Aby wygrać, trzeba grać

 

Nie będę się z nikim spierał. Cała ta licytacja argumentów, propaganda „za” i „przeciw” odbywa się w ogóle nie na tym poziomie, na którym powinna. Każdy ma przecież rację, a wszystko zależy od przynależności partyjnej lub wyznawanego światopoglądu. Nie będę zatem przekonywał, że mam rację. Pewnie nie mam. Spróbuję przynajmniej wziąć tę winę, choć jej część, na siebie. Tak, bo to jest zło, a skoro jest zło, to jest też i wina. W dodatku, to ja jestem winny! Jestem tak samo winny. A może nawet i bardziej, bowiem nie sprostałem swojej roli… jako polityk, obywatel, duchowny, naukowiec. Jako człowiek i jako bliźni.

wielka gra

Aborcja jest złem! Oczywiście nie dlatego, że tak mówią księża, i wcale też nie dlatego, że są o tym przekonane wszystkie ruchy pro-life. Nawet nie dlatego, że większość naukowców zgadza się co do faktu, iż w momencie poczęcia zaczyna istnieć nowe ludzkie życie. Człowiek jest na tym świecie jedyną istotą, która jest wolna. Racja, różne są poziomy tej wolności. Nie ma chyba sensu rozprawiać na temat wolności stołu czy jabłonki. Świat zwierząt też kieruje się inną logiką. Natomiast człowiek jest wolny. Przede wszystkim dzięki temu, że w ogóle ma możliwość podejmowania decyzji, a dopiero wtórnie również dlatego, że może wybierać „między”. Oczywiście można człowieka do wielu rzeczy zmusić. Może go zmusić ktoś drugi albo pewne okoliczności, które zaistnieją. Ale tak jak nie można zmusić nikogo do tego, by był dobry, tak samo nie można nikogo zmusić do tego, by chciał zła. Nawet jeśli je popełnia, bo inni mają na to wpływ.

decyzja należy do ciebie

Skoro zatem jestem wolny, mam siłę powiedzieć „tak”, ale mam również siłę, by powiedzieć „nie”. „Nie” mogę powiedzieć samemu sobie, kiedy włącza się we mnie mechanizm, wedle którego to nie ja rządzę moją wolą, ale ona zaczyna rządzić mną. „Nie” mogę powiedzieć Bogu, to chyba jasne. „Nie” mogę też powiedzieć człowiekowi w potrzebie, który akurat pojawił się na moim horyzoncie. Mogę powiedzieć „nie” również złu, którego przecież nie chcę. Bo człowiek nie chce być zły. Chce być dobry. A skoro chce, to może. Zwłaszcza wobec zagrażającego zła mogę być dobry. Im większe zaś potencjalne zło, tym większa możliwość heroizmu czynienia dobra. Heroizm nie jest łatwy, to jasne. Ale każdy może się na niego zdobyć, jeśli zechce. Tak to już jest z tym dobrem, że nie fruwa sobie ono jak filozoficzna idea, ale wymaga konkretnego wyboru. Dobro i zło wymaga wyboru, by zaistnieć. A może zaistnieć dopiero wówczas, kiedy dokonam tego wyboru wobec kogoś drugiego. Nie można bowiem być dobrym w pojedynkę. Można być grzecznym, inteligentnym, nawet znakomitym specjalistą w swoim fachu. Dobrym jednak można się stać, kiedy ktoś przychodzi do nas z jakąś potrzebą. Kiedy stajemy wobec jakiegoś zagrożenia dla drugiego człowieka. Tyle wzniosłych teorii.

jeden z dziesięciu

W dyskusji na temat aborcji istnieje wiele nieporozumień, po wszystkich stronach debaty. Nie dlatego, że jest ona zbędna czy prowadzi donikąd. Nie dlatego też, że głos w niej mają jedynie ci, którzy – jak zauważył Ronald Reagan – już zdążyli się urodzić. Kto myśli, że sprawę załatwi jakakolwiek sejmowa ustawa czy unijna dyrektywa, jest zresztą tak samo naiwny jak ten, dla którego aborcja jest lepszym (czytaj: rozsądniejszym) rozwiązaniem od porzucania niemowląt na śmietnikach czy – przepraszam za dosadność – topienia ich w działkowej beczce. Nie wyobrażam sobie zresztą sytuacji, kiedy decydujemy się na urodzenie dziecka wyłącznie z obawy przed jakąś sankcją prawną.

Aborcja jest złem, bo jest złym wyborem. Jest wyborem śmierci zamiast życia. Zła zamiast dobra. Życie jest dobrem, śmierć złem. Wierzącym w Boga wystarczą słowa: „śmierci Bóg nie uczynił” (Mdr 1,13), a wszystko, co stworzył „było dobre” (por. Rdz 1). I wcale nie chodzi tutaj tylko o embrion, płód (określenie nie ma zresztą znaczenia), któremu odmawia się prawa do czegokolwiek. Tutaj dokonuje się zło na zasadzie naszego wyboru. Trzeba to właśnie podkreślić: „wyboru”. Tutaj nie tylko czegoś nie chcę. Ważniejsze jest, że jednocześnie chcę… czyjejś śmierci. Tam, gdzie nie ma wyboru, nie ma zła. Może być co najwyżej nieszczęście, jak w przypadku wiosennych powodzi czy innych klęsk żywiołowych, ale nie ma zła. Zło się wybiera. Podobnie jak dobro. Żeby zaistnieć, potrzebuje nas, naszej woli.

idź na całość

W aborcji dokonuje się czegoś więcej niż tylko zabicia nienarodzonego. Można dyskutować, czy jest on już człowiekiem, czy jeszcze nie. Rozglądając się zresztą dokoła, można mieć więcej wątpliwości. Czy ci, którzy już roszczą sobie prawo do zacnego tytułu człowieczeństwa, rzeczywiście do niego dorośli? Zdaje się bowiem, że do bycia w pełni człowiekiem potrzeba znacznie więcej czasu niż dziewięciu miesięcy prenatalnego życia. Podążając zaś tokiem rozumowania znakomitego polskiego myśliciela, moglibyśmy nawet przyznać rację tym, którzy mówią, że płód w pewnych fazach istnienia nie jest jeszcze człowiekiem. Bowiem jest on kimś więcej niż tylko człowiekiem! On jest moim bliźnim! „Miłuj bliźniego swego jak siebie samego!” (Rz 13,9) – zachęca św. Paweł Apostoł. Idzie zatem o bliźniego, a nie tylko o człowieka. Pięknie to opisuje ewangeliczna Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie: „Pewien człowiek schodził z Jeruzalem do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. (…) Kto z tych trzech okazał się według ciebie bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?” (Łk 10,30.36). Jezus nie pyta o człowieka, pyta o bliźniego. Jakby nie chciał się spierać o miarę naszego człowieczeństwa. I kontynuując myśl filozofa, trzeba by dodać, że na tym właśnie polegała wina Kaina, że nie zabił on tylko człowieka. On zabił brata, bliźniego. Można bowiem zabić człowieka. Czyni się to np. w obronie własnej. Ale bliźniego zabić nie wolno! Wtedy bowiem zaczyna się zbrodnia bratobójstwa. Zabija się bliźniego, a później szuka argumentów, by udowodnić, że nie był on również człowiekiem – uważa ks. Józef Tischner. Aborcja zatem niczego i nikogo nie ocala, może tylko poza chwilowym poczuciem ulgi, niszczy zaś prawie wszystko.

chwila prawdy

Pojawia się zatem pytanie, postawione już zresztą w Ewangelii: Kto jest właściwie moim bliźnim? Czy niewidoczny jeszcze gołym okiem zlepek komórek też nim jest? Można argumentować, że nie, skoro jeszcze go „nie ma”. A jednak. Coś, o czym się często zapomina lub nieświadomie przeinacza, kiedy kobieta dowiaduje się, że jest w ciąży, przechyla wagę problemu. Mówi się: „Wspaniale, będziesz matką!”, a jej partnerowi: „Będziesz ojcem!”. Skąd to nieuzasadnione przesunięcie czasu? „Przecież ty już jesteś matką i już jesteś ojcem!” Macierzyństwo i ojcostwo nie zaczyna się bowiem w momencie przecięcia pępowiny czy pierwszego karmienia piersią. Ono „poczyna się” wcześniej, dokładnie w tym samym czasie, co dzieciństwo: bycie synem bądź córką. I wtedy już trzeba wziąć odpowiedzialność za tę relację. Ja nie tylko mam dziecko. Ja również jestem jego matką i ojcem. Skoro nie chcę dziecka, nie chcę też swojego macierzyństwa i swojego ojcostwa. Wykluczając jedno, wykluczam drugie. Zaprzeczam naszej wzajemnej relacji. Zabijając dziecko, zabijam matkę i ojca – choć brzmi to dość dobitnie. Nie będę w tym momencie dyskutował z argumentami typu: „Przecież ja żyję dalej, więc to jakieś brednie”. Jak najbardziej jednak zgadzam się z hasłami typu: „Mój brzuch, moja decyzja!”. Faktycznie, „mój brzuch, dlatego i moje dziecko!”.

najsłabsze ogniwo

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie chcę nikogo osądzać czy obrazić. To nie moja rola i nie moja intencja. Zresztą nie tworzę żadnej moralności. Po prostu obserwuję, co dzieje się z kobietami i związkami, które zdecydowały się na aborcję. Nie chcę się też litować. Cóż komu po mojej litości? Może nawet wzmogłaby się tylko moja, zakamuflowana pod pozorem rzekomego rozumienia, agresja, że nie wszyscy są tacy idealni jak ja. Lubimy litować się nad innymi, tak samo jak lubimy pomagać innym, ale – broń Boże – nie lubimy, kiedy to inni pomagają nam. W końcu to inni są winni i to oni potrzebują pomocy. To jednak droga donikąd. Mogę oczywiście próbować zrozumieć: „dlaczego?”. Ale zrozumienie jeszcze nikogo nie ocala i nie uwalnia od win. Poza tym owo rozumienie i tak najczęściej koncentruje się na biciu nie w to ogniwo, w które trzeba. Zazwyczaj łatwiej uderza się przecież w skutki niż w ich przyczyny.

„Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina!” „Ale zaraz, zaraz. Czy aby na pewno wiedziałem, co robię? Przecież nie przewidziałem tych wszystkich następstw. Chciałem dobrze, wyszło jak zawsze. Poza tym, jestem tylko słabym człowiekiem. Czy to moja wina, że Pan Bóg takiego mnie stworzył? Mam taką słabą wolę”. No właśnie, winny może być wadliwy intelekt. Ewentualnie inni, którzy nas do zła namówili. Winny może być w końcu sam Pan Bóg, że nie sprostał wymaganiom odpowiednich kwalifikacji swojego stworzenia. „Wszyscy są winni, ale nie ja. Ja nie. Ja jestem dobry! Może nie od razu idealny, ale dobry”. Im głośniej to wykrzykuję, tym bardziej staram się uwierzyć, że mogę być dobry. Ciągle jednak wymagając potwierdzeń, zdaję się zaprzeczać swojemu rzekomemu przekonaniu.

To oczywiste, że łatwiej być sędziom niż bratem w cudzej winie. Dlatego samo „moja wina!” nie wystarczy. To za mało. By zrobić właściwy krok, „twoja” wina musi się stać również „moją” winą. To jest logika Ewangelii i logika Chrystusa. „Nikt nie jest tak bliski chrześcijaństwu, jak grzesznik” (Charles Péguy). Popatrzmy na Chrystusa! Nikt nie jest tak bliski grzesznikowi jak On. „On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą” (2 Kor 5,21). Chrystus zachował się jak największy grzesznik, by stać się bratem wszystkich winnych. Zatem to właśnie w tej winie stajemy się braćmi.

familiada

W tej winie, przede wszystkim, Chrystus staje się solidarny z nami, a nie w naszej świętości. Dopiero bowiem dostrzeżenie cudzego dramatu, jakiejś klęski pozwala wziąć na siebie odpowiedzialność za bliźniego. Również świat zmienia się przecież nie dzięki tym, którzy zauważą winnych. Ale i nie dzięki tym, którzy pomagają innym wyzwolić się z ich win. Świat staje się bardziej ludzki wówczas, kiedy winy innych potrafimy wziąć na siebie. Trzeba to jeszcze raz podkreślić, że nie chodzi o litość nad nikim. Chodzi bardziej o współ-czucie z innymi. Dopiero ta solidarność winnych odkupi winy. „A jeśli serce oskarża nas, to przecież Bóg jest większy niż nasze serca” (1 J 3,20).

Nikomu nie chcę wmawiać cudzych win. Chcę tylko ustrzec przed uciekaniem od „cudzego” zła. Od zgadzania się na zło tylko dlatego, że to nie „moje” zło. Że ono jest „twoje”. Że to nie „mój” grzech, ale „twój”.

Wracamy zatem do tej winy i do pytania: Kto jest tutaj naprawdę winny? Zdaje się, że mając wroga, nie jestem wiele winien. Co innego, gdy mam bliźniego. Wtedy „winien jestem ci wszystko, ponieważ cię kocham” (Antoine de Saint-Exupéry).

ks. Przemysław Bukowski SCJ

Autor: ks. Przemysław Bukowski SCJ

Pochodzę z Bełchatowa, choć nie wszystko się tam zaczęło. Na księdza wychowali mnie sercanie. Lubię myśleć, że potrafię myśleć. Dlatego od kilku lat, najpierw w niemieckim Freiburgu, a obecnie na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie, inspirowany głównie myślami Józefa Tischnera i tych, którzy jego inspirowali, uczę się bycia filozofem człowieka. Nic mnie bowiem tak nie kręci, jak pytania zadawane pytającym.

Podziel się

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *