bóg na wyciągnięcie ręki

Cammino, czyli droga, nabrało eucharystycznego wymiaru. Tym bardziej, że całe wędrowanie zaczęło się od pytania o wiarę w malutkim miasteczku O’Cebreiro. Przed wiekami w czasie strasznej zamieci śnieżnej dotarł do tamtejszego kościoła na Mszę św. wieśniak Juan Santin. Sprawujący liturgię kapłan wyśmiał go, że chce mu się tak trudzić, by uczestniczyć w Eucharystii, w sens której sam wątpił. Zakonnik dogryzł mu nawet, że tylko wariat idzie w taką pogodę, by dostać trochę chleba i wina. W czasie konsekracji Hostia przemieniła się w ciało, a wino w krew Chrystusa. W kaplicy cudu zawierzaliśmy Bogu intencje, które nieśliśmy w swym pielgrzymim bagażu…

I jeszcze jedno eucharystyczne wspomnienie, tym razem z północy Rwandy. Mimo lejącego się z nieba żaru plac przed kościołem w Gahunga jest wypełniony po brzegi. Ludzie klęczą w pyle. Kiedy kapłan podnosi konsekrowaną Hostię, rozlegają się brawa. To samo, gdy w górę wznosi kielich. Tak miejscowi ludzie w tej części Afryki dziękują Bogu za Jego żywą obecność. I nie jest to obecność na wyciągnięcie dłoni. Wielu z nich, by móc uczestniczyć w liturgii, pokonało pieszo nawet kilkanaście kilometrów. Kobiety z dziećmi na plecach, starcy opierający się na topornych laskach. „Mieszkam tak daleko od kościoła, że tylko w niedzielę mogę przyjść na Mszę św., a chciałbym codziennie” – wyznaje Joseph. Jest katechistą, jednym z tych, dzięki którym Ewangelia wrasta w Czarny Ląd. „Wciąż brakuje nam księży” – wyznaje. „Choć pragnienie Boga jest w nas wielkie, nie możemy niestety systematycznie przystępować do sakramentów”.

cud w cudzie

Na świecie odnotowano 132 cuda eucharystyczne. Pierwszy dokładnie zbadany i oficjalnie uznany wydarzył się w 750 roku we włoskim Lanciano. Bez trudu docieramy przed maleńką świątynię, kierowani licznymi drogowskazami do sanktuarium Cudu Eucharystycznego. „To miejsce stanowi serce naszego miasteczka” – mówi kobieta w barze naprzeciwko kościoła. Zaczynam mieć obawy, że nasza wyprawa przynajmniej po części zakończy się niepowodzeniem. Do kościółka prowadzi kilka stopni, także dalej, by podejść pod cudowny relikwiarz, trzeba pokonać schody. Wózek inwalidzki, którym posługuje się nasza przyjaciółka, stanowi dla nas przeszkodę. Nagle otwiera się sąsiednia brama i starszy zakonnik, widząc nasze zafrasowanie, zaprasza bocznym wejściem do środka. A tam… podjazd dla niepełnosprawnych i winda pozwalająca na zwiedzenie Muzeum Cudu Eucharystycznego. „Ludzie chorzy i niepełnosprawni bardzo często tu pielgrzymują. Nie mogło być więc inaczej” – mówi ze śmiechem zakonnik i dodaje: „Biegnę spowiadać”. Mimo że jest środek tygodnia, przed konfesjonałem czeka kilka osób.

dowód obecności

Nie znamy dokładnej daty, kiedy cud się wydarzył. Niewiele wiemy też o księdzu, który wówczas sprawował Mszę św. Miejsce to jednak jest znane w całym katolickim świecie. Taki opis cudownego wydarzenia znajduje się w klasztornej kronice z 1636 roku: „W klasztorze Świętego Bazylego żył uczony mnich, który dobrze znał się na naukach świata, ale był ignorantem w sprawach Bożych i dlatego nie był mocny w swojej wierze. Prześladowało go zwątpienie, czy w konsekrowanej Hostii jest prawdziwie obecny Chrystus i czy konsekrowane wino jest prawdziwie Jego Krwią. Jednak wciąż modlił się do Boga, by usunął tę ranę niewiary z jego serca. Pewnego ranka podczas Mszy św., po wymówieniu słów konsekracji, jego zwątpienie nasiliło się bardziej niż kiedykolwiek. Przez najbardziej zadziwiającą łaskę ujrzał on chleb zamieniony w Ciało i wino zamienione w Krew. Mnich zmieszał się i przeraził przez to niezwykłe wydarzenie tak, że trwał jakby w ekstazie przez dłuższy czas, ale w końcu jego przerażenie ustąpiło duchowemu szczęściu, które wypełniło jego duszę. Odwrócił swoją twarz zalaną łzami i wykrzyknął do zgromadzonych: «O szczęśliwi przyjaciele, którym nasz błogosławiony Pan ujawnił się w tym Najświętszym Sakramencie, ażeby siebie objawić przed wami i przed moim własnym niedowierzaniem. Podejdźcie, bracia, i spójrzcie na naszego Boga, który przybył do nas. Oto Ciało i Krew naszego ukochanego Chrystusa»”.

Naukowcy potwierdzili, że przechowywane relikwie to fragment ludzkiego naturalnie zmumifikowanego serca, a ważące zaledwie 15,85 g skrzepy krwi mają popularną w Palestynie grupę AB – tę samą, którą odnaleziono na Całunie Turyńskim. Patrząc na relikwiarz, kolega wyznaje ze wzruszeniem: „To przecież kilka gramów prawdziwego cudu!”. Kilka osób klęczy u stóp relikwiarza. Starszy mężczyzna obejmuje spracowanymi dłońmi płaczącą kobietę. „Pan Bóg codziennie dokonuje tu cudów, dotyka ludzkich serc. Ludzie po latach się spowiadają, inni wracają po pewnym czasie, mówiąc, że odkryli inny wymiar Eucharystii, a jeszcze inni, że bez codziennej Mszy św. nie mogą teraz żyć” – opowiada pracujący w sanktuarium polski franciszkanin.

pierwsze Boże Ciało

Włoska ziemia dosłownie naszpikowana jest cudami eucharystycznymi. Także we Włoszech wydarzył się ten, który dał początek pierwszej procesji Bożego Ciała. Przeszła ona w 1263 roku z kościoła w Bolsenie – gdzie w czasie Mszy św. sprawowanej przez trawionego wątpliwościami księdza z Hostii, którą trzymał w dłoniach, zaczęła kapać krew – do pobliskiego Orvieto, gdzie przebywał akurat Urban IV. Wysłannicy nieśli wówczas Hostię zawiniętą w zbroczony krwią korporał. Rok po tym wydarzeniu papież wprowadził w całym Kościele uroczystość Bożego Ciała.

Ludzie z całego świata, pielgrzymując do miejsc związanych z cudami eucharystycznymi, zapisują w księgach pamiątkowych swoje intencje i modlitwy. Kiedy kard. Karol Wojtyła wyjeżdżał po całonocnej modlitwie i adoracji świętych relikwii w Lanciano, napisał po prostu: „Spraw, abyśmy w Ciebie bardziej wierzyli. Tobie ufali i Ciebie kochali”. Tylko tyle i aż tyle.

Beata Zajączkowska

Autor: Beata Zajączkowska

Dziennikarka Radia Watykańskiego, publicystka Gościa Niedzielnego. Współpracująca z portalami Wiara.pl i Stacja7.pl oraz Misyjnymi Drogami i Pastores. Pracując w sercu chrześcijaństwa u boku już trzeciego papieża fascynuje się odkrywaniem bogatej mozaiki Kościoła powszechnego. Zakochana po uszy w Afryce, gdzie kiedy tylko może ucieka. Czarny Ląd to dla niej bijące serce Kościoła, a przede wszystkim ląd gdzie ludzie relacje mają jeszcze znaczenie. Teren gdzie mimo nędzy, wojen i prześladowań można się uczyć radości życia i mocy wiary.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *